Pamiętasz? Kiedyś byliśmy mali i niewinni. Żyliśmy na innym świecie ograniczonym matczynymi ramionami. Takie silne i ciepłe. Nie dopuszczały zła z zewnątrz do ciebie.
No cóż. Moja mama nie ma już rąk. Samochody obrzucają mnie błotem, a ja mam tylko cienki płaszczyk. Jest mi zimno. Tak zimno.
Muszę znaleźć sobie nowe ręce. Muszę znaleźć sobie nowe ręce.
czwartek, 15 grudnia 2011
niedziela, 24 lipca 2011
Dawno tu nic nie było. Niestety. Chciałam napisać o szwabach i pobycie w szwablandzie, ale od razu jak wróciłam to pojechałam na Fulmana ileśtam w wiadomym celu, a następnie na Startową 16, żeby następnego dnia być niewyspaną i marudną. Następnie wsiadłam w busa do miejsca, w którym nie ma internetu, a do najbliższego sklepu muszę iść kilometr, o najlepszej porze dnia, czyli 6.45. Podobno tak jest najlepiej. Później udałam się do mitycznego Wypizdowa no i właśnie wielki powrót do Lublina. To tyle z mego życiorysu.
No tak naprawdę to nie. Wszystkie ciekawe sprawy, o których można by napisać uległy przedawnieniu. Cóż poradzić.
No ale w skrócie to powiem, że szwaby są beznadziejne, dziwne i noszą skarpetki do sandałów. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jak to zawsze bywa. Przełamując moje najbardziej chamskie i uciążliwe cechy, tj. nieśmiałość np. podchodzę do nieznajomych ludzi i 'pstrykam focie', jestem crazy na sto pro po prostu. Ale okazało się, że mój English it's not good enough, a Deutsch to nawet wstyd mówić, więc porzuciłam ambitne plany bratania się z niemiecką młodzieżą. Mogłoby być ciekawie.
Mityczny Wypizdów to miejsce, w którym są komary i jest zimno. A poza tym pada deszcz. Ale nie jestem pewna, czy tak przez cały rok. I internet chodzi wolniej niż ja na lekcje matematyki. Wyobrażacie sobie. W Wypizdowie o dziwo mieszkają ludzie, chodzący na dwóch nogach i generalnie to raczej nie wyróżniają się bardzo. Mają fajny bar, w którym jest fajne fluorescencyjne światło. Rozrywką okolicznej młodzieży jest spacer na cmentarz w nocy. A poza tym to ciągle są tam pogrzeby podobno. Wypizdów to smutne miasto.
Chcę jeszcze dodać, że strasznie się wysilam przy pisaniu tej notki, ale jak trzeba to trzeba. Pusto mi w środku, dlatego nie jestem w stanie wydusić czegoś kreatywnego. Ostatnio mnie wszyscy pytają o studia. Smutne. No więc z Elkonem postanowiłyśmy zadbać o swoją przyszłość. Moje dbanie o przyszłość polega na wejście na stronę perspektywy.pl i wypisywanie kierunków, które mają fajną nazwę i nie wymagają zdania biologii. Spoko, nie? Buddologię np. znalazłam.
***
"... dla mnie faja to synonim wolności." Dla mnie też. Grabaż ; )
No tak naprawdę to nie. Wszystkie ciekawe sprawy, o których można by napisać uległy przedawnieniu. Cóż poradzić.
No ale w skrócie to powiem, że szwaby są beznadziejne, dziwne i noszą skarpetki do sandałów. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jak to zawsze bywa. Przełamując moje najbardziej chamskie i uciążliwe cechy, tj. nieśmiałość np. podchodzę do nieznajomych ludzi i 'pstrykam focie', jestem crazy na sto pro po prostu. Ale okazało się, że mój English it's not good enough, a Deutsch to nawet wstyd mówić, więc porzuciłam ambitne plany bratania się z niemiecką młodzieżą. Mogłoby być ciekawie.
Mityczny Wypizdów to miejsce, w którym są komary i jest zimno. A poza tym pada deszcz. Ale nie jestem pewna, czy tak przez cały rok. I internet chodzi wolniej niż ja na lekcje matematyki. Wyobrażacie sobie. W Wypizdowie o dziwo mieszkają ludzie, chodzący na dwóch nogach i generalnie to raczej nie wyróżniają się bardzo. Mają fajny bar, w którym jest fajne fluorescencyjne światło. Rozrywką okolicznej młodzieży jest spacer na cmentarz w nocy. A poza tym to ciągle są tam pogrzeby podobno. Wypizdów to smutne miasto.
Chcę jeszcze dodać, że strasznie się wysilam przy pisaniu tej notki, ale jak trzeba to trzeba. Pusto mi w środku, dlatego nie jestem w stanie wydusić czegoś kreatywnego. Ostatnio mnie wszyscy pytają o studia. Smutne. No więc z Elkonem postanowiłyśmy zadbać o swoją przyszłość. Moje dbanie o przyszłość polega na wejście na stronę perspektywy.pl i wypisywanie kierunków, które mają fajną nazwę i nie wymagają zdania biologii. Spoko, nie? Buddologię np. znalazłam.
***
"... dla mnie faja to synonim wolności." Dla mnie też. Grabaż ; )
czwartek, 23 czerwca 2011
tak. bywa i tak.
Myślałam o stałości. Stałość tylko na kartkach. Ewolucje, rewolucje i inne pierdoły. Nagle się okazuje, że stałość to kłamstwo. Nie ma cię.
Wciąż się zmienia. Mogłabym wymienić tyle okresów. "Kiedy wydawało mi się, że jestem mądra", "Kiedy byłam bardziej naiwna niż teraz", "Kiedy to, coś tam, z kimś tam, gdzieś tam". "Teraz" wciąż się przemieszcza. Teraz. Teraz. Jest cały czas, czymś innym.
