poniedziałek, 24 grudnia 2012

thank god i'm an atheist

Okres przedświąteczny dla mnie oznacza sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie przy grającym telewizorze. Troszeczkę się obijam, choć dziś muszę się pochwalić, że pracowałam. Zrobiłam barszcz, a wczoraj lepiłam pierogi. Byłaby ze mnie zajebista żona.
Ale oprócz zapierdalania gapię się w ten telewizor. Obejrzałam trochę głupich, amerykańskich, świątecznych komedii i oto czego się dowiedziałam:
1. Dobry związek zaczyna się od łóżka.
2. Małżeństwo to strasznie lekka sprawa, możesz się oświadczyć po trzech tygodniach znajomości, no bo przecież "kochasz ją" (uświadomiłeś to sobie dzień wcześniej).
3. Dla dobra zatwardziałych, zapracowanych mężczyzn (którzy tak naprawdę marzą o bieganiu w hawajskiej koszuli po plaży, bezrobociu i ubogim życiu u boku wariatki) warto poświęcić swój cenny czas (tj. jeden miesiąc), całą siebie, a szczególnie ciało. Bo przecież rozmiękczyć serce takiego zimnego faceta można tylko przez upojny seks.
4. To, że nazwałeś dziewczynę "stukniętą babą" i wariatką nie znaczy, że tego samego dnia nie możesz jej namiętnie pieścić itd. itd.
5. Jak przystojny i bogaty nieznajomy oświadcza ci się, nie zastanawiaj się, tylko wychodź za niego następnego dnia.

Więcej grzechów nie pamiętam. Powyższe obserwacje zdecydowanie różnią się od mojego światopoglądu i od tego, co mi się udało zauważyć w moim krótkim życiu.
Amerykanie są idiotami.
Z okazji końca roku życzę wszystkim tego, czego sama bym chciała.
Bądźcie silni. Bywajcie rozsądni i starajcie się żyć tak, by niczego nie żałować. Siły i mobilizacji. Pomysłu na życie. I... trafiania na właściwych ludzi, żebyście potrafili ich rozpoznawać. Przygód, zajebistych wspomnień.
Będzie lepiej. Coraz lepiej, cieplej, przyjemniej.
Na koniec coś od pana Cogito:
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu 
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę 

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach 
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch 

ocalałeś nie po to aby żyć 
masz mało czasu trzeba dać świadectwo 

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny 
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy 


(...)

Bądź wierny Idź




czwartek, 20 grudnia 2012

jutro koniec świata

Tak. "Jutro koniec świata, a ja nie mam się w co ubrać." As always.
Zima. Co to jest w ogóle za pora roku? Piździ niemożliwie, nie można wyciągnąć ręki z kieszeni, wyglądam jak gruby eskimos, włosy się elektryzują, mam katar, nie można się ładnie ubrać (już pomijam, że nie mam w co), bo albo glany nie pasują albo ta wielka narciarska kurtka. A z kasą cienko.
Jak sobie myślę o tych starych dobrych czasach, kiedy było ciepło i człowiek sobie myślał, że w końcu ma pieniądze i nie wyda ich na pierdoły, tylko sobie kupi poważną kamerę i mikrofon o tajemniczej nazwie "shotgun", nakręci film i będzie sławnym reżyserę, to się łezka w oku kręci. A później powoli się okazywało, że dobry sprzęt kosztuje tak ze 4 tysiące, mikrofon 800 pln i jeszcze trzeba dokupić akcesoria, że matura w tym roku, i tak nie ma czasu na bawienie się w reżysera. A w ogóle to przecież ja się do niczego nie nadaję, nie umiem nawet mojej wizji zapisać w formie scenariusza.
Kasa poszła na tzw. "życie", o sukienkę na studniówkę to nawet nie chcę pytać, tak u nas słabo z pieniędzmi.
W ogóle po co mi to? Wydam tysiąc na te wszystkie pierdoły, po to, żeby raz w życiu wyglądać przyzwoicie (dobra, zawsze jestem piękna ; d), nawpierdalać się i mieć zdjęcie na pamiątkę.
Zima jest głupia. Chcę zapaść w sen zimowy. Chociaż nie wiem czy z końcem zimy przyjdzie lepszy czas. Ale na pewno cieplejszy. To już jakiś plus.
W każdym razie do utopii pozostało jakieś pół roku. To co robić teraz? Przeczekać? Przezimować? Potem i tak się okaże, że moja wyśniona utopia, to po prostu mniejsze zło.
Najgorzej to mi wieczorem przy tym słabym świetle lampki, kiedy nie wiem, co ze sobą zrobić. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że najlepiej zająć się teraz sprawami bieżącymi tj. maturą i muzyką. Ale ja chyba jestem taka, że muszę mieć jakiś poboczny problem w międzyczasie. No inaczej nie potrafię.
***
Gdzie jesteś? Chodź tu, pobawmy się. Mam dziką ochotę się pobawić.
Na wiele rzeczy mam ostatnio dziką ochotę.
Słabo tak umrzeć jutro.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

