Ty masz mi za złe, że miewam nieświeży oddech, że wyrosłam ze starych sukienek. Mówisz, że choć noszę większy rozmiar i legitymację w portfelu, to jestem wciąż malutka. Głośno mi oznajmiasz, co zrobiłam źle, a czego nie zrobiłam, choć powinnam.
Wyrzucasz mi, że źle zaintonowałam "wszystkiego najlepszego" do mojego tatusia, a ja odpowiadam Ci, że to nie jest tatuś. Już tylko sobie, cichutko oznajmiam - tatuś był, już dawno go nie ma. Nie wiem, dlaczego trzymasz się mocno tego twierdzenia, że ta osoba, do której w zamierzchłych czasach mówiłaś "kochanie" to mój tatuś. "Ojcostwo jest zawsze domniemane".
Ja tak naprawdę chciałabym codziennie robić z Tobą brzuszki i chodzić po sklepach. Chciałabym widzieć Twoje zadowolenie, gdy zmieścisz się w rozmiar 40. Chciałabym, żebyś ładnie wyglądała i żeby paskudne dzieci Ci nie dokuczały. Chciałabym, jeśli będzie mi dane mieć tyle pieniędzy, kupić ci domek daleko od człowieka, który w papierach widnieje, jako Twój mąż.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Chciałabym, żebyś nie budziła się codziennie, wiedząc, że nie potrafisz, że nie dasz rady. Nie jesteś zła. Nie marzę o nikim innym w Twojej roli, chociaż dobre stosunki miałyśmy, gdy byłam jeszcze w wieku lat 8 i bałam się zdjąć szaliczek w marcu, bo mi nie pozwoliłaś.
Później było coraz gorzej i tatuś był gorszy, a może ja to bardziej przeżywałam. Kazałaś mi przeprosić za mój długi język, a ja tylko wyraziłam sprzeciw wobec nieprawdziwych rzeczy, które się o mnie mówi. A kiedyś, pamiętam, przykazałaś, bym nie przepraszała za coś, czego nie zrobiłam.
Dziś patrzysz na mnie z wyrzutem, gdy wracam do miejsca, w którym sypiam. Twój wzrok spoczywa na mnie, zamienia się w wyrzut sumienia, nawet nie wiem, za co. Zaczynam żałować dobrej zabawy, gdy przekraczam próg.
Przepraszam Cię, że mam 18 lat i że chcę ułożyć sobie życie inaczej niż ty. Dopiero, tak długo czasu musiało minąć, byś zrozumiała, że rozwód to naturalna kolej rzeczy. Tak jest - jednego dnia ludzie się kochają, później mijają się bez uczucia, a potem zaczynają się nienawidzić. Nie chcę, żeby ktoś Ci robił krzywdę, ale zaszczepiłaś we mnie przeświadczenie, że tym kimś jestem ja. Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam sprzeniewierzyć się swoim marzeniom i zrobić tak, jak ty byś tego chciała.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Ty żyjesz gdzieś daleko - w krainie, gdzie papierosy są złe, dzieci nieposłuszne, a mężowie panoszą się na tronach. Chciałabym zabrać Cię stamtąd i pokazać Ci moje miejsce. Miejsce, gdzie jestem, gdy nie sypiam z Tobą. Nie dziw się, że bywam tu coraz rzadziej i zapowiadam, że kiedyś nie wrócę. Ty tu mieszkasz, ta kamienica ma odrapane ściany, a wokół czuć zapach stęchlizny, która dla Ciebie i tak pachnie lepiej niż moje zimne piwo.
Myślę, że Ci pomagam, już czuję, że to dostrzegasz kątem oka. Ale nagle Ty zakładasz swoje okulary z papieru - wcale nie korygują Twojej wady wzroku. Ja się boję, że przez całe życie będę pewna, że jestem złym człowiekiem. Ten zimny Twój wzrok przyczepił się do mnie, jednak może to tylko szczepionka, może wyrobię sobie przeciwciała.
Więc wracam wciąż do tego miejsca, w którym sypiam długo i często. Nie dziw się proszę, że dłużej nie mogę. Wybacz, ja będę młoda i będę sobą. Nawet jeśli dla Ciebie zostanę skreślona.
Tak bardzo chciałabym Ci wszystko opowiedzieć, ale czuję, że mogę w odpowiedzi otrzymać tylko krytyczny komentarz.