Wszyscy mówicie, że ten rok szybko zleciał. A ja mówię, że każdy szybko leci. 17 lat szybko zleciało, aczkolwiek nie pamiętam tego okresu, kiedy ganiałam nago i mogłam walić w pieluchę. Musiało być zajebiście. Jednak już trochę późniejsze fragmenty są. Kiedy jeszcze uważałam się za wyniosłego filozofa, który godzien jest polemizować z Diogenesem z beczki, co tam, nawet z Platonem i Sokratesem, Arystotelesem, Epikurem, Tomaszem z Akwinu, Rousseau (że tak walnę z innej epoki), Kantem i innymi chłopcami, zastanawiałam się dużo nad takimi rzeczami. Jest czas po prostu. A ten chuj ma to do siebie, że zapierdala jak szalony. Każdy ma jakiś na to swój sposób. Jedni jęczą, że są za starzy, inni, że za młodzi. Niektórzy mniej jęczą, bo mniej takim dociekaniom poświęcają czasu. I to jest dobre. Life won't wait for you, dziwko, więc weź się do roboty, a nie mędrkujesz.
Ja tam już chyba nic mądrego nie wymyślę. Ale buddyzm. Taki rozwarstwiony osobowościowo człowiek jak ja musi być po kilku co najmniej reinkarnacjach. No bo jak inaczej?
Coś trzeba wybrać i wtedy dążyć do tego. Już sama walka o marzenia jest chyba prostsza niż decyzja. Nie można tyle czekać. Ale nie wiem, co mogę w tym kierunku zrobić. Deletam powoli moje ograniczenia i czytam Grabaża kochanego. Może coś do tego łba wpadnie. Maybe. Wtedy będę się starać na 100 pro. Na pewno. Dostanę to, czego chcę.
Najpierw muszę wiedzieć czego chcę. Tak.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A tymczasem wakacje. Udanych (wiecie, co to znaczy ; d). Nie powinny być jedną wielką depresją. Zapobieganie.
Szeptem na ucho powiem, że
że ja, ja się tego wyrzekam.
Wciąż się zmienia. Mogłabym wymienić tyle okresów. "Kiedy wydawało mi się, że jestem mądra", "Kiedy byłam bardziej naiwna niż teraz", "Kiedy to, coś tam, z kimś tam, gdzieś tam". "Teraz" wciąż się przemieszcza. Teraz. Teraz. Jest cały czas, czymś innym.
Wszyscy mówicie, że ten rok szybko zleciał. A ja mówię, że każdy szybko leci. 17 lat szybko zleciało, aczkolwiek nie pamiętam tego okresu, kiedy ganiałam nago i mogłam walić w pieluchę. Musiało być zajebiście. Jednak już trochę późniejsze fragmenty są. Kiedy jeszcze uważałam się za wyniosłego filozofa, który godzien jest polemizować z Diogenesem z beczki, co tam, nawet z Platonem i Sokratesem, Arystotelesem, Epikurem, Tomaszem z Akwinu, Rousseau (że tak walnę z innej epoki), Kantem i innymi chłopcami, zastanawiałam się dużo nad takimi rzeczami. Jest czas po prostu. A ten chuj ma to do siebie, że zapierdala jak szalony. Każdy ma jakiś na to swój sposób. Jedni jęczą, że są za starzy, inni, że za młodzi. Niektórzy mniej jęczą, bo mniej takim dociekaniom poświęcają czasu. I to jest dobre. Life won't wait for you, dziwko, więc weź się do roboty, a nie mędrkujesz.
Ja tam już chyba nic mądrego nie wymyślę. Ale buddyzm. Taki rozwarstwiony osobowościowo człowiek jak ja musi być po kilku co najmniej reinkarnacjach. No bo jak inaczej?
Coś trzeba wybrać i wtedy dążyć do tego. Już sama walka o marzenia jest chyba prostsza niż decyzja. Nie można tyle czekać. Ale nie wiem, co mogę w tym kierunku zrobić. Deletam powoli moje ograniczenia i czytam Grabaża kochanego. Może coś do tego łba wpadnie. Maybe. Wtedy będę się starać na 100 pro. Na pewno. Dostanę to, czego chcę.
Najpierw muszę wiedzieć czego chcę. Tak.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A tymczasem wakacje. Udanych (wiecie, co to znaczy ; d). Nie powinny być jedną wielką depresją. Zapobieganie.
Szeptem na ucho powiem, że
że ja, ja się tego wyrzekam.
piątek, 17 czerwca 2011
no to pa.
Tak się robi ciepło. Coraz cieplej. Bardzo lubię.
Może się niektórzy zorientowali, że jest czerwiec. A czerwiec fajny jest. AD 2010 też był czerwiec. No i powiedziałabym, że nic się nie zmieniło, ale wtedy bym skłamała. Ale ja nie kłamię. Prawda?
Jakoś przeżyłam w więzieniu na Placu Wolności ten rok. Nawet nie było źle. Nawet było dobrze. Wszystkie głupie małe i większe decyzje odmieniają sytuację. Uciekam od podejmowania decyzji, czasem trzeba. To źle, że ja tak nie potrafię, że jestem zakonnicą-wieczną dziewicą. Jak najdalej spieprzam od jakiegokolwiek wyboru. Źle.
W sumie to nie mam źle. Niby jest dobrze, ale czasem nam się przypomina, że życie jest chujowe. I wtedy rzeczywiście - chujoza. Ale każdy to ma. Każdy ma coś, już to wiem. I tych rzeczy się nie porównuje. Wszyscy nosimy ze sobą jakąś kurwę.
Ostatnio cały czas mam piątek i niech tak pozostanie.
Bezpostaciowość. Po prostu szara masa, żadnej kreatywności, jebanego wyróżnika człowieczego. Ja się nie umiem określić nawet. Niektórzy przynajmniej są ateistami tępiącymi katolików, a inni katolikami tępiącymi złą młodzież vel. ateistów vel. satanistów (przecież to to samo, nie?), a inni są po prostu katolikami, którzy co tydzień zapierdalają do jakiegoś budynku i jęczą do człowieka na krzyżu (który w moim budynku jest w pozie jakby tańczył pogo, serio). A ja? Ja nie medytuję, nie modlę się, nie tępię "ciemnoty". Nic w ogóle. Wypadałoby kimś być. Wypadałoby przynajmniej się czuć jak człowiek, nie pomyje. Pozdro. "Nie bierz tego do siebie".
Wszystko biorę do siebie. Może już mniej. Kiedyś "Anka" z ust Anny S. szanownej polonistki napawało mnie strachem. Głupie dziecko, głupie. Jak tu być sobą jak się ma 17 lat, a mentalnie jest się pięciolatką z używkami. Chore. Chorość mam genetycznie, tylko nikt się nie leczy.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I kreska nawet jest. Już nie wiem co napisać. Mój styl stracił resztki bytu. Smutno. Hejka.
