piątek, 20 grudnia 2013

what happened to you, little, brave girl?

Kim ja jestem?
Ofiarą czy katem?
Chłodną czy gorącą?
A może letnią?

A może jestem chorągiewką na wietrze? -
Jestem kimś innym w zależności od okoliczności.
Może,
A może
jestem tylko częścią czegoś wielkiego
lub całością czegoś zupełnie małego.

Lecz prawdopodobnie to absolutnie nieważne

tylko ja muszę wiedzieć.


***
Porzuciłam światową karierę na rzecz tanich rozrywek. Ale za to dziergam szaliki i ozdabiam pudełka. Bardzo dużo się całuję.

wtorek, 26 listopada 2013

co u mnie? nie najgorzej

Na dziś słowa najgłupsze a zarazem najlepsze:
- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze - głaskam się powoli po główce, ocieram łzy z policzków. Powtarzam sobie wiele razy, żebym zapamiętała. - Wszystko będzie dobrze - uśmiecham się przyjaźnie, odgarniam sobie kosmyki włosów i wpatruję się w nieokreśloną, daleką przestrzeń - w przyszłość, przeszłość, teraźniejszość, w moje z trudem przetrwane, jakieś życie. Ale przynajmniej moje. Wiem o tym. Spokojna będę dopiero za jakiś czas. Na razie popijam ciepłą kawę w przytulnym własnym kąciku. - Jedyną osobą, która cię ochrania jestem ja - mówię do siebie i obiecuję już więcej nie robić sobie krzywdy.


Czyżby teraz to było naprawdę?
Nie wiem. Ale trzeba dobrze myśleć. Trzeba myśleć, że tak.

sobota, 16 listopada 2013

już nie jestem taka cyniczna

pryśnie
nie pryśnie
może
nieważne
ciii....
teraz śpijmy
ja będę tu obok
bezbronna
w zimowy ciemny wieczór
pod powiekami jest
bezpiecznie

czwartek, 24 października 2013

pusto

brakuje mi
mydlanej wesołej bańki
chwilki szczęścia
niezmąconego obawą
że zaraz pryśnie
czy to się kiedyś zmieni?

Zepsułam. Zniszczyłam. Przepraszam po stokroć. Niepotrzebnie tu uśmiecham się, płaczę, rozmawiam, myślę, robię. Niepotrzebnie tu żyję. Niepotrzebnie, bezsensownie i szkodliwie dla otoczenia.

czwartek, 10 października 2013

mam swoją bezludną wyspę

Wydaje mi się, że kiedyś byłam lepsza. Miałam wesołe oczka dziecka.
Czy mogę obwiniać ludzi za to, że jestem zepsuta?
Sama się zepsułam czy zostałam zepsuta?
Myślę, że miałam w tym procesie niemały udział.
- Co mi zostało?
- Świadomość tego, że to moja wina i tego, że będę coraz gorsza. I jeszcze te dość miłe momenty, gdy o tym nie myślę i jestem z tobą. Obawa, że znowu coś zepsuję. Wystarczy tylko troszeczkę się nie dopilnować.

Chciałabym uciec na moją bezludną wyspę. Ale nie chcę być sama.


Co z tego misia-pysia wyrosło?
No co?

sobota, 5 października 2013

coś się zmieniło bez wątpienia

Zawsze byłam pewna, że "szczęście" -  to czy się je ma lub nie zależy od osobowości człowieka. Jak gdyby słowo "szczęśliwy" stanowiło tylko zwyczajny epitet - taki sam jak brzydki, ładny, mądry czy głupi. Takim po prostu się jest. Oczywiście cechy nam się zmieniają. Można przecież schudnąć (lecz nie jest to łatwe, uwierzcie mi). Wówczas gruby staje się szczupłym lub wręcz chudym. Istnieją przecież też z brzydkiego przeobrażenia się w ładnego np. poprzez operacje plastyczne, ale czasami jest to kwestia, powiedzmy, wyrośnięcia z brzydoty i zadbania o siebie. Jeśli chodzi o bycie głupim to, cóż, zależy w jakim stopniu, zasadniczo na drodze doświadczeń i dorastania ludzie stają się coraz mniej głupi. Lub przeciwnie.
Jak jest z byciem nieszczęśliwym? Czy można zmienić ten stan? Czy może to jest wrodzona cecha? Może niektórzy mają predyspozycje do bycia szczęśliwymi, podczas gdy inni jej nie mają?
A może to zależy od miliona czynników...
Na pewno coś się zmieniło u mnie.
Zmieniło się tyle, że o tym nie myślę i nie pozwalam sobie myśleć.
Zauważyłam, że myślenie oraz bycie świadomym konstrukcji tego świata (ludzie mówię, że mam złe, brzydkie, pesymistyczne założenia - trudno) absolutnie nie sprzyja byciu szczęśliwym.
Wobec tego gardzę czymś, co każe rezygnować z dociekań na tematy metafizyczne. Gardzę czymś co nie pozwala mi być ciekawym, a w zamian proponuje nieschodzący z ust, głupawy uśmieszek.
Z drugiej jednak strony prawdopodobnie głęboko tego pragnę.
Jak określiłabym siebie? Szczęśliwą czy nieszczęśliwą?
Myślę, że jest coś pomiędzy.
Jest mi też jakoś lepiej, troszeczkę jaśniej, a przede wszystkim BEZPIECZNIE.
I nie wracam nocami sama do domu.
Choć zawsze będę oswajać się z tym, że nic nie trwa wiecznie.
Nie, nie podoba mi się ten świat.

Moje dzisiejsze odkrycie.

czwartek, 8 sierpnia 2013

to moje życie i mogę je sobie spierdolić po swojemu, a tobie nic do tego

Napisałabym miliony linijek i nawet dobrze by to brzmiało.
Nieważne.
Przecież i tak żadne słowa tego nie pomieszczą.
A na razie nasuwa mi się jedna, jakże mądra konkluzja:
Dermanosiu, to jest tak bardzo smutno proste. Zwyczajnie - nie można mieć wszystkiego.
Ale pod koniec myślę, że już będzie w porządku.
A wtedy umrzemy.