egoiści, altruiści

Długo się zbierałam, żeby napisać coś na ten temat. Owszem, napisałam, nawet kilka dni temu na j. polskim (a co? może miałam notować?). Ale właściwie, gdybym chciała powiedzieć wszystko, to zajęłoby to dobre kilkanaście stron A4. I tak boję się, że nikt się nie pokusi o poczytanie tej notki z powodu jej zniechęcającej długości.
Zainspirował mnie konkretny komentarz i wcześniejsze zdarzenia. Zawsze powtarzałam, że ludzie są egoistami, mniej lub bardziej, ale są i nie może być inaczej. Jednak teraz wydaje mi się ten fakt jeszcze bardziej przerażającym.
Bardzo często po wygłoszeniu przeze mnie tej strasznej tezy oraz dodaniu równie druzgocącej "Tak naprawdę zawsze jesteśmy sami" rozmówcy się oburzają. Ale jak to? Ja nie jestem. Nieprawda.
Jednak po wyjaśnieniu większość się zgadza, niektórzy idą powtarzać nieprawda. Żeby się pocieszyć?
Oczywiście, może ten nasz naturalny, ludzki egoizm, bez którego właściwie by nas nie było (dobór naturalny, instynkt samozachowawczy bla bla bla) nie jest zgodny z naukową definicją. Ja jednak przyjęłabym, aby była jasność, egoizm jako stawianie na pierwszym miejscu własnego dobra. I teraz powiedzcie, kto tego nie robi? Kto nie stara się przede wszystkim o swoje własne szczęście, na które składa się, począwszy od kąta do spania i czegoś do jedzenia, kończąc na szeroko rozumianej samorealizacji (piramida Maslowa - przynajmniej coś zapamiętam ze szkoły)? Większość naszych działań powodowana jest chęcią uszczęśliwienia samego siebie. Oczywiście, po drodze zdarza nam się dbać o szczęście drugiej osoby. Oczywiście, że każdy normalny kochający rodzic w pierwszej kolejności nakarmi swoje dziecko. Jesteśmy zdolni do wielu wyrzeczeń i poświęceń na rzecz kogoś innego (nie każdy ; /) i to jest naprawdę piękne, tak powinno być. Tym różnimy się od zwierząt, które dbają o swoje potomstwo, czasami o oddają życie za osobniki spokrewnione (w szczególności pszczoły), my jednak możemy zapominać o sobie na rzecz osoby, do której się przywiązaliśmy.
Ale nigdy czyjeś dobro nie będzie ważniejsze od naszego własnego. Gdzieś istnieje ta granica, której nigdy nie przekroczymy. Może kiedyś będę mogła powiedzieć, że skoczę za kogoś w ogień. Wszystko jest ok do momentu, gdy twoja chęć poświęcenia jest doceniona i odwzajemniona. Problemy zaczynają się, gdy trafiamy na ludzi, których, może trochę hiperbolizując, nazwę pasożytami. Na świecie jest masa osób, które mają inne priorytety (to jedna z najsmutniejszych rzeczy, które usłyszałam). Dla nich od ciebie ważniejsze może być najgłupsza rzecz. W mojej hierarchii na pierwszym miejscu są ludzie, później wszystko inne. Ale niestety, nie każdy ma tak ukształtowany system wartości. I stąd biorą się tragedie. Nie wiem, czy gdyby podzielić wszystkich ludzi na takie 2 grupy, nie byłoby nas po równo. W każdym razie "inne priorytety" zdarzają się często, najgorzej, że nie są odizolowani od "tych drugich". Nie, są synami, córkami, mężami, żonami, partnerami...
Ludzie-pasożyty nas wyniszczają. Mogą milion razy obiecywać, że się zmienią, mogą też nie dostrzegać problemu. Nie ma to znaczenia, zawsze jest tak samo. Zawsze doprowadzają nas do poczucia bezradności, rozpaczy, płaczu. Niektórzy są tak zniszczeni, że wydaje się, że nie rusza ich ból. Ale niedotrzymana obietnica, cios od osoby, którą się kocha za każdym razem zaboli. Tak samo.
Więc co w tej sytuacji zrobić? Każdy rozsądny powie ci, żeby to zakończyć. Przestać kochać. Zostawić pasożyta samego. Odejść i być szczęśliwym, gdzie indziej. Jeszcze jedna rzecz, którą niedawno usłyszałam: "Jesteś najważniejsza". No właśnie. JA - osoba, której poświęcam najwięcej czasu i pracy, nie uważam, że kocham, ale staram się, żeby żyło się jej jak najlepiej. Trzeba być szczęśliwym.
Ale właściwie... to po co? Po co mam być szczęśliwa? Prześladuje mnie ten czasownik pierwszej osoby, liczby pojedynczej, nie mogę już tego znieść. A może należałoby się zostawić gdzieś? Zapomnieć o sobie? Kochać bezgranicznie, dawać się wykorzystywać, poniżać, być podnóżkiem, cierpieć? Być dla kogoś, nie dla siebie i nie czerpać z życia przyjemności?
Absolutnie nie chcę tego robić, ale przygnębia świat. Jeśli bóg istnieje, to muszę powiedzieć, że beznadziejnie to wszystko jest skonstruowane (bluźnierstwo?). No ale trzeba przyznać, że trzyma się kupy. Najbardziej mnie przygnębia ta nieunikniona, wszechobecna samotność. I to, że przestajemy kochać. Że czasami okoliczności do tego zmuszają i trzeba żyć dla siebie, a fajnie żyć dla kogoś, fajnie jest kochać. Są ludzie, którzy się oddali całkowicie w cudze ręce - to żywiciele, którzy nie pozbyli się pasożyta (jako przykład do głowy przychodzi mi tylko Sonia Marmieładowa, a to przecież postać fikcyjna). Przegrani?
A kim jest wygrany?
Kiedyś myślałam, że w życiu chodzi o szczęście, ale teraz zupełnie nie wiem.
O co chodzi w życiu?
***
To i tak nie wszystko, co chciałam powiedzieć.
Było fajne pogo, ale za krótko.
Ja to jestem bardzo dobra, strasznie kocham ludzi. To dość destrukcyjne. Tyle do naprawienia, do roboty.