Może się niektórzy zorientowali, że jest czerwiec. A czerwiec fajny jest. AD 2010 też był czerwiec. No i powiedziałabym, że nic się nie zmieniło, ale wtedy bym skłamała. Ale ja nie kłamię. Prawda?
Jakoś przeżyłam w więzieniu na Placu Wolności ten rok. Nawet nie było źle. Nawet było dobrze. Wszystkie głupie małe i większe decyzje odmieniają sytuację. Uciekam od podejmowania decyzji, czasem trzeba. To źle, że ja tak nie potrafię, że jestem zakonnicą-wieczną dziewicą. Jak najdalej spieprzam od jakiegokolwiek wyboru. Źle.
W sumie to nie mam źle. Niby jest dobrze, ale czasem nam się przypomina, że życie jest chujowe. I wtedy rzeczywiście - chujoza. Ale każdy to ma. Każdy ma coś, już to wiem. I tych rzeczy się nie porównuje. Wszyscy nosimy ze sobą jakąś kurwę.
Ostatnio cały czas mam piątek i niech tak pozostanie.
Bezpostaciowość. Po prostu szara masa, żadnej kreatywności, jebanego wyróżnika człowieczego. Ja się nie umiem określić nawet. Niektórzy przynajmniej są ateistami tępiącymi katolików, a inni katolikami tępiącymi złą młodzież vel. ateistów vel. satanistów (przecież to to samo, nie?), a inni są po prostu katolikami, którzy co tydzień zapierdalają do jakiegoś budynku i jęczą do człowieka na krzyżu (który w moim budynku jest w pozie jakby tańczył pogo, serio). A ja? Ja nie medytuję, nie modlę się, nie tępię "ciemnoty". Nic w ogóle. Wypadałoby kimś być. Wypadałoby przynajmniej się czuć jak człowiek, nie pomyje. Pozdro. "Nie bierz tego do siebie".
Wszystko biorę do siebie. Może już mniej. Kiedyś "Anka" z ust Anny S. szanownej polonistki napawało mnie strachem. Głupie dziecko, głupie. Jak tu być sobą jak się ma 17 lat, a mentalnie jest się pięciolatką z używkami. Chore. Chorość mam genetycznie, tylko nikt się nie leczy.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I kreska nawet jest. Już nie wiem co napisać. Mój styl stracił resztki bytu. Smutno. Hejka.
czwartek, 5 maja 2011
przykro, smutno etc.
Oj tam, nieprawda. Ostatnie dni to jedna wielka beka. Dobrze mieć kogoś.
Ja nie wiem no. Oprócz tego, że żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja i to jeszcze perfidnie za moją kasę to w jakiejś pojebanej strefie klimatycznej! Maj to jest taki piękny miesiąc, a tu łup! - śnieg.
Ok, nie będę jęczeć, to nie demotywatory.
Ale jak tylko się uda to wyniosę się gdzieś blisko równika.
Już nie jestem chyba filozofem, romantykiem, egoistą etc. Po prostu się nie zastanawiam, nie mam na to czasu. Gdybym tyle myślała co kiedyś nad sensem życia, to wiele z samego życia by mi umknęło. Nie lubię tego.
Może to lepiej. Jednak trochę ciężko. "Trudno nie wierzyć w nic..." Trudno też wierzyć w chrześcijaństwo, które wydawało mi się kiedyś na 100 pro tró.
Naprawdę, brzmię teraz idiotycznie, ale - głupio tak nie żyć. Żyję, żyję i nagle nie żyję? c h u j o w o
Nie chciałabym tak. No ale nie ja tu rządzę.
Wybaczcie, notki nie będą mądre. Może nie zgłupiałam. Może nie. Ale jakoś żyję szybciej. Ogólnie żyję bardziej niż wcześniej. Bez sensacji. Ale więcej. I to jest fantastyczne.
Chociaż to wszystko noszę ze sobą. Ja wiem. Nie mogę mieć pretensji do rodziców, że nie są idealni. Miło czasem się poużalać. Ja chciałabym być idealna dla mojego brata. Jako opiekun. Da się? Wydaje mi się, że już dużo wiem. Wiem jak z nim nie postępować, żeby rodzina nie kojarzyła mu się źle. Żeby mnie nie okłamywał i opowiadał mi o codziennych sytuacjach w szkole (taaaa... na razie chodzi jeszcze w pieluchach). Jeśli nie popełnię błędów moich rodziców, to pewnie popełnię inne. Ale ja widziałam też inne matki, innych ojców. Wiem, jak nie robić.
hm hm hm.
tymczasem trzeba moim rodzicom wytłumaczyć, że jak pójdę na koncert to pijani studenci mnie nie zgwałcą/pobiją/upiją/zdeprawują/zjedzą/obnażą. to będzie trudne. ehhh. jakbym ja nigdy pijanego człowieka nie widziała. i nie powiem nic więcej, bo strona ogólnie dostępna.
Ja nie wiem no. Oprócz tego, że żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja i to jeszcze perfidnie za moją kasę to w jakiejś pojebanej strefie klimatycznej! Maj to jest taki piękny miesiąc, a tu łup! - śnieg.
Ok, nie będę jęczeć, to nie demotywatory.
Ale jak tylko się uda to wyniosę się gdzieś blisko równika.
Już nie jestem chyba filozofem, romantykiem, egoistą etc. Po prostu się nie zastanawiam, nie mam na to czasu. Gdybym tyle myślała co kiedyś nad sensem życia, to wiele z samego życia by mi umknęło. Nie lubię tego.
Może to lepiej. Jednak trochę ciężko. "Trudno nie wierzyć w nic..." Trudno też wierzyć w chrześcijaństwo, które wydawało mi się kiedyś na 100 pro tró.
Naprawdę, brzmię teraz idiotycznie, ale - głupio tak nie żyć. Żyję, żyję i nagle nie żyję? c h u j o w o
Nie chciałabym tak. No ale nie ja tu rządzę.
Wybaczcie, notki nie będą mądre. Może nie zgłupiałam. Może nie. Ale jakoś żyję szybciej. Ogólnie żyję bardziej niż wcześniej. Bez sensacji. Ale więcej. I to jest fantastyczne.
