sobota, 27 listopada 2010

oj tam.

-W co ty się wpieprzasz?! Weź w to nie brnij. Na co ty, kurwa, liczysz?
-Oj tam.
Nie. Nikt mi tak nie powiedział. Nikt mnie nie opierdolił, za moje chore myśli. Ale mógłby.
Nic takiego nie robię. Ja po prostu jestem chorym człowiekiem. I nic nie jest w stanie mnie wyleczyć. Będę tak żyć, aż umrę albo i dłużej.
 Od dawna już prorokuję na temat mojego życia. Tak mniej więcej się sprawdzało. A jak nie to naciągałam fakty. Uważałam siebie za osobę o zdolnościach nadprzyrodzonych. Nie jestem. Bo każdy może być jak ja. Nie jestem nietypowa, bo nie ma osób typowych. I każdy jeśli sobie chce, może w coś tam, co mu się podoba, święcie wierzyć i prorokować.
No, ale nie zdarzyło się to, co powinno się zdarzyć. Przynajmniej tak myślałam. Jednak życie jest niesamowicie zaskakujące. Kiedy już byłam na krawędzi, porzuciłam wszystko, w co wierzyłam, śmiałam się ze swojej głupoty, naiwności, choroby. I właśnie spadałam, chciałam porzucić wcześniejsze życie, ideologię, wszystko. To było dla mnie niewyobrażalne, że mogłam nie mieć racji.
I w momencie tej żałosnej rozpaczy otrzymałam znak w postaci mojego kolegi z gimnazjum. Tak się złożyło, że ja wysiadałam z 29 akurat wtedy, kiedy on znalazł się na tym przystanku. Przypadki nie istnieją. Mektub (takie słówko z "Alchemika").
Po dość długiej rozmowie znowu żyłam. Tak jak wcześniej. Nic się nie zmieniło. Jestem nadal naiwna i głupia. Może będę z tego powodu cierpieć, ale myślę, że spotka mnie coś fantastycznego. Wierzę. Wy też powinniście wierzyć, w to co wam się wydaje. Bez bólu nigdy nie doznamy radości. A ból jest wprost proporcjonalny do radości. Tak jest. Nigdy nie będziemy gotowi na cierpienie. Przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie. Tak samo jak przychodzi miłość. Albo coś w jej rodzaju, co wierzcie mi, jest niewyobrażalnie miłe. Przy okazji nie jesteś takim egoistą, bo uszczęśliwiasz swoją obecnością inną osobę.
I proszę bez pytań typu "czy ty się zakochałaś?".
Wcale się nie wymądrzam.

poniedziałek, 15 listopada 2010

O tak.

Dobry. Wiadomości z ostatniej chwili są takie, że Ania De. zastanawia się nad sobą. Tak jak wtedy, kiedy w podstawówce ukradniesz koledze kanapkę, to pani mówi: "Lepiej się zastanów nad sobą". Nie ukradłam nigdy koledze kanapki, co nie znaczy, że nie mogłam się wcześniej zastanowić nad sobą. Ale nie przyszło mi to do głowy. Bywa.
Niestety. Całe moje szesnastoletnie życie marnotrawiłam na użalanie się nad sobą na zmianę z wychwalaniem swojej osoby. I teraz mam kurwa przełom. Musiał kiedyś przyjść. I grzmotnął mnie mocno. Potrzebuję jakiś konsultacji. Wiem, że nie poradzę sobie sama.
Dziękuję Ci, Elkon. Brzmi to głupio, ale ty zapoczątkowałaś ten proces. Kiedyś, jeszcze bardzo niedawno uważałam, że ludzie, którzy krytykują kogoś ostro, wytykają błędy i jasno mówią, co im się nie podoba, krzywdzą przez to. Nie rozumiałam ich, myśląc, że pewnie sami mają jakiś problem ze sobą. Ja natomiast w moim świecie byłam człowiekiem doświadczonym, zajebiście mądrym i czego to on nie ma już za sobą. I właśnie powoli wychodzę z tej ciemnoty, z tej jednoosobowej prehistorycznej jaskini. A promyki słońca rażą mnie silnie. Chcę wrócić. Ale już wiem. Nie mogę. Muszę się rozwijać.
Przepraszam wszystkich. Jestem takim egoistą... najbardziej egoistycznym z egoistów. Przepraszam. Spróbuję. Chcę.

niedziela, 7 listopada 2010

Gubię się.

Gubię się, bo tak krążę. Krążę od Unii do muzycznej do Traktu do domu. Nic nie robię. Mam słabą głowę i śpię. Żadnych patetycznych myśli. Tylko kładę się czasem spać z mokrymi oczami i przypominam sobie czerwiec. A potem one (oczy) wysychają i już jest dobrze.
Czy jest dobrze to ja nie wiem. Ale czerwiec. Czerwiec był taki ciepły i miły. Czerwiec to jest najukochańszy miesiąc po maju. Nawet jak w czerwcu nic się potencjalnie nie dzieje, to czerwiec trzeba wielbić, bo jest fantastyczny i ciepły.
Taki miły. To jest czas kiedy mam większą odwagę usiąść na środku ulicy. Ostatnio wprowadziłam moje marzenia w życie, siadając na schodach Poczty Głównej. Tak, ludzie patrzyli się dziwnie.
Chociaż teraz nie jest czerwiec (jest zimno albo mokro a na pewno ciemno) to jest mi dobrze. Czuję, że spełniam się. Każda chwila mojego życia nie jest nadzwyczajna, przecież takie, rzeczy się nie zdarzają. Ale są. Są chwile zanim moi rodzice zaczną się martwić, że mnie nie ma w domu. Oni jeszcze nie wiedzą...
Ale wiecie... tak naprawdę nie ma znaczenia to jaki ktoś ma ból. Weźmy sobie dwóch ludzi. Jednemu zginęła bardzo bliska osoba. Drugi myśli, że mama go nie kocha (za bardzo ironizuję). Nie jestem żadnym z nich, gdyby ktoś pytał. Chodzi o to, że i jeden i drugi cierpi tak samo. Bo każdy ma jakiś problem. Nie porównujmy, że ten ma większy, a ty masz mniejszy i użalasz się nad sobą. Nie. Problem 1 wypełnia całe życie osoby 1, a problem 2 wypełnia całe życie osoby 2. I dla tego się nie rozumiemy, kurwa. A jak ktoś się tobie zwierza ze swojego problemu to w myślach pogardzasz nim, że się tak przejmuje byle czym. A na zewnątrz bierzesz chusteczkę i wycierasz tą ciecz co spływa po policzkach. Trzymasz za rękę. Mówisz "przykro mi", a tak naprawdę w żaden sposób nie możesz mu pomóc. Tylko on źle się czuje, że otworzył się przed tobą, chociaż wiedział, że taka będzie twoja reakcja. Dlatego nie współczuję. Dlatego wstydzę się za siebie. Chowam się tylko pod kołdrę i tam mówię samej sobie. Jaka to jestem głupia.
Nie tak dawno poznałam kochanych ludzi. Ja zasadniczo nie spotykam się z takim podejściem to mojej osoby. Generalnie jest inaczej. A teraz nie jest generalnie i uśmiecham się częściej. Dziękuję więc.
Co za rozklejona do granic możliwości notka. Przepraszam.
To i tak jest wielki postęp, że napisałam ją i jeszcze publikuję nawet. Doceńcie to.