Dobranoc.

sobota, 13 lipca 2013

czuję się jak w filmie Almodovara

Mam dorosłe problemy, a przecież w ogóle nie jestem dorosła. W jakim wieku jest się dorosłym? Można tu mówić o jakiejś normie?
Niektórzy dostają obowiązki osoby dorosłej w wieku lat 15 powiedzmy. No zdecydowanie za wcześnie według mnie. Hmmm. Nie wiem, czemu tak bardzo mi się chcę płakać z powodu, iż nie będę żyć w wygodzie, moja świetlana przyszłość jest zagrożona i muszę dorosnąć.
Nie chce mi się dorastać. Chcę sobie myśleć o tym, żeby pojechać z chłopakiem nad morze i żebym tam sobie mogła leżeć obok na kocyku i żeby było miło i ciepło. I chodzić z bratem na plac zabaw i pojechać z nim nad jeziorko i zrobić tak, żeby rzadko płakał i żeby się cieszył. Chcę się umawiać z głuptaskami i chodzić do bramy pod HS i wspominać stare czasy. O tym chcę myśleć. Chciałabym, żeby było prosto i łatwo. Wygodnie.
W zasadzie nigdy nie było. W zasadzie to zawsze sobie po cichu płakałam, że muszę pomyśleć bardziej nieprzyziemnie. Ale raczej ograniczało się to tylko to porywczych planów zbawienia najbliższego otoczenia, a później siebie. Bywałam sobie zdecydowana, odważna, heroiczna i byłam z tego dumna. A chyba jednak plany takie trzeba wcielić w życie. Zbawić wszystkich i jeszcze siebie, no bo co to za zbawca, który sam jest niezbawiony. Kolejność mi tutaj nie odpowiada. Nie żebym była jakąś altruistką, absolutnie nie, ale, może to jakieś spaczenie, może przyzwyczajenie... najpierw ratuje się dzieci.
A pewnie się skończy na tym, że będę tu siedzieć jak zwykle - z gotowym sercem, które jednak trwoży się, wiedząc, że przyszedł czas na działanie. Nie zapobiegnę katastrofom, które później staną się jeszcze bardziej katastrofalne, bo zbagatelizowane przez wszystkich innych, a wyolbrzymione i bolesne dla tej jednostki, której dotyczą. Nie mogę na to patrzeć, nie mogę słuchać. Nic nie zrobię. Najgorzej, że nawet nie dlatego, że NIE MOGĘ przez moje bezradne, niedorosłe rączki. Nie zrobię, bo NIE POTRAFIĘ, nie dam rady zdobyć się na taki wysiłek, nie umiem się poświęcić, nie umiem zrezygnować i jestem zbyt leniwa.
Ale kochajmy siebie.
Ja siebie
Ty siebie
I on i ona i ono też
Niech siebie kochają, choć to też do niczego nie prowadzi.

poniedziałek, 27 maja 2013

niczego nie umiem dobrze zrobić

Nie wiem, z jakiego powodu głupio sobie ubzduram, że mi też wolno.
Uśmiechnąć się bez wyrzutów sumienia, bo grzechem jest się uśmiechać, wszak cały świat cierpi.
Czuć przyjemność, bo nie zasłużyłam.
Kochać i być kochanym, a wszyscy wokół są nieodwzajemnieni.
Realizować siebie, a wy realizujecie innych. Dlaczego ja miałabym prawo realizować siebie?
Nie przejmować się czasem, zapomnieć o wszystkich, a jak mogę zapomnieć, że dziecko obok płacze?
Co krok zakaz, wszędzie "NIE WOLNO", wszędzie klątwy. Wiem, jakie jest moje przeznaczenie. Siebie trzeba zostawić, są rzeczy o wiele ważniejsze.
Łamię zakazy. Niszczę tabliczki. Nie zgadzam się, nie zgadzam, nie zgadzam, wołam, błagam, proszę.
Ale kara jest surowa. Kara jest bardzo, bardzo surowa. I karę mam na całe życie.

"Tak głupio, że już głupiej nie można."

niedziela, 28 kwietnia 2013

19

Niektórzy narzekają, że mam za niską samoocenę, zbyt surowo siebie oceniam, nie doceniam. Każdemu coś przeszkadza, a ja inna nie będę, niestety, choć to mnie też wiele kosztuje. Jednak, żeby nie było, kolejna rocznica, czas na podsumowania, więc dziś optymistycznie.
CO MI SIĘ UDAŁO W ŻYCIU?
1. Nauczyłam się chodzić na obcasach.
2. Schudłam
3. Codziennie budzę się piękniejsza.
4. Zakończyłam dwunastoletnią edukację.
5. Ogarnęłam rozszerzoną matmę w stosunkowo krótkim czasie (ale i tak nie jest dobrze).

Więcej grzechów nie pamiętam. Jak widać, pozycji jest trochę. Niedługo, mam nadzieję, będę mogła powiedzieć, że pokonałam podświadomość. Jak na razie zaliczyłam akompaniament bez większych spięć, nawet ładnie było. Wszyscy jesteśmy dumni i z utęsknieniem czekamy na egzamin.
ŻE NIBY MATURA?