Chociaż to wszystko noszę ze sobą. Ja wiem. Nie mogę mieć pretensji do rodziców, że nie są idealni. Miło czasem się poużalać. Ja chciałabym być idealna dla mojego brata. Jako opiekun. Da się? Wydaje mi się, że już dużo wiem. Wiem jak z nim nie postępować, żeby rodzina nie kojarzyła mu się źle. Żeby mnie nie okłamywał i opowiadał mi o codziennych sytuacjach w szkole (taaaa... na razie chodzi jeszcze w pieluchach). Jeśli nie popełnię błędów moich rodziców, to pewnie popełnię inne. Ale ja widziałam też inne matki, innych ojców. Wiem, jak nie robić.
hm hm hm.
tymczasem trzeba moim rodzicom wytłumaczyć, że jak pójdę na koncert to pijani studenci mnie nie zgwałcą/pobiją/upiją/zdeprawują/zjedzą/obnażą. to będzie trudne. ehhh. jakbym ja nigdy pijanego człowieka nie widziała. i nie powiem nic więcej, bo strona ogólnie dostępna.
czwartek, 28 kwietnia 2011
jak grom z jasnego nieba.
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
mam 17 lat.
fuuuuu.
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
ja pierdole
mam 17 lat.
fuuuuu.
środa, 16 marca 2011
nie poganiaj mnie, bo tracę oddech, nie poganiaj mnie, bo gubię rytm.
Tak naprawdę to nikt mnie nie pogania. Elkon tylko prosi o notkę. Chociaż nie wiem dlaczego, seriously.
Kiedyś żyłam spokojniej. Na wszystko przyjdzie czas. Wystarczy czekać. "Alchemik" pokornie spoczywa na półce wśród innych książek. Chyba kiedyś do ciebie wrócę. Jeszcze nie teraz.
Nie, może nie to, że mi przeszło. Mam mniej entuzjazmu, za to więcej obaw. Wydaje mi się, że czekanie to nie jest najlepsza rzecz, którą mogę teraz zrobić. To właściwie nie jest czynność.
Tak. Tak. Muszę coś zrobić. Muszę. Pozbieram moją osobowość pozbawioną jak na razie cech i podejmę jakieś kroki. I takie myśli krążą cały, cały czas. Nie wiem. Wciąż nie wiem co. Szukam jakiejś podpowiedzi w filmach, muzyce. Nie wiem. Może szukam nieumiejętnie. Może jestem zbyt leniwa.Kurwa. Ziemia się przecież kręci. Cały czas się coś dzieje. Powinnam siedzieć bezczynnie? Czekać na rozwiązanie?
Podobno jeśli problemu nie da się rozwiązać, to ten problem nie istnieje. No ja doprawdy nie wiem, czy mogę się z tym zgodzić. Teoretycznie są jakieś wyjścia, ale nie sądzę, żeby były rozsądne. Nie będę teraz pakować szczoteczki i słuchawek, robić awantury, wynosić się na dworzec. Jak ja bym przeżyła bez facebooka? o_O
Boli mnie moja bezradność. Może ja nie jestem bezradna. Po prostu naprawdę naprawdę nie wiem co mam robić. To jest bez sensu. Wciąż łapię się na tym, że błagam, błagam o pomoc. Ale tak serio... who cares? Każdy ma jakieś tam swoje rzeczy. Nie mogę nikogo moją osobą obciążać, i tak nadużywam uprzejmości ludzi.
Jakieś jednak postępy są. Wychodzę z myślenia "ja jestem mądra i w ogóle zajebista, nie to, co ta chałtura". Oraz więcej mnie obchodzi tak myślę. Wzrok mój wyszedł poza własną dupę (nos znaczy), ale chyba dostrzegłam coś. Będzie ciężko. "Nikt nie mówił, że będzie łatwo"
Jej piękne słowa. W ogóle nie spodziewałam się ich usłyszeć wtedy. Może jest przygnębiające, ale tam. Trzeba się zmierzyć z prawdą, nie? Po co mi bezsensowne pocieszanie? Wszystko nie będzie dobrze. Wątpię, że cokolwiek będzie dobrze.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Jak ktoś ma ew. pomysł, to no. Proszę.
Kiedyś żyłam spokojniej. Na wszystko przyjdzie czas. Wystarczy czekać. "Alchemik" pokornie spoczywa na półce wśród innych książek. Chyba kiedyś do ciebie wrócę. Jeszcze nie teraz.
Nie, może nie to, że mi przeszło. Mam mniej entuzjazmu, za to więcej obaw. Wydaje mi się, że czekanie to nie jest najlepsza rzecz, którą mogę teraz zrobić. To właściwie nie jest czynność.
Tak. Tak. Muszę coś zrobić. Muszę. Pozbieram moją osobowość pozbawioną jak na razie cech i podejmę jakieś kroki. I takie myśli krążą cały, cały czas. Nie wiem. Wciąż nie wiem co. Szukam jakiejś podpowiedzi w filmach, muzyce. Nie wiem. Może szukam nieumiejętnie. Może jestem zbyt leniwa.Kurwa. Ziemia się przecież kręci. Cały czas się coś dzieje. Powinnam siedzieć bezczynnie? Czekać na rozwiązanie?
Podobno jeśli problemu nie da się rozwiązać, to ten problem nie istnieje. No ja doprawdy nie wiem, czy mogę się z tym zgodzić. Teoretycznie są jakieś wyjścia, ale nie sądzę, żeby były rozsądne. Nie będę teraz pakować szczoteczki i słuchawek, robić awantury, wynosić się na dworzec. Jak ja bym przeżyła bez facebooka? o_O
Boli mnie moja bezradność. Może ja nie jestem bezradna. Po prostu naprawdę naprawdę nie wiem co mam robić. To jest bez sensu. Wciąż łapię się na tym, że błagam, błagam o pomoc. Ale tak serio... who cares? Każdy ma jakieś tam swoje rzeczy. Nie mogę nikogo moją osobą obciążać, i tak nadużywam uprzejmości ludzi.
