Ostatnio przeszłość daje o sobie znać. I to ta dawna przeszłość. Spotkałam kilku znajomych z podstawówki. O dziwo, ludzie, których nie darzyłam sympatią, byli dla mnie mili. Ogólnie wy, drogie społeczeństwo, mnie rozpuszczacie. Róbcie tak dalej, bo dzięki Wam mi dobrze.
Wiem, że życie się nie może składać z samych miłych rzeczy. I boję się, że skoro jest tak pięknie, cudownie itd. to pewnego razu w niespodziewanym momencie stanie się coś. Okaże się, czy rzeczywiście mam przyjaciół. Czy mam z kim porozmawiać i komu zaufać. Wydaje mi się, że tak. Jednak nigdy nie jest się stuprocentowo pewnym. Ale nawet nie mam zamiaru teraz się tym zamartwiać.
Drogie kochane społeczeństwo,
przychodzą takie chwile, kiedy autentycznie czuję się hipisem. Oczywiście nadal jestem przekonana, że w poprzednim wcieleniu byłam dzieckiem-kwiatem. Teraz mam ochotę was wszystkich przytulić. Chociaż w większości nie rozumiecie mojego podejścia do życia. Nie rozumiecie mojej uchachanej buzi, żywej gestykulacji i głośnego śmiechu bez powodu. Pytacie, czy coś piłam/brałam. Otóż nie. Ja sobie po prostu uświadomiłam, że w przyszłości będzie mi trudniej więc muszę się teraz cieszyć z tego co mam. I cieszę się. Mam fantastycznych znajomych. Doceniają mnie i nie oceniają po pozorach. W rozmowie ze mną nie biorą pod uwagę mojej zrytej bani, wieku czy ideologii. I myślę, że nie jestem ograniczona. Chociaż mam pewne opory to mogłabym polubić geja, lesbijkę, więźnia czy człowieka, który nie lubi Paula Coelho.
Chociaż jak Wam składam życzenia mówię czasem może coś niezrozumiałego, wymyślam coś i tworzę to ogólny sens brzmi "Wszystkiego najlepszego". I nie zawiera się w tym żadne samych przyjemnych doświadczeń, ale również wszystkiego, co uczyni Was lepszymi i szczęśliwszymi. A to naprawdę mogą powodować też te niemiłe wydarzenia.
Tak więc trudno mi się tu wysłowić. Myślę, że nie udzielił mi się dzisiaj świąteczny nastrój, ale piwo z Lidką. Było fantastycznie. Dziękuję wszystkim. Jestem pusta, ale trudno.
środa, 22 grudnia 2010
sobota, 11 grudnia 2010
Gdy wracamy w to samo miejsce....
A teraz nie mogę się nadziwić jak mi niewyobrażalnie lekko. Mówię wam, że szczerość to jest jednak coś wspaniałego. To, co miało mnie pozbawić życia, przywróciło mi je. Ale wciąż towarzyszy mi pewna obawa.
Boję się mianowicie o to, że moje życie będzie teraz puste. Prawdopodobnie są osoby, których życie jest bardziej puste od mojego, ale to mnie nie podnosi na duchu. W porównaniu do wcześniej (nie wiem jak nazwać ten czas) jest pusto. Wiem, że wtedy przejmowałam się bardziej. Szukałam głębi. Wyciskałam to, co tylko się da. Teraz nie mam z czego czerpać. Nie chcę być powierzchowna. Nie chcę przejmować się "problemami drugiego rzędu". Zabrakło mi pierwszego rzędu. Jeśli ktoś ma prawo do użalania się nad sobą, to na pewno nie ja. No i oczywiście, powiecie pewnie, że przecież nie muszę się przejmować tak zwanymi pierdołami. Tylko wtedy nie będę przejmować się niczym, a to mi nie służy.
Oto jest materiał do zamartwiania się w najbliższym czasie. Materiał ten będzie przyćmiewał wszystko, co się stanie i sprawi, że Ania sobie pomyśli, iż nic się nie dzieje i jest nudno.
Wróciłam do punktu wyjścia. Kiedyś jechałam autobusem, mając na karku zaledwie 13 lat i dopiero zaczynałam tak naprawdę myśleć. Myślałam, że nie wyobrażam sobie siebie w liceum, przecież byłam w podstawówce. Myślałam o tym, co mnie czeka. Zastanawiałam się, czy będę tą samą osobą. I teraz kiedy dobrnęłam do tego sędziwego wieku lat 16 (hahah.) czuję się tak jak wtedy - bez żadnych doświadczeń za sobą, bez świadomości, kim jestem, bez życiorysu, z poczuciem odrębności, jadę autobusem chociaż tak naprawdę nie wiem w jakim celu. Robię to nadal. Chciałabym, żeby kiedyś ktoś popatrzył na moje życie i pogratulował mi. Tylko, że jak do tej pory nie ma czego. Może to się kiedyś zmieni. chciałabym...
