Dziś zaszalałam - zgłosiłam się do prezentacji z biologii. Potem uświadomiłam sobie, że będę musiała ją zrobić. Zabolało.
Ból, ból, ból. Wymyśliliśmy na to różne tabletki, mniej lub bardziej stężone roztwory, proszki, płyny, ziółka. Wszystko powinno być very cacy, ale tak naprawdę mam nadzieję, że nigdy nie wynajdziemy takiego środka, który likwidowałby ból. Jest potrzebny. Świadomość, że to, co nas spotyka, dobre, czy złe, ma swój cel, pomaga. Może nawet znieczula. Konieczność zajścia pewnych zdarzeń dostrzega się dopiero dużo później. Trzeba swoje wypłakać, wycierpieć, przeboleć. Na to nie ma lekarstwa. I nie powinno być. W innym wypadku nie czulibyśmy fantastycznego kontrastu między "dobrze", "umiarkowanie" a "źle". Nie docenialibyśmy malutkich zwrotów akcji, nieśmiałych uśmiechów z nadzieją na coś więcej, życzliwych uwag, ciepłych spojrzeń. Dlatego to, co jest dobre z perspektywy czasu jest jeszcze lepsze, fantastyczne, jest chwilą uniesienia, w pamięci pielęgnuje się te chwile jak najdroższy skarb. Dlatego też tak ciężko się z nimi rozstać, porzucić nadzieję na kolejne "przyjemnie", postanowić szukać nowych wspomnień zupełnie, gdzie indziej, choć przecież zagrzaliśmy tu miejsce, bywało dobrze, ciepło, wcale nie chcemy nowego.
To dobrze, że nas boli. To znaczy, że czuliśmy, bardzo, że coś się stało. Miłego. Nie ma róży bez kolców, tak?
Ewoluujemy. Gdy przestaliśmy mieć problem ze zdobyciem pożywienia, znalezieniem legowiska, nadeszły inne. Musimy radzić sobie ze zdarzeniami, przystosować się do życia, gdzie mamy szkołę, studia pracę. Gdzie przełom nie może nas wytrącić z równowagi. Gdzie trzeba funkcjonować cały czas tak samo, nie zwalniać, ewentualnie przyspieszać, uśmiechać się, żartować, bawić. Żyć. Bądź gotowym na najgorsze i nie pozwól wybić się z rytmu. Odpieraj pogardliwe spojrzenia, nie przejmuj się komentarzami i wyjaśnij to sobie sam.
Na drodze takiego przystosowania do życia, co gorsza do życia w społeczeństwie, powstały kobiety sukcesu. Cyniczne, opanowane, odważne, wyprostowane. Wydaje ci się, że nic nie może ich złamać. Im samym się tak wydaje. Śmieją się z tego, czego pragną najbardziej, wypluwają ładne słowa, nie okazują słabości. Ale są to tak naprawdę Amy - najsmutniejsze dziewczyny na świecie, słabe, rozbite w środku, na zewnątrz twarde i poukładane. Boją się przyznać do własnej słabości, a za słabość uważają uczucia. Ogarnięte są panicznym strachem przed bólem, dlatego nie próbują, nie ryzykują.
Jednak sztuką jest być człowiekiem z krwi i kości. To postawa najsilniejsza i najodważniejsza. Człowiek z krwi i kości czuje do granic możliwości. Potrafi kochać bardzo mocno, ale jednocześnie ból uderza w niego ze zwiększoną siłą. Ale on się nie boi. Zawsze ryzykuje, bo wie, że warto. Bo mu zależy. Po upadku wstaje coraz silniejszy i spogląda na przyszłość z nadzieją. Nie brakuje mu rozsądku, jednak nie zawsze go słucha. Popełnia błędy. Żyje z pewnością, że się starał, że zrobił wszystko, co się dało, żeby było "dobrze". Nie wszystko niestety zależy od jednego, małego człowieka. Nie wstydzi się uczuć. Bo czego tu się wstydzić? Chęci? Zaangażowania?