Jakieś jednak postępy są. Wychodzę z myślenia "ja jestem mądra i w ogóle zajebista, nie to, co ta chałtura". Oraz więcej mnie obchodzi tak myślę. Wzrok mój wyszedł poza własną dupę (nos znaczy), ale chyba dostrzegłam coś. Będzie ciężko. "Nikt nie mówił, że będzie łatwo"
Jej piękne słowa. W ogóle nie spodziewałam się ich usłyszeć wtedy. Może jest przygnębiające, ale tam. Trzeba się zmierzyć z prawdą, nie? Po co mi bezsensowne pocieszanie? Wszystko nie będzie dobrze. Wątpię, że cokolwiek będzie dobrze.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Jak ktoś ma ew. pomysł, to no. Proszę.
poniedziałek, 21 lutego 2011
ziemia święta w stopy nas parzy.
Myślenie jest złe. Każdy ma dylematy. Każdy ma jakieś nierozwiązane sprawy. Żyjemy z tym. Nosimy to codziennie ze sobą. Ciężki wór towarzyszy nam wszędzie. Nie wiem. Może nasze problemy to część nas samych.
Myślenie jest złe. To pewne, że trzeba coś zmienić. Nie chcę o tym myśleć. To tylko rozwali mi życie. Postawi mnie przed ważnym wyborem. A ja decyzji nie umiem podejmować. Zawsze przed nimi uciekałam. Prawdopodobnie stwierdziłabym, że boję się zmian, a potem nie dawałoby mi to żyć. Miałabym do siebie ogromny żal. Za stracone szanse.
Dlatego sobie wolę pomyśleć, że chcę mieć przystojnego partnera na studniówce (chociaż to dopiero za 2 lata) i ładne zdjęcie niż jakieś głębsze sprawy. Nie będę siebie okłamywać - nie jestem jakimś głębokim człowiekiem. Szkoda. Pewnie powinnam coś z tym zrobić, a nie tylko stwierdzać fakt.
Ale czasem to się wymyka spod kontroli. Wiemy wszyscy o tym. I rozwala się dzień powszedni.
Ja wiem, że tak nie chcę. Poniedziałek powinien być inny od wtorku. I tak każdy dzień jest niepowtarzalny. Tylko za mało w tym mojego udziału. Wykonuję tylko polecenia. Idź do szkoły, wróć ze szkoły, odrabiaj lekcje, idź spać. Nie wiem jak... Chyba kiedyś wszystko przemyślę. Ale boję się tego. Boję się, że popełnię duży błąd. Teraz muszę... nie tylko ja... musimy bardzo ostrożnie stawiać kroki.
Ty miałaś swój ideał. Wystarczyło tylko ją naśladować. Ale okazało się, że twój mistrz życia jednak nie jest mistrzem. Ja nie mam wzoru. Nigdy nie miałam. Może kogoś poznam. Chyba nie trzeba kogoś całkiem naśladować. Nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Może... może tak się kiedyś zdarzy, że ja będę wzorem dla kogoś... Ale już teraz żyję z żalem do siebie, którego nigdy się nie pozbędę. Najwyżej złagodzę.
Każdy czegoś żałuje.
***
P.S. "Czy my chodzimy do jakiejś katolickiej szkoły dla ateistów?"
A ja sama nie wiem. Świat nie ma sensu.
"Dorosłe dzieci mają żal
za kiepski przepis na ten świat."
Ja nie dostałam nawet kiepskiego przepisu.
Myślenie jest złe. To pewne, że trzeba coś zmienić. Nie chcę o tym myśleć. To tylko rozwali mi życie. Postawi mnie przed ważnym wyborem. A ja decyzji nie umiem podejmować. Zawsze przed nimi uciekałam. Prawdopodobnie stwierdziłabym, że boję się zmian, a potem nie dawałoby mi to żyć. Miałabym do siebie ogromny żal. Za stracone szanse.
Dlatego sobie wolę pomyśleć, że chcę mieć przystojnego partnera na studniówce (chociaż to dopiero za 2 lata) i ładne zdjęcie niż jakieś głębsze sprawy. Nie będę siebie okłamywać - nie jestem jakimś głębokim człowiekiem. Szkoda. Pewnie powinnam coś z tym zrobić, a nie tylko stwierdzać fakt.
Ale czasem to się wymyka spod kontroli. Wiemy wszyscy o tym. I rozwala się dzień powszedni.
Ja wiem, że tak nie chcę. Poniedziałek powinien być inny od wtorku. I tak każdy dzień jest niepowtarzalny. Tylko za mało w tym mojego udziału. Wykonuję tylko polecenia. Idź do szkoły, wróć ze szkoły, odrabiaj lekcje, idź spać. Nie wiem jak... Chyba kiedyś wszystko przemyślę. Ale boję się tego. Boję się, że popełnię duży błąd. Teraz muszę... nie tylko ja... musimy bardzo ostrożnie stawiać kroki.
Ty miałaś swój ideał. Wystarczyło tylko ją naśladować. Ale okazało się, że twój mistrz życia jednak nie jest mistrzem. Ja nie mam wzoru. Nigdy nie miałam. Może kogoś poznam. Chyba nie trzeba kogoś całkiem naśladować. Nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Może... może tak się kiedyś zdarzy, że ja będę wzorem dla kogoś... Ale już teraz żyję z żalem do siebie, którego nigdy się nie pozbędę. Najwyżej złagodzę.
Każdy czegoś żałuje.
***
P.S. "Czy my chodzimy do jakiejś katolickiej szkoły dla ateistów?"
A ja sama nie wiem. Świat nie ma sensu.
"Dorosłe dzieci mają żal
za kiepski przepis na ten świat."