Boję się mianowicie o to, że moje życie będzie teraz puste. Prawdopodobnie są osoby, których życie jest bardziej puste od mojego, ale to mnie nie podnosi na duchu. W porównaniu do wcześniej (nie wiem jak nazwać ten czas) jest pusto. Wiem, że wtedy przejmowałam się bardziej. Szukałam głębi. Wyciskałam to, co tylko się da. Teraz nie mam z czego czerpać. Nie chcę być powierzchowna. Nie chcę przejmować się "problemami drugiego rzędu". Zabrakło mi pierwszego rzędu. Jeśli ktoś ma prawo do użalania się nad sobą, to na pewno nie ja. No i oczywiście, powiecie pewnie, że przecież nie muszę się przejmować tak zwanymi pierdołami. Tylko wtedy nie będę przejmować się niczym, a to mi nie służy.
Oto jest materiał do zamartwiania się w najbliższym czasie. Materiał ten będzie przyćmiewał wszystko, co się stanie i sprawi, że Ania sobie pomyśli, iż nic się nie dzieje i jest nudno.
Wróciłam do punktu wyjścia. Kiedyś jechałam autobusem, mając na karku zaledwie 13 lat i dopiero zaczynałam tak naprawdę myśleć. Myślałam, że nie wyobrażam sobie siebie w liceum, przecież byłam w podstawówce. Myślałam o tym, co mnie czeka. Zastanawiałam się, czy będę tą samą osobą. I teraz kiedy dobrnęłam do tego sędziwego wieku lat 16 (hahah.) czuję się tak jak wtedy - bez żadnych doświadczeń za sobą, bez świadomości, kim jestem, bez życiorysu, z poczuciem odrębności, jadę autobusem chociaż tak naprawdę nie wiem w jakim celu. Robię to nadal. Chciałabym, żeby kiedyś ktoś popatrzył na moje życie i pogratulował mi. Tylko, że jak do tej pory nie ma czego. Może to się kiedyś zmieni. chciałabym...
sobota, 4 grudnia 2010
Przebudzenie bywa nieprzyjemne.
No właśnie. Mam natłok myśli i to mnie chyba skłania do napisania drugiej notki jednego dnia.
Intrygujące w tym wszystkim jest to, że ja sobie nie uroiłam pewnego stanu rzeczy, który miał miejsce przed wakacjami i trochę później. Ja sobie dopowiedziałam dalszy ciąg. Był piękny. I wierzyłam w niego. Miałam prawo, bo miałam podstawy, żeby sobie wyobrażać pewne rzeczy. Do czasu.
Potem podstaw już nie miałam. Wtedy zaczęły się urojenia i rozmowy zdrowego rozsądku z chorym czymś. Zawsze wierzyłam w przeczucia, ale nadzieja to nie to samo, co przeczucia. Zagłuszała mi rozsądek i przeczucia też. Chociaż teraz już nie wiem, jak jest. Moja wiara tłumaczyła mi w pewien sposób życie. Oczywiście nie w 100%. Tam wszystko było logiczne.
No więc wymyśliłam sobie życie. Nie było usłane różami. Było pełne. Jednak nie było dobre, bo brało w nim udział kilka osób. Było odizolowane, ale cieszyłam się w nim. Przez chwilę się spełniało. Kiedy coś się skomplikowało, czułam się bardzo źle, gdyż do tej pory umiałam wszystko wytłumaczyć. Nagle przyszedł moment, w którym byłam bezradna. No, ale zaufałam nadziei, która, jak mówią, matką głupich. No i przyszło rozczarowanie. Mimo to nie wiem, czy kiedyś będę umiała wierzyć rozumowi. Jak Elkon lubi mówić: "Z doświadczenia wynika, że z doświadczenia nic nie wynika".
No i prawdopodobnie nadal będę wierzyć "w idź za głosem serca", "spełniaj swoje marzenia", w Boga, w nadzieję, w urojenia. Potem będę żałować, że nie umiem przyjąć do wiadomości pewnych rzeczy. No i tak. Jestem nieprzystosowana do życia. Ale kto jest?
***
i stałam nad wielką przepaścią
na górze było niebo cudowne
na dole - ludzie
płakali i śmiali się
On zapytał mnie
czy na pewno chcę zejść
"wiesz
nie będzie łatwo
będziesz tego żałować
będziesz cierpieć
ale może
kiedyś podziękujesz za cierpienie"
"już dziękuję
pokochałam to życie
tych ludzi"
i urodziłam się
taka czysta niewinna bezbronna
Intrygujące w tym wszystkim jest to, że ja sobie nie uroiłam pewnego stanu rzeczy, który miał miejsce przed wakacjami i trochę później. Ja sobie dopowiedziałam dalszy ciąg. Był piękny. I wierzyłam w niego. Miałam prawo, bo miałam podstawy, żeby sobie wyobrażać pewne rzeczy. Do czasu.