Człowiek z krwi i kości może wygrać. I wygrywa, choć nie za każdym razem.
Kobieta sukcesu nie wygrywa.
Chcę być człowiekiem. Zwyczajnym. I szczęśliwym.
***
Jesteśmy z Ciebie bardzo dumne. Dojrzałaś i wciąż dojrzewasz. Wygrasz.
poniedziałek, 26 listopada 2012
piątek, 23 listopada 2012
kiedy powiem sobie dość?
Siedzę w moim małym pokoiku. Jest bałagan, straszny bałagan, który przeszkadza mi w codziennym życiu. Robię stosiki z książek, układam, próbuję tu posprzątać. Wyciągam zdjęcie z szufladki zamykanej na klucz, choć wiem, że niedługo znowu je podrę, schowam, by potem sklejać i tak miliony razy.
Nie mam na tyle odwagi, żeby nie trzymać się kurczowo tego, co sprawia mi niewyobrażalny ból. Ale jest to uzasadnione. Mam silną potrzebę głęboko w środku, żeby udowodnić sobie, że potrafię, że jestem silna, że ja też mogę, zasługuję, należy mi się. Poukładać wszystko, żeby wyglądało dobrze lub chociaż przyzwoicie. Utrzymać taki stan przez chwilę, przez pewien czas, który w przyszłości nazwę "więcej niż krótko". Nie pozwalasz mi, a wcale nie chcę tak dużo.
Staram się z całych sił. Co rano zaciskam zęby, przygryzam wargi i ćwiczę uśmiech przed lustrem, wierząc, że kiedyś nie będę musiała udawać. I za każdym razem spotyka mnie rozczarowanie, gdy przypadkiem myśli schodzą na niewłaściwy tor.
Budzę się i okazuje się, że ktoś porozrzucał kawałki szkła na podłogę w moim pokoju. Niezliczone odłamki, którymi kaleczę sobie stopy. Mimo iż usiłuję się ich pozbyć, zawsze zostają, a wydaje mi się, że wręcz ich przybywa.
A może ja sama się krzywdzę? Może to ja nieświadomie zastawiam na siebie pułapki?
Dobrze, wiem, co należy zrobić. I dobrze, wiem, że tego nie zrobię.
Obejrzyjcie sobie "Kobiety pragną bardziej".
Nie mam na tyle odwagi, żeby nie trzymać się kurczowo tego, co sprawia mi niewyobrażalny ból. Ale jest to uzasadnione. Mam silną potrzebę głęboko w środku, żeby udowodnić sobie, że potrafię, że jestem silna, że ja też mogę, zasługuję, należy mi się. Poukładać wszystko, żeby wyglądało dobrze lub chociaż przyzwoicie. Utrzymać taki stan przez chwilę, przez pewien czas, który w przyszłości nazwę "więcej niż krótko". Nie pozwalasz mi, a wcale nie chcę tak dużo.
Staram się z całych sił. Co rano zaciskam zęby, przygryzam wargi i ćwiczę uśmiech przed lustrem, wierząc, że kiedyś nie będę musiała udawać. I za każdym razem spotyka mnie rozczarowanie, gdy przypadkiem myśli schodzą na niewłaściwy tor.
Budzę się i okazuje się, że ktoś porozrzucał kawałki szkła na podłogę w moim pokoju. Niezliczone odłamki, którymi kaleczę sobie stopy. Mimo iż usiłuję się ich pozbyć, zawsze zostają, a wydaje mi się, że wręcz ich przybywa.
A może ja sama się krzywdzę? Może to ja nieświadomie zastawiam na siebie pułapki?
Dobrze, wiem, co należy zrobić. I dobrze, wiem, że tego nie zrobię.
Obejrzyjcie sobie "Kobiety pragną bardziej".
czwartek, 8 listopada 2012
Ile razy w życiu umierasz?
Cmentarny czas już minął, ale mnie właśnie teraz naszło na refleksje z nim związane.