Ja nie dostałam nawet kiepskiego przepisu.
sobota, 12 lutego 2011
tak tak.
w końcu powiem ci co myślę
tak prosto w twarz
kiedy cię widzę
to się wstydzę
że ciągle nosi ciebie świat
i wiedz że
że teraz znam
znam każdą odpowiedź
no powiedz coś
na wszystko
na wszystko
mam odpowiedź ostrą
i nie uciekniesz teraz mi
zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min
poczekaj poczekaj no
już ja cię urządzę
powtarzasz to
to wszystko co robię
już mam cię dość
tych oczu pustych
poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
bądź spokojny - w domu jesteś sam
do wanny wlałeś ciepłą wodę
i ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat
ja wiem że trochę się starasz
lecz powiedz mi ile przed
lustrem spędziłeś dni
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
już nawet ja
ja ci nie wierzę
uspokój się
schowaj ten język
no dobrze - wiem
że się starałeś
uspokój się
wczoraj nie spałeś
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
***
czuł to, co ja teraz.
tak prosto w twarz
kiedy cię widzę
to się wstydzę
że ciągle nosi ciebie świat
i wiedz że
że teraz znam
znam każdą odpowiedź
no powiedz coś
na wszystko
na wszystko
mam odpowiedź ostrą
i nie uciekniesz teraz mi
zakrywasz twarz przed ciosem
robisz milion głupich min
poczekaj poczekaj no
już ja cię urządzę
powtarzasz to
to wszystko co robię
już mam cię dość
tych oczu pustych
poczekaj zaraz zbiję lustro - tak tak
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
bądź spokojny - w domu jesteś sam
do wanny wlałeś ciepłą wodę
i ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat
ja wiem że trochę się starasz
lecz powiedz mi ile przed
lustrem spędziłeś dni
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
już nawet ja
ja ci nie wierzę
uspokój się
schowaj ten język
no dobrze - wiem
że się starałeś
uspokój się
wczoraj nie spałeś
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
***
czuł to, co ja teraz.
niedziela, 6 lutego 2011
fisiel lekarstwem na zło tego świata.
Chociaż ogólnie tkwimy w wielkim rowie Mariańskim, to nie lubimy sobie o tym przypominać. Ale człowiek nic na to nie poradzi, że jest jak jest. Wszyscy oczywiście wiedzą, że do dna rowu Mariańskiego nie dociera światło. Do nas jednak dociera.
To co. Wolę myśleć, że jest w jakiś sposób dobrze. Że w klasie nie ma niedomówień, wszyscy są szczerzy, nikt nie traktuje nikogo w wiadomy sposób.
Chyba nie umiem udawać. Chyba nie wiem, co robić. Chyba tracę wiarę w siebie, we wszystko. I w tego Boga. Jeszcze go piszę wielką literą, ale już nie jestem pewna. Często mam wrażenie, że w tym świecie nie ma nic nadzwyczajnego. To tylko ludzie, a niebo to przestrzeń nad ziemią. Jak umarnę to będę gnić w ziemi, chociaż osobiście to wolałabym zostać spalona. Nic się potem nie stanie. Żadne sądy, nieba, piekła. W czyściec raczej nie wierzyłam nigdy. Żadnych reinkarnacji.
Przyjemniej może jest wierzyć. Styko, jeśli go przestaną lubić, kupi sobie psa. Ja mogłam myśleć, że zawsze będzie ktoś, kto mnie nie opuści. Nie chcę psa.
Obecnie jestem na etapie "Scio me nihil scire" i tylko tyle jestem w stanie stwierdzić. Już naprawdę nie mam pojęcia o niczym. Z tym się wiąże moja niemożność nawiązania sensownej konwersacji na osiemnastce. Wychodzi, że zaprzeczam sama sobie. Samoocena gwałtownie spada.
Nie chcę ulegać zamuleniu. Może jest czasem potrzebne. Chyba się teraz powinnam skupić bardziej na szkole. Problem w tym, że nie wiem, czy rzeczywiście powinnam. Jeśli nie wiem, po co chodzę do szkoły, to nie powinnam tam chodzić. A na razie nic nie wiem i hooy.
Tak sobie marnuję czas, szukając odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzieć się nie da. Piszę wiersz o kawie i oglądam serial, którego nawet nie lubię. Wszystko po to, żeby nie zająć się życiem. Boję się żyć. Tylko, że życia to nie obchodzi. Nie poczeka aż nabiorę odwagi.
***
- Chyba już mój najlepszy wiek w życiu przeminął. A może nie?
- Przeminął.
- No. W drugiej gimnazjum to był najlepszy wiek albo w trzeciej.
- Najlepszy wiek to jest wiek Frania (ok. roku).
- Jak to?
- Nie pamięta się złych rzeczy.
- Tak, ale nie pamięta się również dobrych.
...
To była dobra rzecz ; )
To co. Wolę myśleć, że jest w jakiś sposób dobrze. Że w klasie nie ma niedomówień, wszyscy są szczerzy, nikt nie traktuje nikogo w wiadomy sposób.
Chyba nie umiem udawać. Chyba nie wiem, co robić. Chyba tracę wiarę w siebie, we wszystko. I w tego Boga. Jeszcze go piszę wielką literą, ale już nie jestem pewna. Często mam wrażenie, że w tym świecie nie ma nic nadzwyczajnego. To tylko ludzie, a niebo to przestrzeń nad ziemią. Jak umarnę to będę gnić w ziemi, chociaż osobiście to wolałabym zostać spalona. Nic się potem nie stanie. Żadne sądy, nieba, piekła. W czyściec raczej nie wierzyłam nigdy. Żadnych reinkarnacji.
Przyjemniej może jest wierzyć. Styko, jeśli go przestaną lubić, kupi sobie psa. Ja mogłam myśleć, że zawsze będzie ktoś, kto mnie nie opuści. Nie chcę psa.
Obecnie jestem na etapie "Scio me nihil scire" i tylko tyle jestem w stanie stwierdzić. Już naprawdę nie mam pojęcia o niczym. Z tym się wiąże moja niemożność nawiązania sensownej konwersacji na osiemnastce. Wychodzi, że zaprzeczam sama sobie. Samoocena gwałtownie spada.
Nie chcę ulegać zamuleniu. Może jest czasem potrzebne. Chyba się teraz powinnam skupić bardziej na szkole. Problem w tym, że nie wiem, czy rzeczywiście powinnam. Jeśli nie wiem, po co chodzę do szkoły, to nie powinnam tam chodzić. A na razie nic nie wiem i hooy.
Tak sobie marnuję czas, szukając odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzieć się nie da. Piszę wiersz o kawie i oglądam serial, którego nawet nie lubię. Wszystko po to, żeby nie zająć się życiem. Boję się żyć. Tylko, że życia to nie obchodzi. Nie poczeka aż nabiorę odwagi.
***
- Chyba już mój najlepszy wiek w życiu przeminął. A może nie?
- Przeminął.
- No. W drugiej gimnazjum to był najlepszy wiek albo w trzeciej.
