Potrąciłam szklankę łokciem. W szklance był ten napój. Robiłyśmy go długo. Wszystko wylałam.
Stłukłam szkło. Narobiłam bałaganu. W podłodze zostały ślady.
Uciekłam i zostawiłam to za sobą. Ale nie mogłam daleko uciec. "Trzeba po sobie posprzątać. " - mówią mi ciepłe ręce i głaszczą po głowie. Podają miotełkę. Ktoś inny ma do mnie pretensję, że zbiłam szklankę. Ale ja nie chciałam. Nie powinnam w ogóle jej mieć. Nie powinnam.
Chyba stałam się człowiekiem, którego potępiałam.
Ale biorę miotełkę i szufelkę. Sprzątam. Trudno mi. Chodzę boso i jeszcze nie raz nastąpię na te kawałeczki szkła.
Wolałabym o wiele bardziej, żeby mnie bito. Bito, kopano. Spalono. Powoli czułabym jak odchodzę. Jak moje ciało zamienia się w popiół, a ja się ulatniam. Wolałabym być nakłuwana tysiącami igieł. Możesz sobie szyć na moich udach. Wolę to. Wbijaj mi to ostre - głęboko i powoli. Rozkoszuje się tym bólem. Zawsze będzie on mniejszy od psychicznego. Mówcie, że nie ma duszy.
Chciałabym się oczyścić. Człowiek ma skłonność do usprawiedliwiania się. To nie moja wina. Tak mówię i chcę, żeby ludzie mi to powtarzali. A oni mówią mi to, co chcę usłyszeć. A może to moja wina? To moja wina. Jeśli we krwi płynie jad, to muszę go usunąć. Pa.
Cały czas popełniam błędy.
"I never wanted to be the person you see"
Może kiedyś będę się z tego śmiała, póki co nie.