Nie odwiedziłam zwyczajnego cmentarza, za to odwiedzam co jakiś czas inny cmentarz. Jak każdy. Są rocznice, miesięcznice, a czasem też bez wyraźnego powodu odkurzamy pamięć. Nogi same niepostrzeżenie krętymi ścieżkami, umysłowymi labiryntami prowadzą nas do twojego indywidualnego, najsmutniejszego miejsca. Nagle orientujesz się z nieukrywanym smutkiem, że znów tu jesteś. Cmentarz - otwarta zardzewiała furtka, wieje wiatr, jest mgła, zimno, nieprzyjemnie.
Do twoich uszu powoli zakradają się pierwsze takty marszu pogrzebowy Chopina. Zapalasz świeczkę na jednym z grobów. Za kim dziś zatęsknisz? Przysiadasz na spróchniałej ławeczce. Może nawet z przyzwyczajenia składasz ręce do pacierza. Jednak tu nie masz, za co się modlić. Czekasz aż łzy same popłyną. Obmywasz nimi tę mogiłę twojego małego, ziemskiego raju, który tak bezlitośnie przeminął. Kto tu leży? Czy to stara, zardzewiała jednak, martwa miłość? Piękna idea? Nadzieje, uczucia? Może ludzie, którzy dawno umarli, choć chodzą przecież po ziemi i może nawet mają się dobrze. Ale nie dla ciebie. Ty już ich pochowałeś, prawdopodobnie z wzajemnością. Bo tak się potoczyło. Rzeczy, które były twoim wszystkim, całym skarbem, znieczuleniem. Teraz zostały po nich jedynie kopce, tabliczki, płyty grobowe z wieńcem uschniętych kwiatów. A one same rozkładają się powoli i boleśnie głęboko pod ziemią, wydzielając nieznośny odór.
Na fortepianie zmieniła się tonacja, a ty uśmiechasz się, wspominając jak było dobrze. Jedynie po to, by przypomnieć sobie, że BYŁO. I nigdy już nie będzie, nie wróci, minęło. Nie możesz odkopywać tego, co już nie żyje. Musisz się z tym pogodzić.
Śmierci w naszym życiu zdarzają się często. I trzeba znów skierować swoje kroki na cmentarz. Urządzić wielką ceremonię pogrzebu z orkiestrą symfoniczną. Z ogromnym żalem pożegnać się, raz na zawsze. I długo jeszcze trwać w żałobie. Przychodzić tu w każdej chwili aż nowy grób będzie najjaśniejszym, najbardziej zadbanym, płonącym tysiącami zniczy miejscem na cmentarzu. Wydaje mi się, że pora już wykopać nowy grób.
Wśród mogił na samym skraju cmentarza jest też wyjątkowy grób. Wielki dół z najdroższą trumną przygotowany specjalnie dla ciebie. Są takie momenty, gdy zachodzisz przy okazji i tam. Jesteś wtedy w swoim najlepszym, najelegantszym ubraniu. Przygotowany na bal, na niewyobrażalne szczęście zamiast na salę balową trafiasz jednak na cmentarz. Choć to niewyobrażalnie bolesne, to każdy z nas ma potrzebę śmierci. Wchodzimy do własnej trumny, kładziemy się razem z naszym misiem - pocieszycielem, matką głupich. Trzeba czasem popełnić rytualne seppuku i zabić nadzieję, przeżyć swoiste katharsis. Pluszowy miś ma już wiele ran, teraz świeżą lecz wszystkie inne są załatane. Trzeba poleżeć i tępo popatrzeć na brzydkie niebo. Skonfrontować się z rzeczywistością. Musimy umierać, żeby potem znowu żyć.
Gdy już odleżysz swoje wyjdziesz z własnej trumny, zostawisz misia. Zamkniesz za sobą furtkę. Pójdziesz bez zamiaru powrotu. Ale jeszcze wiele razy tu wrócisz. Wiele razy przeprosisz się z pluszową zabawką i pozaszywasz jej rany. Wiele razy masochistycznie odświeżysz pamięć o swoich wszystkich zmarłych, nie tylko ludziach. Wiele jeszcze razy, uklękniesz, zapłaczesz i wpadniesz prosto to do trumny. Umrzesz. I powstaniesz. Jednak pociesz się myślą, że kiedyś zamknie się wieko trumny, zasypią się piachem i zaleją cementem. W końcu zaznasz spokoju i już nigdy nie zmartwychwstaniesz.