- Najlepszy wiek to jest wiek Frania (ok. roku).
- Jak to?
- Nie pamięta się złych rzeczy.
- Tak, ale nie pamięta się również dobrych.
...
To była dobra rzecz ; )
wtorek, 25 stycznia 2011
znowu hejka itd.
Był tydzień odizolowania od ludzi i wiecie. Ja nie dzwoniłam, ale co śmieszniejsze, nikt nie zadzwonił. Chociaż nie. Elkon się odzywał do mnie na facebooku. Ale nie mam do nikogo żalu, sama zbyt często nawalam.
Jakaś nauka wynika z tego, co się dzieje, a raczej nie dzieje. Bardziej z obserwacji. Niedawno dowiedziałam się, że jest coś więcej niż szkoła i rodzice. Jest śmierć przede wszystkim. A śmierć to jakiś koniec. Nie tylko życia. Śmierć miłości może być, taki chujowy przykład. Albo śmierć dzieciństwa. Albo też rozpaczy, czy ideałów. No więc na mojej drodze nauczyciele postawią wiele pał pod numerem 5 w dzienniku, ale nie tym się należy tak naprawdę przejmować. Bo oprócz tego może mnie spotkać jakiś koniec. A pała to jeszcze nie koniec...
Chciałam kiedyś zmądrzeć... że tak zacytuję. Ale nie wyszło. Chociaż tak powoli proces idzie do przodu. Naprawdę wolnym krokiem, jak ta lewa (bodajże) noga pana Cogito. Może coś kiedyś ze mnie wyrośnie.
Cieszę się, że nie musiała się stać żadna tragedia, żebym przejrzała na oczy. Właściwie to coś umarło, ale tak nie do końca. Właściwie to się trzyma ostatkiem sił. Więc w moim życiu pewnie coś umarło, ale. Nie rozpaczam nad tym. Staram się.
Pomogli mi głównie "Skins". Wiem, że to głupio brzmi. Teraz próbuję przejść do innego wymiaru życia. Coś zaczyna mieć sens. Chociaż nie wiem, czy mi się uda. Fajnie tak "żyć" obok. Niczego nie doświadczasz tak naprawdę. A ja chciałabym doświadczyć. Biedy, głodu, strachu, takiego prawdziwego. Mogłabym doceniać małe miłe rzeczy.
Boję się bardzo. Mam jednak nadzieję, że pewna osoba mi pomoże. To tak jak kąpać się cały czas przy brzegu i nagle dostrzegasz, że jest coś dalej. Jest ocean. Wielki, nieznany. I wiesz, że tam jest głęboko i niebezpiecznie. Może się nie utopię. A może owszem. Chyba mogę spróbować.
Fajnie by było, gdyby ktokolwiek wiedział, o co mi chodzi. Spróbujcie. Postać Cooka wiele pomogłaby w zrozumieniu, jeśli ktoś chce się fatygować.
***
KŁĘBY DYMU
niebo
różne ma kolory
dzisiaj widzę
zakryte
wiją się nasze
kłęby dymu z papierosów
nasze pragnienia zawrotów głowy
i chwilowego uśmiechu
a czasem przyzwyczajenia
a czasem nie wiemy dlaczego
wiszą na niebie
nasze niewypowiedziane słowa
nasze ciche kurwy
przemilczane
westchnienia
niedomówienia
nasze
żale troski
nasze myśli bezmyślne
unoszą się w powietrxu
przysłaniając niebo
chyba dziś granatowe
i tylko tak krąży
nas nie opuszczając
czasem odkrywa Księżyc
ten dym z papierosów
24 XII 2010
Jakaś nauka wynika z tego, co się dzieje, a raczej nie dzieje. Bardziej z obserwacji. Niedawno dowiedziałam się, że jest coś więcej niż szkoła i rodzice. Jest śmierć przede wszystkim. A śmierć to jakiś koniec. Nie tylko życia. Śmierć miłości może być, taki chujowy przykład. Albo śmierć dzieciństwa. Albo też rozpaczy, czy ideałów. No więc na mojej drodze nauczyciele postawią wiele pał pod numerem 5 w dzienniku, ale nie tym się należy tak naprawdę przejmować. Bo oprócz tego może mnie spotkać jakiś koniec. A pała to jeszcze nie koniec...
Chciałam kiedyś zmądrzeć... że tak zacytuję. Ale nie wyszło. Chociaż tak powoli proces idzie do przodu. Naprawdę wolnym krokiem, jak ta lewa (bodajże) noga pana Cogito. Może coś kiedyś ze mnie wyrośnie.
Cieszę się, że nie musiała się stać żadna tragedia, żebym przejrzała na oczy. Właściwie to coś umarło, ale tak nie do końca. Właściwie to się trzyma ostatkiem sił. Więc w moim życiu pewnie coś umarło, ale. Nie rozpaczam nad tym. Staram się.
Pomogli mi głównie "Skins". Wiem, że to głupio brzmi. Teraz próbuję przejść do innego wymiaru życia. Coś zaczyna mieć sens. Chociaż nie wiem, czy mi się uda. Fajnie tak "żyć" obok. Niczego nie doświadczasz tak naprawdę. A ja chciałabym doświadczyć. Biedy, głodu, strachu, takiego prawdziwego. Mogłabym doceniać małe miłe rzeczy.
Boję się bardzo. Mam jednak nadzieję, że pewna osoba mi pomoże. To tak jak kąpać się cały czas przy brzegu i nagle dostrzegasz, że jest coś dalej. Jest ocean. Wielki, nieznany. I wiesz, że tam jest głęboko i niebezpiecznie. Może się nie utopię. A może owszem. Chyba mogę spróbować.
Fajnie by było, gdyby ktokolwiek wiedział, o co mi chodzi. Spróbujcie. Postać Cooka wiele pomogłaby w zrozumieniu, jeśli ktoś chce się fatygować.
***
KŁĘBY DYMU
niebo
różne ma kolory
dzisiaj widzę
zakryte
wiją się nasze
kłęby dymu z papierosów
nasze pragnienia zawrotów głowy
i chwilowego uśmiechu
a czasem przyzwyczajenia
a czasem nie wiemy dlaczego
wiszą na niebie
nasze niewypowiedziane słowa
nasze ciche kurwy
przemilczane
westchnienia
niedomówienia
nasze
żale troski
nasze myśli bezmyślne
unoszą się w powietrxu
przysłaniając niebo
chyba dziś granatowe
i tylko tak krąży
nas nie opuszczając
czasem odkrywa Księżyc
ten dym z papierosów
24 XII 2010
niedziela, 9 stycznia 2011
wysilamy mózg.