wtorek, 16 kwietnia 2013

stwórca

Mam wam coś do powiedzenia.
Mam wam bardzo wiele do powiedzenia. Pewnie nic więcej ponad to, co sami wiecie. Może tylko będę powtarzać wasze myśli trochę innymi słowami, gestami, obrazami. Najprawdopodobniej moje głoszenie prawdy nie ma najmniejszego sensu. Ale czy bezsensowność sprawia, że zaprzestajemy wykonywania jakiejś czynności? Choćby takie np. życie, którego sensu, będącego niepodważalnym i oczywistym, nikt jeszcze nie odkrył. Mimo to żyje z nas jeszcze bardzo wielu i podejrzewam, że nie ze strachu. Cóż, powody są różne.
Gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego wciąż żyję, a w dalszej kolejności w jakim celu, pewnie odpowiedziałabym pytaniem "a dlaczego nie?", a następnie "jeszcze nie wiem". Mam takie ciche założenie, że kiedyś się dowiem. A z drugiej strony, jakby się tak zastanowić... to jaki jest sens śmierci? Czy jest on bardziej sensownym od sensu życia?
W tych wszystkich rozważaniach najpopularniejszym słowem jest chyba "może" (oprócz wszechobecnego "dlaczego?", które wywołuje zdania z "może"). Niestety na takim świecie żyjemy, takimi jesteśmy, że niczego nie możemy być pewni.
Nie o tym chcę dziś mówić. Sens czy cel jest panem naszego życia w pewien sposób. Wsiadam do autobusu, aby dojechać do szkoły, do szkoły zaś chodzę, by zdobyć wiedzę (dobra, taki był pierwotny zamysł ; p), wiedzę zdobywam, aby być człowiekiem wykształconym. Można tak w nieskończoność tworzyć ciągi. Wszystko jest w porządku dopóki nie osiągniemy pewnego poziomu, na którym odpowiedź nie jest tak oczywista. Skąd we mnie pragnienie bycia wykształconym? Skąd następnie jest we mnie od lat najmłodszych chęć tworzenia? W jakim celu tworzę? Przecież nie siadam przy biurku z zamiarem uświadomienia ludzkości (nie mam nawet do tego potrzebnej wiedzy), przecież nie chcę w ten sposób komuś pomóc, zwyczajnie nie zastanawiam się nad tym. Jest to po prostu wewnętrzna potrzeba o niewiadomym pochodzeniu.
Nasuwa się tutaj pytanie o sens sztuki, a z tym już gorzej. Gdzieś się w głowie kołacze "sztuka dla sztuki", które jednak nie zaspokaja ciekawości. A ja ostatnio przeczytałam (przygotowania do prezentacji maturalnej  idą pełną parą, aż mózg mi paruje), że twórczość jest bytem samym w sobie, źródłem wolności, naszym spełnionym pragnieniem. Nie wiem skąd pochodzi, nie wiem, po co jest, ale zdaje mi się (gdyż pewna nie jestem), że ma ogromną wartość.
A teraz, stosując kompozycję klamrową, chciałabym powrócić do pierwszego zdania. Otóż bardzo wiele mam do powiedzenia wszystkim, którzy chcieliby słuchać. Nawet jeśli tylko jeden by się taki znalazł. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co, nie sądzę, że powiem coś nowego. Ale jednak trzeba, pragnienia muszą być zaspokojone, marzenia muszą być spełnione, bo inaczej wiercą się w głowie. Można je przytłumić, można zamknąć, uciszyć lecz nigdy na zawsze. A jak już się przypomną, to kotłują się jeszcze bardziej boleśnie. Myślę, że inaczej się po prostu nie da, że to jest jedyne, czego należy się chwycić i nie puszczać.

Ja tam nie jestem żadnym artystą oczywiście, bardzo chciałabym być. I będę. Będę artystą, stwórcą, może kimś lepszym. I nie będę chciała niczyich ofiar, modłów, posłuszeństwa.
Właśnie tak sobie pomyślałam, że ostatnią rzeczą, której chciałby mój idol, byłoby zrobienie jego ołtarzyka. Po prostu powieszę sobie jego portret na ścianie bez zbędnych ceremonii.
***
Matura boli i powoduje wymioty. Rzygam tym słowem na wszystkie strony, a jednak wciąż je powtarzam. Ostro zapierdalam, czytam mądre książki, które ledwo co rozumiem, a wykładam się na pseudofilozoficznych rozmowach z plebsem. Ach, jak niemożliwie głupio.
Myślę, że "Moralność zabójcy" to byłby dobry tytuł filmu. Albo książki. No ale właśnie... Dziś powiedziałam, że każdy ma jakąś tam moralność, więc także i zabójca. Czy są ludzie absolutnie niemoralni, bez wyrzutów sumienia, którzy nie cofną się przed niczym? No chyba jakaś granica jest.
Miało wyjść krótko, wyszło długo. Ach.

wtorek, 9 kwietnia 2013

poryw serca

 Bardzo się cieszę z jednej strony, że poszłam do teatru. Przeżycie to było niesamowite, ale przyniosło mi jednak wiele trosk. Wszystko już przecież było ustalone - świetlana przyszłość, umysł ścisły, prestiż, prestiż, nowe życie. Aż tu nagle... I się okazuje, że już nie wiem co robić.
Więc rzuciłam monetą. Dobre jest rzucanie monetą, bo gdy ta jest w powietrzu, to uświadamiasz sobie, czego chcesz. Ale ja, podejmując tak ważną decyzję, nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, gdy moneta była w powietrzu, a także, gdy trzymałam ją w dłoniach tuż przed położeniem na nadgarstku. No i jest. Nie przeraził mnie werdykt losu ani trochę aż się sama sobie dziwiłam. Przecież rok czwarty już marzę, czekam tylko do ostatniego dzwonka, by odejść stąd jak najdalej i nie wracać. I z każdym rokiem sobie powtarzam, że już niedługo. A teraz powiem sobie "jeszcze rok się przemęczysz".
A co jeśli nie rok? A co jeśli to będą 2, 3 lata?
Zawsze mi się zdawało, do tej pory mi się zdaje, że jestem inna. Kiedyś myślałam o sobie "lepsza", teraz myślę raczej "inna". Jakkolwiek to by nie było głupie nie umiem się tego pozbyć. Ja nawet chciałabym być inna, a w dalszej kolejności lepsza. Ale skąd ja mogę wiedzieć? Chciałabym wybełkotać chociażby "ja wam wszystkim pokażę, mi się uda, tylko potrzebuję czasu", a na razie tylko siebie zapewniam.
Nie można jednak walczyć cały czas ze sobą.
Tak bardzo bym chciała znaleźć w końcu własne miejsce. Takie, że będę wiedziała, że to moje, że tu pasuję w końcu. A tak?
Umysły ścisłe - odkryją jakieś nowe pierwiastki, zbudują maszyny, zrewolucjonizują świat nauki. A ja lubię matmę i chemię. Fascynuje mnie nauka.
Muzycy - ach, pójdą na akademie muzyczne, bo kochają muzykę, kochają grać i mają talent i tylko temu się poświęcają. A ja gram sobie dość przeciętnie, jednak bardzo to lubię, ale muzykiem nie jestem.
Humaniści - interesują się literaturą, filozofią, historią. Czytają książki, są wykształceni i mądrzy. I pewnie piszą - poezję, powieści. W każdym razie szczęśliwi są, bo robią to, co lubią.
Wokół mnie mnóstwo pięknych, szczęśliwych ludzi. Są zdeterminowani, dążą do celu, poświęcają się bez reszty swojej pasji. I wszystkiego najlepszego im życzę, ale nie potrzeba moich życzeń, bo oni już wygrali. Bo robią to, co lubią, spełniają marzenia.
A ja? Serce mi się rwie do tych aktorów, do tych artystów. Chciałabym z nimi rozmawiać, chciałabym, żebyśmy się nawzajem rozumieli i żebyśmy robili coś pięknego. Chciałabym należeć gdzieś, a nie zawsze pomiędzy. Najbardziej nie boję się nawet strasznego świata. Najbardziej się boję, że może mnie się to wszystko zdaje, że nie byłabym dobrym reżyserem, że nie ma dla mnie miejsca.
Nie dowiem się jak nie spróbuję. Dlaczego tak jest? Boję się bardzo.
Po maturze robię filmy. Naprawdę.
 ***
sypiam z tobą już tyle lat
nawet się przyzwyczaiłam do tej twojej nieznośnej wilgoci
do tego lekko nieprzyjemnego zapachu
i nieświeżego oddechu
w sumie to aż tak mi nie ciąży
aż tak nie przeszkadza twoja obecność
w moim łóżku

już tyle lat
że nawet mówię do ciebie czasem kochanie
czasem cię na noc głaszczę po głowie
wybaczam jutrzejsze grzechy

mówią że należy się przespać z problemem
zmieniają się kochankowie
jednak ty zawsze jesteś
zawsze tylko śpisz bezczynnie

chciałabym się ciebie pozbyć czasem
ale wiem
jak nie ty
to mnie też nie ma
***
Zazwyczaj kwiecień to był taki zwykły wiosenny miesiąc. Teraz nie dość, że piździ to miesiąc ten upływa pod hasłem "zapierdalam jak wół, chociaż nie wiem po co". Pozdrawiam wszystkich arcydebili, czyli szanowny rocznik '94. Jesteśmy najlepsi.

piątek, 8 marca 2013

czego nauczyło mnie życie

Będę wymieniać w punktach.
1. Niczego
2. Życie jest chujowe.
3. Ale ma swoje momenty.
4. Facet to świnia. (Wersja dla faceta: Kobieta to sucz. Lub inne paskudne zwierzę)
5. Facet to idiota. (Wersja dla faceta: Kobiety są głupie. Ale mają cycki!)
6. Wszystko jest do dupy tylko pasta jest do zębów (albo do butów).
7. Smutno mi, boże
8. Kiedy wydaje ci się, że jesteś mądry, okazuje się, że jesteś tak naprawdę bardzo głupi.


Proszę mnie nie posądzać o żaden feminizm. Uwielbiam samców. Dlatego właśnie mam przez nich problemy i narzekam.
A w ogóle to nudzi mi się. Mogłoby się coś stać. Niech mi ktoś złamie serce albo inną część ciała (byle nie palce, bo mi potrzebne). Przydałyby mi się jakieś błędy, żeby się czegoś nowego nauczyć. Gdzie są moje przygody? Gdzie jest moje życie?
Nudy.
Przy okazji chciałabym serdecznie pozdrowić moich fanów. Niestety, muszę też was zasmucić. Otóż wbrew pozorom nie jestem nadczłowiekiem, wszystko, co nadludzkie jest mi obce. Tak więc sukcesywnie się opierdalam. Wobec tego moja kariera dyktatora, inżyniera, filozofa, nadziei narodu i świata stoi pod znakiem zapytania. Tak naprawdę nie ma dla nas ratunku, ale możecie mnie nadal uwielbiać.
Pozdrawiam jeszcze raz, to wcale nie miało być zabawne.

niedziela, 3 marca 2013

wild side

Drodzy państwo,
myślę, że wszyscy nawzajem możemy sobie pogratulować. Otóż przetrwaliśmy zimę. Miejmy nadzieję, że będzie tylko cieplej, że niebo będzie ładniejsze, że pozostałości śniegu się stopią. Możemy w końcu się łudzić, iż jaśniej, pogodniej, piękniej będzie także w życiu.
Aż do następnej zimy.
Ale może kiedyś zimy się ocieplą. Może będą trwały krócej. Może nie będzie miało dużego znaczenia, jaka jest pora roku.
Albo po prostu przeniosę się do innej strefy klimatycznej.
Drodzy państwo,
przetrwaliśmy zimę.
Będzie już tylko lepiej. Będzie świecić słońce. Zdejmiemy te wielkie, szpetne kurtki. Usiądziemy na trawie. Pójdziemy na spacer w nocy.
I zrobimy sobie zapasy na następną zimę.
Może w końcu zostanę gdzieś na dłużej.
Drodzy państwo,
przetrwaliśmy zimę i  wcale nie było tak źle.
***
W sumie to jestem dobrej myśli. Chociaż prawdopodobnie nie nadaję się na żadne studia, tak więc na te, na które pójdę także. Ale taką już mam fanaberię, żeby się wyprowadzić z tej dziury daleko, żeby stać normalnym człowiekiem, żeby wziąć życie w swoje ręce i uczynić je lepszym.
Nie powiem, że nie mogę się tu marnować. Oczywiście, że mogę. Prawdopodobnie, gdybym została w domu (przy czym nabawiłabym się depresji i innych zaburzeń), nie poszła na studia, nie zrobiła kariery, nie byłoby to stratą dla świata, dla narodu, dla kogokolwiek. Jedynie dla mnie. Ale przecież ustaliliśmy, niech każdy robi to, co do niego należy. Niech każdy spełnia swoje marzenia, pragnienia, zaspokaja potrzeby i zachcianki. W granicach rozsądku lub też nie. 
Coraz mniej wiem. Nie jestem w stanie nikogo skrytykować czy w ogóle ocenić. Z każdym poglądem można przecież polemizować.

Lubię jak Lou Reed mówi "Hey, babe, take a walk on the wild side".

 
Raczej już nie będę pisać.

poniedziałek, 4 lutego 2013

weltschmerz jak nigdy

Znajduję u siebie wszystkie cechy romantycznego bohatera poza jedną - chcę ten romantyzm u siebie zwalczać, jest beznadziejny. Ma oczywiście jakieś tam zalety, ale ogólnie to wszystko się kupy nie trzyma i do niczego nie prowadzi.
Dowiaduję się fatalnych rzeczy, a konkretniej prawd życiowych. To wszystko jest bez sensu. Jestem idealistą, chciałabym zmieniać świat małymi krokami, ale także wielkimi czynami. Chciałabym, żeby było lepiej, jak najlepiej aż w końcu idealnie. Mam jebaną misję, która jest niemożliwa do spełnienia.
Gdy widzę tych, już teraz, nastolatków, którzy chodzili ze mną do podstawówki, jest mi przykro. To były dzieci, niejednokrotnie osoby z zadatkami na "ludzi", dało się z nimi inteligentnie porozmawiać, mieli zainteresowania, talenty, uzdolnienia. A w tym momencie, mając 18 lat są bez matury, pracy, pieniędzy, ale za to z dzieckiem. Lub dwoma.
O co chodzi? Dlaczego tak jest?
Zawsze będą nieodpowiedzialni idioci, których nic nie obchodzi. Chodzą i rozsiewają swoje nasienie, gdzie popadnie, a do tanga przecież trzeba dwojga, kobiet, którym nie przychodzi do głowy, żeby się zabezpieczyć też nie brakuje. I rodzą się dzieci w obskurnych, biednych, patologicznych domach. Pewnie nawet nie wiedzą, że mogłyby się wybić i przerwać to błędne koło.
Ale nie. Nawet osoby, które zdawały się być rozsądne lądują w tym samym miejscu, mamy nowe pokolenia dzieci bez perspektyw (tylko teoretycznie, ale co z tego?).
Chciałabym to zatrzymać, zawsze chciałam. Zawsze, ilekroć widziałam, że źle się dzieje, przychodziły mi do głowy wielkie plany naprawy. Najpierw pokazywanie tym dzieciom innego świata, organizowanie im czasu, pomaganie w nauce, później miałam szlachetne pomysły reform jako prezydent miasta czy ktoś tam, kto miałby rzeczywiście na to wpływ.
I w sumie to nic nie robię, tylko chcę. Kiedyś działałam chwilę w wolontariacie, na tym się skończyło.
Jestem estetą i  profesjonalistą. Wkurza mnie niemożliwie, gdy ktoś robi coś byle jak, coś, czym należałoby się porządnie zająć. Wkurza mnie brak gustu ("o gustach się nie dyskutuje, ale twój jest chujowy"). Można polemizować, ale chyba wszyscy się zgodzą, że jest pewna granica dobrego smaku. Wkurza mnie niedbałość o poprawną polszczyznę. Wkurza mnie skrajna ignorancja i błędne użycie słowa "ignorancja" (miast "ignorowanie"). Wkurza mnie, gdy ktoś wypowiada się na temat, o którym pojęcia nie ma. Wkurza mnie, że ludzie nie czytają, nie uczą się, nie chcą być wykształceni.
Wszystko mnie wkurza. Wkurza mnie niekonskewentność. Wkurza mnie ujawnianie swoich poglądów politycznych i religijnych przez nauczyciela, a tym bardziej propagowanie owych poglądów, gdyż nauczyciel jest od uczenia.
Wkurza mnie, że posiadam wiedzę na temat pieska mojej polonistki, który to piesek naprawdę należy do jej córki, która wyszła nie dawno za mąż i mieszka w Poznaniu i  że nie ma pani dużej blachy, a wczoraj był mecz, "więc naturalnie nie mogłam sprawdzić prac klasowych".
Oczywiście ja też popełniam błędy.
Tak więc ta moja cecha sprowadza się do tego, że jestem wiecznie wkurzona, by nie powiedzieć inaczej.
Jestem też wiecznie przygnębiona, a teraz szczególnie, gdyż tak mało ode mnie zależy. Nie zmienię świata, nie uczynię go lepszym, nie wiem, czy cokolwiek zdołam poprawić, nie wiem nawet czy nie pogorszę wszystkiego. Obawiam się, że zapomnę to wszystko, co wiem teraz. Że zapomnę o moich ideałach (które właściwie są bezużyteczne), planach, o niebezpieczeństwie. Że gdzieś się zgubię i zranię moje nawet niepoczęte jeszcze dzieci, najbliższe osoby i będę tego nieświadoma. Chyba każdy chciałby mieć szczęśliwą rodzinę, chyba rodzice kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej. Więc skąd tyle złego?
Ja myślę, że to może być z nieświadomości, przecież nie ze złej woli. A jak ja kiedyś będę taka? I nawet nie będę wiedziała, że źle robię, będę chorobliwie pewna, że to wszyscy są przeciwko mnie i będę bić, krzyczeć, krzywdzić tych, których kocham.
Żebym tylko nie zapomniała.
I jeszcze ten egoizm. Źródło wszystkiego, ewolucji (bo przecież to była chęć przetrwania), rozwoju, szczęścia. Muszę robić to, co chcę. Nawet kocham, bo ja chcę, bo mi to potrzebne, nawet pomagając ludziom "bezinteresownie" karmię swoje potrzeby, a jedną z moich potrzeb jest poświęcanie się wręcz dla kogoś. I inaczej być nie może. I nie ma żadnej magii, to jest tylko taka cicha umowa. Co w tym pięknego?
Ludzie są paskudni, ja też jestem paskudna. Ale człowiek taki jest, w swojej konstrukcji bardzo ograniczony, nie może się wyzbyć tego egoizmu, nie może żyć w utopijnym świecie, w komunie, bo lubi posiadać. Inaczej nie byłby człowiekiem
I tacy jesteśmy, pomiędzy. Spełniamy swoje marzenia, słuchamy siebie tylko, wszystko dla mnie, a ja już siebie nie chcę, nie tak cały czas, na zawsze.
To jest okropne. To jest beznadziejnie wymyślone, chociaż nie wiem, jak mogłoby być inaczej. Ten świat działa jednak, ale nie wiem po co i dlaczego. Gdyby ten mój egoizm miał prowadzić to czegoś większego... Mam weltschmerz, muszę się z życiem powoli pogodzić. I będę robić to, co zawsze, może nawet trochę więcej, może pozytywistycznie. Nie wiem, w jakim celu, ale może kiedyś się dowiem i tak na wszelki wypadek się na tę okoliczność przygotuję.
Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?
Jaki wylew żalu. Wiem. Ale chciałam to wszystko napisać. Więcej już chyba nie będę, w ogóle. Jestem zbyt ekstrawertyczna. To źle.

czwartek, 24 stycznia 2013

puk, puk

Cóż. Moja podświadomość nie jest bogiem i na pewne rzeczy nie ma wpływu. A obecnie cierpię z bardzo głupiego powodu, którego nie zdradzę.
Nie, nie, cierpię. Cierpiałam to kiedyś, to dawno było i nieprawda. Ale przeszkadza mi coś.
Ja bym chciała o coś zapytać. Jednak nie wiem, czy w ogóle mam do tego prawo. Czy wolno mi? Czy mam szansę na prawdziwą, uczciwą odpowiedź?
Ja już nawet nie chcę odpowiedzi dobrej, w pewnych sprawach nie ma dobrych odpowiedzi. Ale zawsze są te prawdziwe, często nie takie, jakie powinny, niezgodne ze scenariuszem, przykre, bolesne, przejrzyste, brutalne.
Osobiście uważam, że kłamstwo to jedna z najpaskudniejszych rzeczy na świecie i staram się jak najrzadziej używać takiego rozwiązania, szczególnie dlatego, że kłamać nie umiem.
Róbmy sobie źle, krzywdźmy, wykorzystujmy, ale nie ukrywajmy tego. Jak ktoś umie kłamać i grać, to bardzo łatwo znaleźć sobie sługę i ustawić się w życiu, ale potem... Potem są te pretensje, bo przecież oszukiwałeś, grałeś nie fair, byłeś nieuczciwy.
Ja nie mam z reguły złych zamiarów w stosunku do nikogo. Jednak gdybym już chciała kogoś zgnębić, to zrobiłabym to po mistrzowsku. Nie moglibyście się przyczepić do żadnego mojego słowa. Bylibyście sami sobie winni, zbyt naiwni, optymistyczni, wymyślilibyście to sobie. Ja byłabym właściwie tylko narzędziem czyjejś osobistej zagłady. Udowodniłabym, że to nie moja wina, bo ja nie kłamałam, to ty sobie dopowiedziałeś, uroiłeś, wymyśliłeś. Jestem czysta.
Mówię jakby coś takiego się zdarzyło. Nie zdarzyło się. Ale mogłoby.
Tu nawet nie chodzi o gnębienie. Każdy chce dobrze, najpierw dla siebie. Czasem czyimś kosztem, ale musi być fair. Równy start, równe szanse (dobra, szanse nigdy nie są równe), ten sam cel, a zdarzają się niesprzyjające rozbieżności.
Chciałabym stanąć po drugiej stronie.
A może nie, może wcale tego nie chcę.
Wiem jedno, nie chcę być ofiarą.
I tu nasuwa się pytanie, które mnie od dawna dręczy.
Jestem czyjąś ofiarą czy swoją własną?
Na pewno nie jestem jeszcze wprawiona, moja pajęczyna lepi mi się do stóp.
Gdyby wolno mi było zapytać...
Raz nie chciałam, nie chciałam odpowiedzieć chociaż to był mój jebany obowiązek i bardzo tego żałuję. Ale czy to ze złej woli było? Z braku szacunku?
Nie, ja się zwyczajnie bałam, byłam współczującym tchórzem i ja nie chcę teraz na odwrót.
Prawda, jakakolwiek, pozwala spokojnie jednak żyć.
Puk, puk.
Czy ja mogę na chwilę?