I jeszcze wesoły akcent:
Myślę, że pani Szymborska źle się dziś czuje.
Nie odwiedziłam zwyczajnego cmentarza, za to odwiedzam co jakiś czas inny cmentarz. Jak każdy. Są rocznice, miesięcznice, a czasem też bez wyraźnego powodu odkurzamy pamięć. Nogi same niepostrzeżenie krętymi ścieżkami, umysłowymi labiryntami prowadzą nas do twojego indywidualnego, najsmutniejszego miejsca. Nagle orientujesz się z nieukrywanym smutkiem, że znów tu jesteś. Cmentarz - otwarta zardzewiała furtka, wieje wiatr, jest mgła, zimno, nieprzyjemnie.
Do twoich uszu powoli zakradają się pierwsze takty marszu pogrzebowy Chopina. Zapalasz świeczkę na jednym z grobów. Za kim dziś zatęsknisz? Przysiadasz na spróchniałej ławeczce. Może nawet z przyzwyczajenia składasz ręce do pacierza. Jednak tu nie masz, za co się modlić. Czekasz aż łzy same popłyną. Obmywasz nimi tę mogiłę twojego małego, ziemskiego raju, który tak bezlitośnie przeminął. Kto tu leży? Czy to stara, zardzewiała jednak, martwa miłość? Piękna idea? Nadzieje, uczucia? Może ludzie, którzy dawno umarli, choć chodzą przecież po ziemi i może nawet mają się dobrze. Ale nie dla ciebie. Ty już ich pochowałeś, prawdopodobnie z wzajemnością. Bo tak się potoczyło. Rzeczy, które były twoim wszystkim, całym skarbem, znieczuleniem. Teraz zostały po nich jedynie kopce, tabliczki, płyty grobowe z wieńcem uschniętych kwiatów. A one same rozkładają się powoli i boleśnie głęboko pod ziemią, wydzielając nieznośny odór.
Na fortepianie zmieniła się tonacja, a ty uśmiechasz się, wspominając jak było dobrze. Jedynie po to, by przypomnieć sobie, że BYŁO. I nigdy już nie będzie, nie wróci, minęło. Nie możesz odkopywać tego, co już nie żyje. Musisz się z tym pogodzić.
Śmierci w naszym życiu zdarzają się często. I trzeba znów skierować swoje kroki na cmentarz. Urządzić wielką ceremonię pogrzebu z orkiestrą symfoniczną. Z ogromnym żalem pożegnać się, raz na zawsze. I długo jeszcze trwać w żałobie. Przychodzić tu w każdej chwili aż nowy grób będzie najjaśniejszym, najbardziej zadbanym, płonącym tysiącami zniczy miejscem na cmentarzu. Wydaje mi się, że pora już wykopać nowy grób.
Wśród mogił na samym skraju cmentarza jest też wyjątkowy grób. Wielki dół z najdroższą trumną przygotowany specjalnie dla ciebie. Są takie momenty, gdy zachodzisz przy okazji i tam. Jesteś wtedy w swoim najlepszym, najelegantszym ubraniu. Przygotowany na bal, na niewyobrażalne szczęście zamiast na salę balową trafiasz jednak na cmentarz. Choć to niewyobrażalnie bolesne, to każdy z nas ma potrzebę śmierci. Wchodzimy do własnej trumny, kładziemy się razem z naszym misiem - pocieszycielem, matką głupich. Trzeba czasem popełnić rytualne seppuku i zabić nadzieję, przeżyć swoiste katharsis. Pluszowy miś ma już wiele ran, teraz świeżą lecz wszystkie inne są załatane. Trzeba poleżeć i tępo popatrzeć na brzydkie niebo. Skonfrontować się z rzeczywistością. Musimy umierać, żeby potem znowu żyć.