No więc (tutaj mi wolno zaczynać zdanie od 'no więc') piszę. Ostatnio myślę sobie, że nic nie wiem. I przypomina mi się znowu moje myślenie sprzed roku co najmniej. Otóż nie mogłam pojąć, że Sokrates stwierdził, iż jego wiedza ogranicza się tylko do świadomości, że nic nie wie. Nic nie wie o świecie, nic nie wie o życiu, nic nie wie o śmierci, nic nie wie o ludziach. Nic. No przecież ja nawet cokolwiek wiem - myślałam.
No to nadszedł taki moment, że jestem pewna, iż nic nie wiem o tym wszystkim i to się prawdopodobnie nie zmieni. Cały czas porównuję kiedyś z teraz. I właściwie nie skupiam się na tym co powinnam.
Za namową Elkona obejrzałam sobie wywiad Wojewódzkiego z panem Titusem. Zaintrygował mnie człowiek, który opowiadał o kąpieli w szambie i udawał małpę publicznie. Przyszła mi do głowy myśl, że też chciałabym mieć taką swobodę. Nie myśleć o zdaniu innych ludzi. Cieszyć się z wolności, robić to na co mam ochotę, chociażby były to rzeczy absolutnie absurdalne. Potem obejrzałam kilka innych wywiadów.
Życie w nieświadomości jest oczywiście łatwiejsze, nie zastanawiasz się, możesz skupić się na sprawach dnia powszedniego jak biologia i ogólnie poprawianie ocen. Ale. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Od momentu, kiedy posłuchałam Titusa zaczęłam (uwaga!) intensywnie myśleć.
Jestem w momencie, w którym muszę podjąć decyzję. Nie wiem jak chcę żyć. Myślę, że bardzo bym chciała żyć tak... inaczej. Spontanicznie, intensywnie, swobodnie, szalenie. Ale musiałabym się dostosować. Jedna ze złych rzeczy we mnie to jest to, że bardzo przejmuję się opinią ludzi na mój temat. Jeśli chciałabym tak żyć, musiałoby mnie to nie obchodzić. Może bym potrafiła. A jeśli spróbuję uniknąć decyzji i tak ją podejmę, pozostawiając życie takim jakie jest.
Ponadto czuję, że żyje we mnie wiele osobowości. Prawdopodobnie nie jestem w stanie spełnić wszystkich moich marzeń. Taki chory człowiek jak ja bardzo źle znosi jednak porażkę.
Potrzebuję rozmowy z kimś. Nie wiem, kto mógłby mi pomóc w tym. Chyba jeszcze nie została na mojej drodze postawiona taka osoba.
***
Ok. na koniec w innym klimacie. Biedny Elkon rozpacza nad niemożnością Jakuba K.-B. wypowiedzenia tego, co ma na myśli. Obrazując: jeśli Jakub chce powiedzieć do sorki od PO, że jej przedmiot jest dla niego bardzo ważny, wychodzi mu niechcący twierdzenie sprzeczne do powyższego. Schorzenie Jakuba czeka na diagnozę. Jak na razie leczenie polegać będzie na spaniu. Dłuższym. Dłuższym o wiele. No. A ja inteligencją też nie grzeszę i bardzo mi z tego powodu przykro i chcę to poprawić.
No to pa.
No to nadszedł taki moment, że jestem pewna, iż nic nie wiem o tym wszystkim i to się prawdopodobnie nie zmieni. Cały czas porównuję kiedyś z teraz. I właściwie nie skupiam się na tym co powinnam.
Za namową Elkona obejrzałam sobie wywiad Wojewódzkiego z panem Titusem. Zaintrygował mnie człowiek, który opowiadał o kąpieli w szambie i udawał małpę publicznie. Przyszła mi do głowy myśl, że też chciałabym mieć taką swobodę. Nie myśleć o zdaniu innych ludzi. Cieszyć się z wolności, robić to na co mam ochotę, chociażby były to rzeczy absolutnie absurdalne. Potem obejrzałam kilka innych wywiadów.
Życie w nieświadomości jest oczywiście łatwiejsze, nie zastanawiasz się, możesz skupić się na sprawach dnia powszedniego jak biologia i ogólnie poprawianie ocen. Ale. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Od momentu, kiedy posłuchałam Titusa zaczęłam (uwaga!) intensywnie myśleć.
Jestem w momencie, w którym muszę podjąć decyzję. Nie wiem jak chcę żyć. Myślę, że bardzo bym chciała żyć tak... inaczej. Spontanicznie, intensywnie, swobodnie, szalenie. Ale musiałabym się dostosować. Jedna ze złych rzeczy we mnie to jest to, że bardzo przejmuję się opinią ludzi na mój temat. Jeśli chciałabym tak żyć, musiałoby mnie to nie obchodzić. Może bym potrafiła. A jeśli spróbuję uniknąć decyzji i tak ją podejmę, pozostawiając życie takim jakie jest.
Ponadto czuję, że żyje we mnie wiele osobowości. Prawdopodobnie nie jestem w stanie spełnić wszystkich moich marzeń. Taki chory człowiek jak ja bardzo źle znosi jednak porażkę.
Potrzebuję rozmowy z kimś. Nie wiem, kto mógłby mi pomóc w tym. Chyba jeszcze nie została na mojej drodze postawiona taka osoba.
***
Ok. na koniec w innym klimacie. Biedny Elkon rozpacza nad niemożnością Jakuba K.-B. wypowiedzenia tego, co ma na myśli. Obrazując: jeśli Jakub chce powiedzieć do sorki od PO, że jej przedmiot jest dla niego bardzo ważny, wychodzi mu niechcący twierdzenie sprzeczne do powyższego. Schorzenie Jakuba czeka na diagnozę. Jak na razie leczenie polegać będzie na spaniu. Dłuższym. Dłuższym o wiele. No. A ja inteligencją też nie grzeszę i bardzo mi z tego powodu przykro i chcę to poprawić.
No to pa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)