wtorek, 22 stycznia 2013

nieszczęśliwi z własnej woli

Nie wiedziałam, czego posłuchać i chcąc się wprawić w nieco lepszy nastrój wpisałam w wyszukiwarce youtube'a słowo "happy". Wyskoczył jakiś chyba videoblog o nazwie "Happy wheels" (sprawdziłam, gość gra w jakąś grę i komentuje łamaną polszczyzną wymieszaną z angielskim, brzmi paskudnie), Don't worry, be happy Boba Marleya, Happy pills  Norah Jones i to by było na tyle. Przy czym piosenka tej ostatniej pochodzi z albumu Little broken hearts. No cóż, nie powiedziałabym, że jest wesoła.
Postanowiłam sprawdzić, co znajdę pod hasłem "sad" i tak jak się spodziewałam, pojawiła się cała strona "sad piano melodies", "sad songs", "sad scenes", "sad movies".
Oczywiście, znalazłyby się jakieś motywujące, wesołe piosenki o tym jakie to życie piękne jest itd., jednak podejrzewam, że tych przygnębiających (a szczególnie tych o złamanych sercach) jest znacznie więcej. Więc o co chodzi? Lubimy być nieszczęśliwi?
Jakiś czas temu usłyszałam o mówieniu do podświadomości. Zdecydowałam się poczytać na ten temat i trafiłam na  Potęgę podświadomości Josepha Murphy'ego. Cóż, momentami brzmi to jak czarna magia, cuda, modlitwy, czyli to co odrzuciłam jakiś czas temu. Jednak myślę, że ma to sens.
Jest na przykład historia o kobiecie, której spodobała się torba w sklepie lecz była dla niej zbyt droga. Kobieta zamiast stwierdzić, że jej nie stać, uznała przedmiot za swoją własność i powiedziała sobie, że ta torba będzie należała do niej. Tego samego dnia, była to Wigilia, kobieta otrzymała tę samą torbę od męża. I to jest właśnie potęga podświadomości.
Wszystko można przeczytać tu.
No cóż, we wszystkim należy zachować umiar. Ja w całej mojej naiwności nie jestem w stanie w to uwierzyć. Ale inne rzeczy? Wmawianie sobie, że będzie lepiej, wprawianie się w dobry nastrój, mobilizacja?
Przez wiele lat wmawiałam sobie straszne rzeczy. Nie pamiętam nawet kiedy to się zaczęło. Czy chciałam być nieszczęśliwa? Nie, to nie to, ja po prostu nigdy nie wierzyłam, że mogę. Wbiłam to sobie bardzo mocno w głowę, powtarzałam bardzo często, niespecjalnie, tak po prostu wychodziło.
Zrobiłam sobie straszną krzywdę, ja sama i pewnie nie tylko ja na całym świecie. Najpierw trzeba zauważyć i co wtedy?
Zmieniać, walczyć, być. Łatwiej jest być cierpiącym, szczęście wymaga wysiłku, pracy, wiary. Ale chyba warto.
Zaczęłam wymyślać dobre scenariusze. Wmawiam sobie miłe rzeczy i chyba jest jakoś lepiej. A niedługo będzie wiosna. Szczęście jest jeszcze trudniejsze zimą.

Mistrzostwo:

czwartek, 17 stycznia 2013

eksperymenty

odczynniki probówki zlewki destylatory
rozpuszczalniki stężenia
staranne obliczenia
stała równowagi
szybkość reakcji
zmieszać wszystko należy w stosunku
podgrzać
czekać
obserwować
co z tego będzie
czy coś z tego będzie

podobne rozpuszcza się w podobnym
ciała stałe w cieczach
podobno też
plusy przyciągają minusy
a ktoś mi kiedyś powiedział że tym światem rządzi entropia
która jest wielkością niemalejącą

a potem
długo lecz w końcu
wnioski
i pytania jak zawsze:

co robię źle?

co robię źle?

***
Jest dobrze. Chyba.






środa, 9 stycznia 2013

zaskoczenie

Dzisiejszy dzień nie okazał się tym sądnym dniem, kiedy zarobię koła z polskiego. Wszak dziś środa i pani, którą wszyscy serdecznie pozdrawiamy, nie pyta. Jednak jestem pewna, że takowy dzień nastanie. W końcu ile można bezkarnie nie notować, nie czytać i zajmować się pierdołami na języku polskim? Czeka mnie kara boska, czuję to.
Ale chyba się wybitnie nie przejmę tą jedynką, jak już ją dostanę.
Najśmieszniejsze w tym jest to, że ja bardzo lubię literaturę, ja w ogóle lubię wiele rzeczy. Chciałabym być oczytana, wykształcona, rzucać cytatami i nazwiskami na prawo i lewo. To jedno z moich niezliczonych zainteresowań, którego nie rozwijam. Dlaczego? Cóż, jak mam do wyboru pouczyć się, poczytać lekturę albo pójść spać to jednak wolę spać. Szkoda, sen to strata czasu, ale także jedna z moich ulubionych czynności.
Nie chciałabym tu nikogo obwiniać, ale po części do mojego nieróbstwa przyczyniła się polonistka, która mnie niemożliwie wkurwia, jak słucham jej herezji przez co najmniej 3 minuty. Rozsądnie, chroniąc bliźniego i siebie przed tragicznymi konsekwencjami (mogłabym zacząć się bulwersować, przerwać lekcję, bluzgać, krzyczeć, skakać i bić, chyba mam to po ojcu), na czas języka polskiego znajduję sobie jakieś zajęcie i wyłączam się.
Czy ja mam w tym roku jakąś maturę?
Ku memu zaskoczeniu wyniosłam z dzisiejszej lekcji (borze, jaka to była mordęga) coś. Owym czymś był cytat. W czasie zachwytów nad gnojem (w cudzysłowie i dosłownie) kartkowałam sobie antologię. Większość z tych wierszy jest o dupie Maryni, ale coś ciekawego by się znalazło. Dobra, przepraszam za tę profanację, ja po prostu nie rozumiem poezji.
Wczoraj złapałam się na tym, że gdy szłam spać, uśmiechałam się. Zupełnie bez powodu. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej mi się to zdarzyło, a jeśli tak, to musiało być bardzo dawno. Nie wiedziałam, że jestem w stanie to zrobić, chyba wracam do zdrowia. Nie, to źle powiedziane, zawsze byłam jakaś spaczona, wyleczę się.
Naprawdę bardzo się cieszę, że mam teraz problemy na poziomie "nie mam kasy" i "nie mam się w co ubrać". Ale ja naprawdę nie mam się w co ubrać. I jeszcze muszę się nauczyć chodzić na szpilkach. Niezłe wyzwanie, boję się, lecz udać się musi.
Nie wiem, na chuja mi ta studniówka, nic specjalnego.
Dobrze mi idzie wprowadzanie planu w życie od kilku dni, mam nadzieję, że to nie jest tylko okres przejściowy.
No to cytat Leopolda Staffa z wiersza "Przedśpiew":
"Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu."
Wiem, ni to jakaś prawda życiowa, ni to porada, jednak bardzo mi pasuje. Tak właśnie się czuję. Nie szykuję się na nic dobrego od życia, ale patrzę na przyszłość z uśmiechem. A będzie ciekawie, dużo przygód, dużo pracy. Będzie, co wspominać.
I nawet teraz, nie żałuję ani trochę tego, co mi przyniosło dużo bólu.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

