wtorek, 1 maja 2012

przeciąg trzaska złudzeniami.

A mi coraz zimniej. Bo ten wiatr - to ciepły, to lodowaty - wyprowadza mnie z równowagi. Ubieram się w skorupę, potem ściągam ją, bo jakby, robi się cieplej i bliżej. Ale nie będziemy tak dłużej robić, kochanie, bo to przeciąg tylko. Złudzeniami trzaska leniwie, bezczelnie, no cóż poradzić. Nie będziemy tak dłużej, bo nie lubimy być pomiędzy, gdzie indziej, po nierównym gruncie stąpać. Nie lubimy tak i jest to bardzo szkodliwe dla naszego organizmu. Potem różnie powikłania - głowa, brzuch, wątroba - stara, zaniedbana; katar, zakwasy - bo tak ciężko pracowałyśmy bez rozgrzewki.
Zakwasy mam na dłoniach od zaciskania pięści. Poobgryzane paznokcie przez niepewność. Chore oczy czerwone nie od płaczu, ale od długiego, zbyt długiego przyglądania się w jeden punkt. Taki biały na ciemnej płaszczyźnie, bo nie czarnej może, tak się tam świeci - nadzieja, że mnie stąd zabierze.
Mą matką nadzieja, głupią matkę mam.
Przestałeś dla mnie świecić, punkciku na płaszczyźnie, nie jesteś już biały, masz kolor otoczenia. Ciemny, daleki, jak to wszystko, czego chcę. Odejdź, miej szacunek.
Ja sobie poradzę - pomyślał ktoś, siedząc przez wieczność na chłodnej posadzce balkonu i trzymając w ręku tlące się lekko życie. Mam bardzo smutne aczkolwiek rozsądne postanowienie.
Złudzenia, złudzenia, halucynacje, przesłyszenia. Nie wiem, co sobie dopowiedziałam, może z mojej natury wrażliwej (ehhh) interpretuję każdy gest, analizuję (szkoda, że tak mi nie idzie z wierszami) i ląduję potem na twardej powierzchni prawdy. Kiedy nie będziemy tacy naiwni?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz