W końcu jestem uwolniona. Niestety nie cały czas, ale idę w dobrą stronę.
Jejku, jak się cieszę, jak mi dobrze. Niesamowite, naprawdę.
czwartek, 26 lutego 2015
poniedziałek, 23 lutego 2015
eh
Ach, losie, czy jak już jestem względnie normalna i niecierpiąca permanentnie, to nie mogę z siebie wykrzesać odrobiny wartościowej prozy (lub chociażby poezji)?
Może tak to już jest... Choć nigdy nie powiem, że nie jestem usatysfakcjonowana dziedziną nauki, którą wybrałam. Aczkolwiek stale obecne uczucie, że jestem debilem nie należy do najprzyjemniejszych...
Może tak to już jest... Choć nigdy nie powiem, że nie jestem usatysfakcjonowana dziedziną nauki, którą wybrałam. Aczkolwiek stale obecne uczucie, że jestem debilem nie należy do najprzyjemniejszych...
środa, 18 lutego 2015
chyba nie mam zbyt wiele do powiedzenia
Poza tym, że jest mi dobrze, bo nigdzie mi się nie śpieszy. Nikt mnie nie goni. I ja nie gonię. Za własnym ogonem.
Jestem na najlepszej uczelni na świecie, na najlepszym wydziale. Kocham M. B. i się roztkliwiam. No tacy kochani są wszyscy dla mnie, że... och. Kochani. Kocham. Dziękuję.
No to teraz już na pewno zdam.
Jestem na najlepszej uczelni na świecie, na najlepszym wydziale. Kocham M. B. i się roztkliwiam. No tacy kochani są wszyscy dla mnie, że... och. Kochani. Kocham. Dziękuję.
No to teraz już na pewno zdam.
czwartek, 12 lutego 2015
sesji ciąg dalszy
A więc okazuje się, że jeszcze nie jest przesądzony mój los. To znaczy ocena z analizy. Jestem w otoczeniu dwójki, ale może... Także ponownie proszę o skierowanie pozytywnej energii w moją stronę. Dziś i jutro.
sobota, 7 lutego 2015
za miesiąc lub później
Od października zaczęłam studiować na drugim roku matematyki na bardzo dobrej uczelni. Udało mi się przenieść z uczelni o bardzo niskim poziomie. Cieszyłam się, że w końcu czegoś się nauczę, a także, że wyrwę się z tego małego Lublina, gdzie nie widziałam perspektyw. Wiedziałam, że prawdopodobnie będzie trudno, bo różnica w poziomie jest duża. Oprócz tego miałam braki z analizy. Jak później się okazało nie tylko z analizy, ale z każdego przedmiotu.
Po pierwszych dniach byłam lekko przerażona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nikt nie tłumaczył od podstaw treści wykładu, nie byłam przyzwyczajona do takiej sytuacji. W Lublinie było inaczej. No ale to nie był Lublin.
Z czasem coraz mniej chętnie chodziłam na zajęcia. Nic nie rozumiałam i czułam się coraz bardziej głupia. Ja, która zawsze słyszałam, jaka jestem mądra, inteligentna, jak mi wszystko łatwo przychodzi. Teraz to, co myślałam o sobie było zaprzeczeniem poprzedniego zdania. I nie było sposobu, żeby jakoś to zmienić. Trochę się uczyłam. Zdarzało się, że ludzie mówili, że tutaj tak jest, że to jest trudny materiał, żebym się nie poddawała. Więc trochę się starałam. No właśnie, trochę, bo musiałam poświęcić naprawdę dużo czasu, żeby zrozumieć jakieś zagadnienie. A nie przeznaczałam na naukę dostatecznej ilości, toteż doszłam do wniosku, że jestem po prostu głupia - czy się uczę, czy nie - efekt jest podobny.
Jakoś około grudnia, może wcześniej, może później, zaczęłam trochę inaczej patrzeć na problem. Rzeczywiście inni uczyli się dużo więcej niż ja. To, że mieli lepsze wyniki nie było dziełem przypadku, ale ciężkiej pracy. Zauważyłam, że ja też potrafię rozwiązywać matematyczne problemy, które tydzień wcześniej były dla mnie niewyobrażalnie trudne. Więc uczyłam się trochę więcej. Ale nie potrafiłam dobrze rozplanować czasu. Była przecież jeszcze szkoła muzyczna w Lublinie, musiałam ćwiczyć na pianinie. Moje wyniki nieznacznie się polepszyły, ale przynajmniej miałam świadomość, że czegoś się nauczyłam i wiedziałam już, o czym jest mowa na ćwiczeniach. Potrafiłam nie grać na pianinie przez kilka dni, gdy byłam tuż przed kolokwium. O dziwo, w tym roku miałam chyba najlepszy egzamin w mojej karierze. A ćwiczyłam dużo mniej niż w zeszłych latach, ale rozsądniej, a do tego miałam pozytywne podejście. I nawet otrzymałam to upragnione potwierdzenie mojej nieśmiałej hipotezy, że chyba umiem grać i chyba nawet ładnie - ocenę dobrą.