przymiotnik, stopień najwyższy

Czasami myślę o tym, jakie ładne obrazki mogłyby powstać z naszych historii.
Jaką piękną mogłabym mieć kronikę.
Na każdym zdjęciu byłabym ja, zawsze z kimś.
Zastanawiam się, jaki mam wyraz twarzy, gdy czuję się najszczęśliwsza na świecie, kiedy tonę w tym uczuciu, włączam wszystkie zmysły.
Jak wtedy wyglądam? Czy jest coś ukrytego w moich oczach? Czy moja skóra promienieje? Czy twarz ma kolor mniej blady?
Czy można zauważyć to uczucie absolutu, bezgranicznej przyjemności, która za chwilę będzie tylko wspomnieniem?
Te najpiękniejsze, po części zmyślone albumy trzymam w pamięci, ale pamięć zaciera twarze dawno niewidziane.
Tyle zdjęć, które pozostaną tylko w głowie...
Tyle obrazków, które będą zawsze tylko wyobraźnią...
Bo to wszystko to myśli tylko, większość to myśli.
Chcę, nie chcę, marzę, a później lubię, tęsknię, pragnę, nienawidzę.
Każdy ma swój świat - wolną interpretację rzeczywistości.
Dlaczego tak trudno pożegnać się z myślą?
***
Już niedługo do lepszego.
Powiem wam, bywam szczęśliwa, szczęśliwsza i najszczęśliwsza. Ale czy to tak się da cały czas?
Mężczyzna moich marzeń niemożliwie się obija. I wszyscy wiemy dlaczego. ; )

One day, baby, we'll be old...

czwartek, 3 stycznia 2013

my future

Chcesz motywacji? Pomyśl sobie, jest ci tu dobrze? Wygodnie? Tak ma być?
Nam nigdy nie wystarcza, a ja sobie nie wyobrażam, że mogłoby tak zostać.
Niedługo zamieszkam daleko stąd. Będę wracała do spokojnego domu. Lodówka będzie wyposażona w dobre rzeczy i będę sobie robiła wyrafinowane śniadania, obiady, kolacje, desery (jedzenie jest sztuką, przynajmniej dla mnie). Nikt mi nie będzie przeszkadzał w odpoczynku i nauce. Będę miała ładnie umeblowany pokój. Będę mieszkała w wielkim mieście, gdzie jest dużo galerii handlowych.
Będę pięknie, dumnie kroczyć w szpilkach w budynku politechniki.
Będę grać na fortepianie.
Będę miała umiar we wszystkim.
Będę chodzić do kina, teatru, filharmonii, na imprezy, do baru.
Będę pisać scenariusze i organizować ekipy, kręcić.
Raz na czas będę wracać tu, bo jednak mam do czego wracać.
I może, może, nie będę szczęśliwa, chociaż to w końcu przyjdzie, ale przede wszystkim, będę z siebie zadowolona.
Nie zrobię nic głupiego, nieodpowiedzialnego. Pogodzę się ze sobą. Uratuję.
Ułożę to wszystko, będę mieć kręgosłup, bo czeka mnie też wiele niedobrego.
Już niedługo.
Tak właśnie będzie. Będę kobietą sukcesu, jednak trochę nie taką, jaką opisywałam wcześniej. Nie neguję, dziękuję, cierpię, by mieć chwilkę cudownego uniesienia.
Jestem na najlepszej drodze, więc teraz do roboty. Pracuj na to, by tak było.
Chyba jednak chce mi się żyć. I wyglądam fucking gorgeous, czego byście nie mówili.
Pozdrawiam, trzeba porozpierdalać trochę zadanek z matmy.
***
Zauważyłam, że ja rzeczywiście jestem ekstremalnym pesymistą. Jak źle się dzieje, to piszę, że źle się dzieje i się opierdalam. Jak nic się nie dzieje, to chcę, żeby coś się działo i narzekam na nudę. Jak się dzieje dobrze, to tego nie zauważam lub nie zdążam o tym napisać, bo szybko się pierdoli.
Boże, głupia idiotko, koniec z tym.

wtorek, 1 stycznia 2013

szczęśliwego nowego życia

I co z tego?
Będziemy pisać inną cyferkę w dacie.
To tylko 365 dni, które nazwaliśmy sobie rokiem.
I co z tego?
Nadal będziemy tymi samymi ludźmi.
Spragnionymi, głodnymi, cierpiącymi na choroby, których tajemnicze nazwy znane są tylko psychologom.
I co z tego?
Nic się nie zmieni, zmiany zachodzą stopniowo
Za rok o tej porze
znów zobaczymy się w stałym składzie tj. ja, ja i ja
Będziemy się chciały nawzajem zabijać i poprawiać
I co z tego?
Spojrzymy na ciemne niebo, będzie zimno i źle i pomyślimy, że ładne te fajerwerki
I będziemy sobie wmawiać, że jest dobrze
I co z tego?
Co jakiś czas obudzimy się i zapłaczemy nad swym marnym losem
Następnie zganimy się za użalanie
Tak, bardzo lubimy się użalać
Bardzo lubimy wbijać w siebie ostre przedmioty
Będziemy tłuc butelki pod własnymi nogami
Uwielbiamy być masochistami
I co z tego?
Nie chcę szczęśliwego nowego roku, chcę szczęśliwego nowego życia
Różnie jest, raz lepiej, raz gorzej, z naciskiem na chujowo.
Ale przecież dobrze wiem,
winowajca jest oczywisty
To ty sam, to ty nienawidzisz i bezczelnie nic z tym nie robisz.



Tak bardzo chciałabym uwierzyć, że to nieprawda
że to nie przeze mnie
Ale...
ja chyba nie potrafię, ja już mam się dosyć.


Tak, jasne, najlepiej powiedzieć "nie umiem" i się opierdalać.



Czasem tracę zdolność prawidłowego myślenia, właściwie to nigdy jej nie miałam, dopiero się uczę.
Chciałabym, gdy mnie zapyta ktoś, czy było mi ciężko, chciałabym powiedzieć: "Było ciężko. Ale poradziłam sobie."
Szczęścia wszystkim.
***
Dlaczego, kurwa, nie kupiłam sobie wody na dzisiaj?