Gdy już odleżysz swoje wyjdziesz z własnej trumny, zostawisz misia. Zamkniesz za sobą furtkę. Pójdziesz bez zamiaru powrotu. Ale jeszcze wiele razy tu wrócisz. Wiele razy przeprosisz się z pluszową zabawką i pozaszywasz jej rany. Wiele razy masochistycznie odświeżysz pamięć o swoich wszystkich zmarłych, nie tylko ludziach. Wiele jeszcze razy, uklękniesz, zapłaczesz i wpadniesz prosto to do trumny. Umrzesz. I powstaniesz. Jednak pociesz się myślą, że kiedyś zamknie się wieko trumny, zasypią się piachem i zaleją cementem. W końcu zaznasz spokoju i już nigdy nie zmartwychwstaniesz.
I jeszcze wesoły akcent:
"Dobra rada dla tych, którzy się starzeją:
Niech zacisną zęby i z życia się śmieją.
Kiedy wstaną rano, "części" pozbierają,
Niech rubrykę zgonów w prasie przeczytają.
Jeśli ich nazwiska tam nie figurują,
To znaczy, że zdrowi i się dobrze czują."
Myślę, że pani Szymborska źle się dziś czuje.
środa, 7 listopada 2012
na szybko
Dziś mało i do konkretnego adresata lirycznego, ale mam ochotę napisać. Może to coś da. Nie, nie da.
Tak więc:
Bardzo Cię proszę, bądź choć raz po mojej stronie. Ten jeden raz mi wystarczy. Potem nic od Ciebie nie chcę, potem zawłaszcz sobie mnie do niemożliwości. Ale proszę, ten jeden raz. Bądź po mojej stronie. Bo nigdy nie byłaś, a na pewno nie zauważyłam, żebyś była. Bo w mojej pamięci zawsze jesteś na przeciwko ze skrzyżowanymi rękoma, naburmuszona na mnie, bo zrobiłam coś złego. Chociaż resztki obiektywnego rozumku mówią mi, że to wcale nic złego, że to chora paranoja, propaganda, indoktrynacja.
Zawsze antagonistycznie, nieprzychylnie, zimno było z Tobą.
Proszę popatrz dziś w nocy na mnie - skuloną, zniżoną, zdesperowaną i proszącą. Proszę, nie neguj, nie wyśmiewaj, nie krytykuj. Ten jeden raz, później już nic nie chcę od Ciebie.
Bardzo Cię proszę, jeśli chcesz dla mnie "dobrze", bo ostatnio wszyscy chcą dla mnie dobrze. Ja też chcę dla siebie dobrze, pozwól mi zdecydować. Pozwólcie.
Tak więc:
Bardzo Cię proszę, bądź choć raz po mojej stronie. Ten jeden raz mi wystarczy. Potem nic od Ciebie nie chcę, potem zawłaszcz sobie mnie do niemożliwości. Ale proszę, ten jeden raz. Bądź po mojej stronie. Bo nigdy nie byłaś, a na pewno nie zauważyłam, żebyś była. Bo w mojej pamięci zawsze jesteś na przeciwko ze skrzyżowanymi rękoma, naburmuszona na mnie, bo zrobiłam coś złego. Chociaż resztki obiektywnego rozumku mówią mi, że to wcale nic złego, że to chora paranoja, propaganda, indoktrynacja.
Zawsze antagonistycznie, nieprzychylnie, zimno było z Tobą.
Proszę popatrz dziś w nocy na mnie - skuloną, zniżoną, zdesperowaną i proszącą. Proszę, nie neguj, nie wyśmiewaj, nie krytykuj. Ten jeden raz, później już nic nie chcę od Ciebie.
Bardzo Cię proszę, jeśli chcesz dla mnie "dobrze", bo ostatnio wszyscy chcą dla mnie dobrze. Ja też chcę dla siebie dobrze, pozwól mi zdecydować. Pozwólcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)