Tak naprawdę zrozumiałam, jak należy się uczyć dopiero w połowie stycznia. Niestety, moje poprzednie żałosne wyniki i następne trochę lepsze zadecydowały o tym, że nie zostałam dopuszczona do pierwszego terminu egzaminu z algebry. Z topologią poszło lepiej, ale trochę mi zabrakło, to oceny pozytywnej. Było mi przykro, ale nie miałam się czemu dziwić, znowu nie poświęciłam wystarczająco dużo czasu i wysiłku na przyswojenie dostatecznej ilości materiału. I tak uważam to za spore osiągnięcie, za pierwszym razem miałam 10%, w wyniku całkowicie samodzielnej nauki zdobyłam 40%.
Bardzo nie chciałam mieć trzech poprawek. Uczyłam się analizy. Uczyłam się sporo, wiele rzeczy udało mi się zrozumieć, byłam z siebie dumna. Dzień przed egzaminem zdałam sobie sprawę z tego, jak mało naprawdę umiem. Myślałam, że jakoś to będzie, że może się udać. Nie udało się. Po egzaminie płakałam. Znów czułam się tępą idiotką, która nie wiadomo, co sobie wyobraża. Zawiodłam siebie. Nie chciałam wracać do domu, nie chciałam rozmawiać z nikim, bo na pewno byłyby pytania o to, jak mi poszło. A wiedziałam, że poszło fatalnie.
Ogólnie pierwszy semestr drugiego roku na matematyce był pasmem niepowodzeń. Nic się nie udawało, często się załamywałam, ale walczyłam. Aż w końcu pękłam, bo to było zbyt wiele. Czułam się fatalnie tamtego dnia. Po egzaminie tak bardzo chciałam pobyć sama i popłakać, a jednocześnie pójść do kogoś, kto zrobiłby herbatkę i mnie przytulił. Zdałam sobie sprawę, że nie mam, przynajmniej tutaj, nikogo takiego. Kupiłam papierosy, choć miałam tego nie robić. Włóczyłam się po mieście, potem pojechałam tramwajem w nieznane rejony. W końcu wróciłam do domu, przespałam się kilka godzin, a potem oglądałam serial. Następnego dnia wstałam, wzięłam się do nauki i ćwiczenia bez bólu. Miałam niecałe dwa tygodnie do najbliższej poprawki.
Zdałam wszystko na czwórki. Może potrzebowałam tamtych porażek, żeby dogłębnie zrozumieć, jak dużo należy się uczyć. W końcu mi się udało. Od pewnego momentu wiele rzeczy mi się udaje.
Tekstem w innym kolorze wybiegłam trochę w przeszłość. Ale skoro jestem pewna, że tak będzie, to mogę śmiało sobie tak napisać.
Powodzenia wszystkim w sesji. ; )
Po pierwszych dniach byłam lekko przerażona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nikt nie tłumaczył od podstaw treści wykładu, nie byłam przyzwyczajona do takiej sytuacji. W Lublinie było inaczej. No ale to nie był Lublin.
Z czasem coraz mniej chętnie chodziłam na zajęcia. Nic nie rozumiałam i czułam się coraz bardziej głupia. Ja, która zawsze słyszałam, jaka jestem mądra, inteligentna, jak mi wszystko łatwo przychodzi. Teraz to, co myślałam o sobie było zaprzeczeniem poprzedniego zdania. I nie było sposobu, żeby jakoś to zmienić. Trochę się uczyłam. Zdarzało się, że ludzie mówili, że tutaj tak jest, że to jest trudny materiał, żebym się nie poddawała. Więc trochę się starałam. No właśnie, trochę, bo musiałam poświęcić naprawdę dużo czasu, żeby zrozumieć jakieś zagadnienie. A nie przeznaczałam na naukę dostatecznej ilości, toteż doszłam do wniosku, że jestem po prostu głupia - czy się uczę, czy nie - efekt jest podobny.
Jakoś około grudnia, może wcześniej, może później, zaczęłam trochę inaczej patrzeć na problem. Rzeczywiście inni uczyli się dużo więcej niż ja. To, że mieli lepsze wyniki nie było dziełem przypadku, ale ciężkiej pracy. Zauważyłam, że ja też potrafię rozwiązywać matematyczne problemy, które tydzień wcześniej były dla mnie niewyobrażalnie trudne. Więc uczyłam się trochę więcej. Ale nie potrafiłam dobrze rozplanować czasu. Była przecież jeszcze szkoła muzyczna w Lublinie, musiałam ćwiczyć na pianinie. Moje wyniki nieznacznie się polepszyły, ale przynajmniej miałam świadomość, że czegoś się nauczyłam i wiedziałam już, o czym jest mowa na ćwiczeniach. Potrafiłam nie grać na pianinie przez kilka dni, gdy byłam tuż przed kolokwium. O dziwo, w tym roku miałam chyba najlepszy egzamin w mojej karierze. A ćwiczyłam dużo mniej niż w zeszłych latach, ale rozsądniej, a do tego miałam pozytywne podejście. I nawet otrzymałam to upragnione potwierdzenie mojej nieśmiałej hipotezy, że chyba umiem grać i chyba nawet ładnie - ocenę dobrą.
Tak naprawdę zrozumiałam, jak należy się uczyć dopiero w połowie stycznia. Niestety, moje poprzednie żałosne wyniki i następne trochę lepsze zadecydowały o tym, że nie zostałam dopuszczona do pierwszego terminu egzaminu z algebry. Z topologią poszło lepiej, ale trochę mi zabrakło, to oceny pozytywnej. Było mi przykro, ale nie miałam się czemu dziwić, znowu nie poświęciłam wystarczająco dużo czasu i wysiłku na przyswojenie dostatecznej ilości materiału. I tak uważam to za spore osiągnięcie, za pierwszym razem miałam 10%, w wyniku całkowicie samodzielnej nauki zdobyłam 40%.
Bardzo nie chciałam mieć trzech poprawek. Uczyłam się analizy. Uczyłam się sporo, wiele rzeczy udało mi się zrozumieć, byłam z siebie dumna. Dzień przed egzaminem zdałam sobie sprawę z tego, jak mało naprawdę umiem. Myślałam, że jakoś to będzie, że może się udać. Nie udało się. Po egzaminie płakałam. Znów czułam się tępą idiotką, która nie wiadomo, co sobie wyobraża. Zawiodłam siebie. Nie chciałam wracać do domu, nie chciałam rozmawiać z nikim, bo na pewno byłyby pytania o to, jak mi poszło. A wiedziałam, że poszło fatalnie.
Ogólnie pierwszy semestr drugiego roku na matematyce był pasmem niepowodzeń. Nic się nie udawało, często się załamywałam, ale walczyłam. Aż w końcu pękłam, bo to było zbyt wiele. Czułam się fatalnie tamtego dnia. Po egzaminie tak bardzo chciałam pobyć sama i popłakać, a jednocześnie pójść do kogoś, kto zrobiłby herbatkę i mnie przytulił. Zdałam sobie sprawę, że nie mam, przynajmniej tutaj, nikogo takiego. Kupiłam papierosy, choć miałam tego nie robić. Włóczyłam się po mieście, potem pojechałam tramwajem w nieznane rejony. W końcu wróciłam do domu, przespałam się kilka godzin, a potem oglądałam serial. Następnego dnia wstałam, wzięłam się do nauki i ćwiczenia bez bólu. Miałam niecałe dwa tygodnie do najbliższej poprawki.
Zdałam wszystko na czwórki. Może potrzebowałam tamtych porażek, żeby dogłębnie zrozumieć, jak dużo należy się uczyć. W końcu mi się udało. Od pewnego momentu wiele rzeczy mi się udaje.
Tekstem w innym kolorze wybiegłam trochę w przeszłość. Ale skoro jestem pewna, że tak będzie, to mogę śmiało sobie tak napisać.
Powodzenia wszystkim w sesji. ; )
nawet jeśli nikogo tu nie ma
to proszę o przekazywanie mi jak najwięcej mądrości i pozytywnej energii jutro (tj. dziś) w godzinach 9 - 14. Innymi słowy można by powiedzieć - "proszę o trzymanie kciuków" lecz to nie oddaje istoty tego, o co proszę.
czwartek, 5 lutego 2015
w porządku
Moje życie nie jest melodramatem, antyczną tragedią ani też komedią romantyczną. To tylko ciąg małych zdarzeń zbiegający do pewnego punktu skupienia. Jest mi teraz bardzo miło, chociaż tkwię gdzieś pomiędzy pytaniem a odpowiedzią. Nie wiem dokąd mi bliżej. Ale to nic. Uśmiecham się każdego dnia i wieczora, bo wiem, że teraz jest przy mnie ktoś, kto zadba o moje bezpieczeństwo i szczęście. Ja tu jestem. Ja i Wszechświat. Dlatego też nigdzie mi się nie śpieszy. Dryfuję sobie powoli (a może całkiem szybko, przecież czas jest zupełnie względny, toteż prędkość także) do mojego miejsca, w którym jest najcieplej i najlepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)