Potem podstaw już nie miałam. Wtedy zaczęły się urojenia i rozmowy zdrowego rozsądku z chorym czymś. Zawsze wierzyłam w przeczucia, ale nadzieja to nie to samo, co przeczucia. Zagłuszała mi rozsądek i przeczucia też. Chociaż teraz już nie wiem, jak jest. Moja wiara tłumaczyła mi w pewien sposób życie. Oczywiście nie w 100%. Tam wszystko było logiczne.
No więc wymyśliłam sobie życie. Nie było usłane różami. Było pełne. Jednak nie było dobre, bo brało w nim udział kilka osób. Było odizolowane, ale cieszyłam się w nim. Przez chwilę się spełniało. Kiedy coś się skomplikowało, czułam się bardzo źle, gdyż do tej pory umiałam wszystko wytłumaczyć. Nagle przyszedł moment, w którym byłam bezradna. No, ale zaufałam nadziei, która, jak mówią, matką głupich. No i przyszło rozczarowanie. Mimo to nie wiem, czy kiedyś będę umiała wierzyć rozumowi. Jak Elkon lubi mówić: "Z doświadczenia wynika, że z doświadczenia nic nie wynika".
No i prawdopodobnie nadal będę wierzyć "w idź za głosem serca", "spełniaj swoje marzenia", w Boga, w nadzieję, w urojenia. Potem będę żałować, że nie umiem przyjąć do wiadomości pewnych rzeczy. No i tak. Jestem nieprzystosowana do życia. Ale kto jest?
***
i stałam nad wielką przepaścią
na górze było niebo cudowne
na dole - ludzie
płakali i śmiali się
On zapytał mnie
czy na pewno chcę zejść
"wiesz
nie będzie łatwo
będziesz tego żałować
będziesz cierpieć
ale może
kiedyś podziękujesz za cierpienie"
"już dziękuję
pokochałam to życie
tych ludzi"
i urodziłam się
taka czysta niewinna bezbronna
Końce początków.
Czasami tak jest, że coś nie kończy się w wyniku jakiejś tragedii. Czasami kończy się tak po prostu. Nazywaliśmy rzeczy zbyt dużymi słowami. Do tego stopnia, że sami uwierzyliśmy tym słowom.
Nie miałam urojeń. Ktoś kiedyś mnie polubił. Bardzo. Komuś kiedyś zależało. Ale to już się skończyło. I chociaż mówię to z pewnym smutkiem jednak cieszę się. Nie wiemy, co jest dla nas dobre. Myślimy, że tylko my potrafimy dać komuś szczęście. Nie rozumiemy, czemu życie nie układa się według naszych oczekiwań. Życie rządzi się swoimi prawami. A właściwie to nie ma praw. Cały czas zaskakuje. Jedyne, czego chcę to mieć pewność, że każdy ból, każda niepewność, każda łza była potrzebna. Wszystko miało sens. Każdy mały drobiazg ukształtował mnie.
W to będę wierzyć. I obiecuję Ci żyć. Ty też mi to obiecaj. Żyj z całych sił, intensywnie, głęboko. Cieszę się Twoim szczęściem, nawet jeśli do szczęścia nie jestem Ci potrzebna.
Nie będę mówić o miłości, bo nic o niej nie wiem. Ale może to jest to, że godzę się na to, jestem szczęśliwa, chociaż nie spełniło się to, co oczekiwałam. Może to jest taki masochizm. Bo samo zakochanie zawiera dużo egoizmu. A miłość nie.
Myślę, że dzięki pewnym rzeczom będę silniejsza. Coś się kończy, a coś zaczyna, tak?
Nie miałam urojeń. Ktoś kiedyś mnie polubił. Bardzo. Komuś kiedyś zależało. Ale to już się skończyło. I chociaż mówię to z pewnym smutkiem jednak cieszę się. Nie wiemy, co jest dla nas dobre. Myślimy, że tylko my potrafimy dać komuś szczęście. Nie rozumiemy, czemu życie nie układa się według naszych oczekiwań. Życie rządzi się swoimi prawami. A właściwie to nie ma praw. Cały czas zaskakuje. Jedyne, czego chcę to mieć pewność, że każdy ból, każda niepewność, każda łza była potrzebna. Wszystko miało sens. Każdy mały drobiazg ukształtował mnie.
W to będę wierzyć. I obiecuję Ci żyć. Ty też mi to obiecaj. Żyj z całych sił, intensywnie, głęboko. Cieszę się Twoim szczęściem, nawet jeśli do szczęścia nie jestem Ci potrzebna.
Nie będę mówić o miłości, bo nic o niej nie wiem. Ale może to jest to, że godzę się na to, jestem szczęśliwa, chociaż nie spełniło się to, co oczekiwałam. Może to jest taki masochizm. Bo samo zakochanie zawiera dużo egoizmu. A miłość nie.
Myślę, że dzięki pewnym rzeczom będę silniejsza. Coś się kończy, a coś zaczyna, tak?
Subskrybuj:
Posty (Atom)