sobota, 26 maja 2012

głupcy

Myślałam... Myślałam za dużo. Ciekawie tak spojrzeć z innej strony na wszystko. Wygląda inaczej niż z mojej perspektywy. Nawet nie słodko-kwaśny obraz. Bardziej kwaśny. Nieporozumienie? Próbuję sobie wszystko poukładać w głowie tak, żeby miało sens. Ale nie ma.
Przynajmniej już nie jestem pomiędzy, już nie jestem in the middle. Grunt ustabilizowany. Uklepany mocno, udeptany. Tak jest lepiej.
Jednak zawsze, będę tą z poobijanymi z pozdzieranymi kolanami po szalonej przejażdżce rowerkiem. I będę żałować, że spróbowałam. Może kiedyś od praktyki głowa mi stwardnieje. I tak już dawno straciłam coś. Straciłam też ostatnio. Kawałek mnie się zagubił.
***
My głupcy z ciemnych bram
chowamy się przed słońcem

leżymy na chłodnym asfalcie
spragnieni
nasączeni klejem
gdzieś między niewypowiedzianym słowem
a dobitnym spojrzeniem

głupcy


myślimy że posiadamy

sobota, 19 maja 2012

in the middle of nowhere

Zawsze chce się więcej. Najbardziej tego, czego nie możesz mieć. Ale skąd pewność, że nie możesz?
Z kątowni - nauczono mnie mówić.
A gdzie jest kątownia?
Obok prostowni.
No tak, dziękuję, wszystko jasne, jednak czuję, że ktoś mnie oszukał. Właściwie nie udzielił odpowiedzi.
Opanowane mamy do perfekcji zręczne wymijanie, podprogowe odrzucanie. Mówimy dziwnym bezsłownym językiem, bo ciężko o zwyczajną jednosylabową partykułę. Inaczej sprawa wygląda, gdy zamienimy się miejscami. Można zwariować, szczególnie, mając tak dogodne warunki.
Na szczęście jest rozsądek, który resztkami sił się trzyma. Obgryza paznokcie, gryzie języki i przykrywa kołdrą. Trzeba sobie jakoś radzić.
***
-Jakich to ja czasów doczekałam?!
-Parszywych.

No cóż, shit happens. Rzeczywiście dużo pożyczam ostatnio.

"Boimy się tego, czego nie znamy."


czwartek, 17 maja 2012

popiół.

Cześć, dzień dobry, nic nowego. Tutaj - na czarnym tle - jak zwykle Wielka Smuta. Nic się nie zmieniło, jak cię nie było. I nie zmieni się prawdopodobnie, choć na horyzoncie coś miga. Fatamorgana? Szukam dowodów.  Proszę uszczypnij mnie, gdy mi dobrze. Potem ta chwila mija i już nie wiem, czy to prawdziwy jakiś znak na skórze, czy może obłąkana jestem już od dawna.
Niepewności - nienawidzę.
Stabilizacji - chcę.
A może nie chcę?
Stabilizacja jest bezpieczniejsza i choć lubię jedną ręką trzymać linkę, nie wiedząc czy zaraz z hukiem nie uderzę w podłoże... Lubię bać się. Ale.
Nie boję się, jednak to przede mną - to mi wygląda na ślepą uliczkę. I to bardzo błotnistą. Ehh... Wciąż ten deszcz. Dlatego może śpijmy jeszcze w ciepłym domu, jeszcze za wcześnie. Boję się tylko, tak bardzo nieprzyjemnie boję, że nigdy nie będzie dobrego momentu. Że będzie tylko gorzej. Bo co może nas czekać w dorosłości?
Lepiej nie będzie, honey. Bierz to, co masz. Trzymaj mocno i nie wypuszczaj.
Przepraszam, nie chciałam nikogo dołować.
***
Gasnę
powoli i doszczętnie

już-nie-dłu-go

wypuścisz mnie z ręki
uprzednio zgnieciesz iskierkę
brutalnie
strzepniesz resztki kurzu

mam nadzieję że zdepczesz mnie we właściwym miejscu
żebym mogła spokojnie się zutylizować
założeniem że nigdy nie będę jak przedtem
i wiedzą że potem będę i tak też