piątek, 14 grudnia 2012

intermezzo

Chciałam napisać o egoistycznej i chorej naturze człowieka, ale nie mam czasu ; D W takim razie powiem tylko, że, jeśli to kogoś obchodzi, tego egzaminu nie dało się nie zdać. Jednak gdyby się dało, to chyba bym nie zdała.
Oczywiście nie jestem jednym z tych utalentowanych muzyków, którzy grają na koncertach nokturny Chopina lub cokolwiek innego, którzy jeżdżą na przesłuchania i warsztaty, którzy mają zadatki na Rafała Blechacza albo jakiegoś genialnego Japońca (wybaczcie, moja znajomość pianistów jest śmiesznie mała). Ale myślę, że tak naprawdę to coś tam umiem i bardzo się staram, bardzo to lubię. I chciałabym kiedyś ucieszyć się ze spełnionego obowiązku, z dowodu ciężkiej pracy, wysiłku, jeżdżenia do tej muzycznej, kiedy jest ciemno i zimno i ćwiczenia do 22. Jednak mojej interpretacji, czasem uważam ciekawej i prawidłowej, nie może usłyszeć nikt poza mną, moją rodziną (nie znają się) i moją nauczycielką. Nie jestem w stanie nawet pokazać czegoś, co rzeczywiście umiem. Ludzie nie mogą usłyszeć, ile wkładam w to serca i jak się staram. I może nie jest to dla nich jakaś wielka strata, ale ja osobiście, chciałabym. Chciałabym, żeby usłyszeli, to co ja, gdy gram.
Nie dobrnęłam do końca zajebistej fugi (Bach w ogóle jest świetny), jednak podobno nie było tak źle. Jak weszłam do sali, gdzie była komisja, to nie mogłam opanować drżenia rąk. Dobra, zawodową pianistką nigdy nie będę, nawet chyba nie chcę. Ale chciałabym po prostu nie być taka na szarym końcu, nad którą trzeba się zlitować i przepuścić do następnej klasy. W ogóle wiele rzeczy muszę w sobie poprawić, a z tym stresem do naprawdę nie wiem, co zrobić.
Dobra, chuj, kogo to obchodzi. Następna będzie o chujowości życia, czyli temat wszystkim znany i lubiany.
Idę na Weihnachtsoratorium! 

wtorek, 11 grudnia 2012

ciąg dalszy kiedy indziej

Ależ mi się chce spać. Więc dlaczego się nie położę? Bo gdybym w tej chwili poszła spać, to nie zrobiłabym obowiązkowego minimum trzech zadanek z matmy i kolejnych trzech z chemii, nie wkułabym kilku słówek z angielskiego i nie poćwiczyłabym gramatyki. Zapierdalam jak wół, naprawdę się nie obijam, a i tak nie realizuję minimum. Za mało, za mało, za mało. Ale niedługo skończę tę szkołę, zdam maturę z matmy rozszerzonej na 112% (100 to za mało), odpocznę, żeby od następnego roku zapierdalać gdzie indziej, jeszcze więcej, żreć tynk i studiować kierunek, z którego a. wyleją mnie, b. sama stwierdzę, że się nie nadaję, bo jestem głupia, c. zostanę nawet inżynierę, ale potem nie będę miała, co ze sobą zrobić, bo w tym kraju nie ma pracy i jeszcze wariant d. zostanę nawet inżynierę, ale potem dojdę do wniosku, że jestem humanistą. Co by nie było, to i tak spierdolę swoje życie, bo inaczej się nie da. I to nawet nie wynika z mojego urojonego indywidualizmu (z którego się leczę), ale wszystko w ogóle prowadzi do śmierci i tyle.
Na tym zakończę ten bełkot na razie. Wrócę we czwartek najwcześniej, jak już dowiem się czy mogę kontynuować naukę w szkole muzycznej. Jakie to przykre być na tyle utalentowanym muzykiem, matematykiem, humanistą i specjalistą w każdej dziedzinie. Zapierdalasz ile wlezie, a podobno robić wszystko to tak naprawdę nie robić nic.
Ale ja nie umiem się poświęcić jednej dziedzinie, nawet dwóm lub trzem. Wszystko lubię. Jednak biologii nie zdzierżę. Fuuuj.
Zdać egzamin, zdać egzamin, zdać egzamin.
Ze środy na czwartek się wyśpię. A później to już będzie z górki - filharmonia, acid drinkers, święta (sprzątanie i żarcie).

czwartek, 6 grudnia 2012

będę śmiać ci się w twarz

Przede mną szczęście. W końcu je widzę. Przez cały czas szukałam go na zewnątrz, teraz wiem, że jest w środku, we mnie. Zapomniane i zanegowane, ale uwolnię go. Uratuję siebie, bo warto. I choć czeka mnie wiele trudu, chociaż może nie wiem, jak się do tego zabrać, to będę próbować z całych sił. Myślałam, że tylko ktoś inny może mnie naprostować i uszczęśliwić podczas gdy wszystko zaczyna i kończy się na mnie. Kiedy wszyscy odejdą, zostanę ja. Więc muszę nauczyć się żyć ze sobą. Rozumieć i kochać. A jeśli ja mogę siebie kochać, to kochać mnie może również ktoś. Nie na odwrót.
Może to prawda, którą wszyscy znają, a ja dopiero odkrywam. Ale pamiętajcie. Ty i tylko ty. Jesteś najważniejszy. I piękny. Powiedz to sobie i uwierz. A wtedy wszystko zacznie się układać.
Nadejdzie równowaga i harmonia. Może być tylko lepiej.
Przepraszam za to, co zrobiłam. Już nie będę. Koniec.
; )