ja

ta sama

***
Słońce? Dawno cię tu nie było. Wejdź, proszę.

poniedziałek, 14 maja 2012

schowane pod grzywką

Obecnie nie mam grzywki, ale nie o to chodzi. Jest takie miejsce, gdzie chowam was, chowam siebie i to, czego nikt nie powinien zobaczyć. Ale ja codziennie tam zaglądam, żeby przypomnieć sobie, co należy robić. Poukładać. Pomarzyć. Pomyśleć. Wyciągnąć te zapisane, pomięte karteczki z samego dna. Poczytać każdą przeszłą chwilę, którą pamiętam. I poczuć ją znowu. Poczuć to, co ma się wydarzyć, a może tylko chciałabym, żeby się wydarzyło, może jest nierealne i odległe. Patrzę też na swoje odbicie, ale nie zachwycam się nad urodą, a raczej nad nieurodą.
Żyję w dymie. Muszę coś mieć przy sobie. Okrycie, mgłę, żeby mnie nie było całej widać. Nie jestem pewna, dlaczego tak jest, ale dym, ten przenośny, jest ze mną od dawna. A od niedawna lubię go urzeczywistniać.  Ale bywają takie momenty, może raz na 2 lata, ale średnio wyszłoby więcej, gdy go nie potrzebuję. Tak bardzo chciałabym go zrzucić - mego kochanka, który wciąż jest ze mną i chroni mnie przed szczęściem i nieszczęściem. Przytula zimnym podmuchem. Bo jest tylko dymem.
Może tak trzeba. Zawsze mówię "rób to, co chcesz". Czasem nie jest tak łatwo.
I tak zawsze jesteśmy sami.
Zostanie ze mną tylko mój dym i ta druga mądrzejsza we mnie.
Jednak... może...
***
Dawno temu zastygłam.
...
Gram w to jeszcze raz.
Zagram z tobą i zginę.


To czyja teraz kolej?

niedziela, 6 maja 2012

organoleptycznie

Nie wiem z jakiej racji żyjemy sobie na tym świecie z chorym przeświadczeniem, że coś nam się należy. Na wszystko trzeba sobie zasłużyć, a często i to nie wystarczy. Rzecz losowa. Mama w dzieciństwie zawsze tłumaczyła mi, żebym nie brała od nieznajomych lizaczków i cukierków, bo kiedyś przyjdą zabrać coś ode mnie. Chujowe pieprzone życie. Ale nie można tak mówić. Bo sami jesteśmy sobie winni. Wszystko, co robię i czego nie robię - jestem przy tym świadoma i trzeźwa. Wiem, w co się pakuję. Wiem, że tylko robię na złość samej sobie. Takie jednak rozbicie. Porwę się za chwilę. Tak szarpię się ze s
obą. Nie bądź głupia. Nie bądź głupia.
A może by tak?
Może jednak?
A potem, zwątpienie. Nie. Nigdy. Uspokój się.
Więc w zamian biorę ślub z substytutami. Materialnymi, płynnymi i gazowymi. Dym, dym, dym.
Kasa i pełnoletność to zgubne połączenie. 
***
I'm getting older
I'm getting older
But there's still
Lot of space in my bed

I'm getting older
Too old to be a mother again
But there's a place in my heart
That is still unoccupied

So come on, come on, come on...
Don't be late
Before this life will turn to death  




Bez przesady, nie masz czasu aż do śmierci

I'm getting older and i'm going to changes.

wtorek, 1 maja 2012

przeciąg trzaska złudzeniami.

A mi coraz zimniej. Bo ten wiatr - to ciepły, to lodowaty - wyprowadza mnie z równowagi. Ubieram się w skorupę, potem ściągam ją, bo jakby, robi się cieplej i bliżej. Ale nie będziemy tak dłużej robić, kochanie, bo to przeciąg tylko. Złudzeniami trzaska leniwie, bezczelnie, no cóż poradzić. Nie będziemy tak dłużej, bo nie lubimy być pomiędzy, gdzie indziej, po nierównym gruncie stąpać. Nie lubimy tak i jest to bardzo szkodliwe dla naszego organizmu. Potem różnie powikłania - głowa, brzuch, wątroba - stara, zaniedbana; katar, zakwasy - bo tak ciężko pracowałyśmy bez rozgrzewki.
Zakwasy mam na dłoniach od zaciskania pięści. Poobgryzane paznokcie przez niepewność. Chore oczy czerwone nie od płaczu, ale od długiego, zbyt długiego przyglądania się w jeden punkt. Taki biały na ciemnej płaszczyźnie, bo nie czarnej może, tak się tam świeci - nadzieja, że mnie stąd zabierze.
Mą matką nadzieja, głupią matkę mam.
Przestałeś dla mnie świecić, punkciku na płaszczyźnie, nie jesteś już biały, masz kolor otoczenia. Ciemny, daleki, jak to wszystko, czego chcę. Odejdź, miej szacunek.
Ja sobie poradzę - pomyślał ktoś, siedząc przez wieczność na chłodnej posadzce balkonu i trzymając w ręku tlące się lekko życie. Mam bardzo smutne aczkolwiek rozsądne postanowienie.
Złudzenia, złudzenia, halucynacje, przesłyszenia. Nie wiem, co sobie dopowiedziałam, może z mojej natury wrażliwej (ehhh) interpretuję każdy gest, analizuję (szkoda, że tak mi nie idzie z wierszami) i ląduję potem na twardej powierzchni prawdy. Kiedy nie będziemy tacy naiwni?