Może nie ma się czym przejmować. Może chodzi tylko o zachowanie ciągłości gatunkowej. Więc rozmnażajmy się, a dzieci niech wychowają się same.
czwartek, 28 czerwca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
coraz dalej
Kiedy to było, honey? Wczoraj, przedwczoraj, może tydzień, miesiąc temu... Niepostrzeżenie na paluszkach minie rok od kiedy z trudem łapałaś powietrze w płuca. Zachłystywałaś się wolnością, rozkoszą i beztroską młodością. Ile już minęło od kiedy leżeliśmy na trawie - ja wpatrywałam się w tę zieleń zbyt nieśmiała, by spojrzeć w twoje wpatrzone we mnie oczy? Twój wzrok tak miło spoczywał na mnie, tak cudownie mnie krępował.
Ile już minęło od kiedy nazwałaś ten dzień najlepszym? Czas płynie bezlitośnie, zatrzymuje się tylko na chwileczkę w najlepszych momentach. Zawsze wówczas towarzyszy mi to uczucie. Leniwie odpoczywam, jest mi wygodnie jak nigdy i czuję, że mogłabym tu spędzić całe życie - na tej trawie zielonej i ciepłej, w troskliwych ramionach, trzymając się za ręce i biegnąc przed siebie.
W czasach najnieprzyjemniejszych przypominam sobie te chwile i zasypiam z mokrymi policzkami. Pora zwilżyć powieki.
Jednak ostatnio w tym momencie cudownym, którego nie powinien zakłócić nawet szept wiatru przemknęła niepokojąca myśl. Ciesz się póki możesz, bo zaraz to M I N I E.
I minęło.
Tymczasem wracam tam, gdzie zawsze będę chciała wrócić. Siedźmy tu i nie odzywajmy się. Kontemplujmy ciszę, ciepłe oddechy, poczucie, że "może więcej coś znaczysz". Rozkoszujmy się tą chwilą jak najdłużej, wykorzystajmy ją do granic możliwości, żeby móc sobie przypomnieć, gdy opuszczą nas wszelkie dobre emocje.
Taką chcę być, taką chcę siebie zapamiętać - wolną, pewną swojej wartości i zachowującą zdrowy rozsądek.
Ale to już było...
***
Źle się czuję. Ktoś bardzo zręcznie, delikatnie otworzył zamkniętą szczelnie, schowaną puszeczkę. Kiedyś należała chyba do Pandory.
Ale było fajnie!
Ile już minęło od kiedy nazwałaś ten dzień najlepszym? Czas płynie bezlitośnie, zatrzymuje się tylko na chwileczkę w najlepszych momentach. Zawsze wówczas towarzyszy mi to uczucie. Leniwie odpoczywam, jest mi wygodnie jak nigdy i czuję, że mogłabym tu spędzić całe życie - na tej trawie zielonej i ciepłej, w troskliwych ramionach, trzymając się za ręce i biegnąc przed siebie.
W czasach najnieprzyjemniejszych przypominam sobie te chwile i zasypiam z mokrymi policzkami. Pora zwilżyć powieki.
Jednak ostatnio w tym momencie cudownym, którego nie powinien zakłócić nawet szept wiatru przemknęła niepokojąca myśl. Ciesz się póki możesz, bo zaraz to M I N I E.
I minęło.
Tymczasem wracam tam, gdzie zawsze będę chciała wrócić. Siedźmy tu i nie odzywajmy się. Kontemplujmy ciszę, ciepłe oddechy, poczucie, że "może więcej coś znaczysz". Rozkoszujmy się tą chwilą jak najdłużej, wykorzystajmy ją do granic możliwości, żeby móc sobie przypomnieć, gdy opuszczą nas wszelkie dobre emocje.
Taką chcę być, taką chcę siebie zapamiętać - wolną, pewną swojej wartości i zachowującą zdrowy rozsądek.
Ale to już było...
***
Źle się czuję. Ktoś bardzo zręcznie, delikatnie otworzył zamkniętą szczelnie, schowaną puszeczkę. Kiedyś należała chyba do Pandory.
Ale było fajnie!
wtorek, 19 czerwca 2012
nic się nie stało
Na początku chcę uprzedzić wszystkie osoby, które irytuje piłka nożna (Elżbieta W., możesz wyjść), że notka będzie o Euro 2012. I sprawach z nim związanymi.
Trochę czasu upłynęło zanim poukładałam sobie wszystko, co chciałam powiedzieć na ten temat.
Szczerze mówiąc, sama zdziwiłam się zmianą, jaka ostatnio u mnie zaszła. Coś się obudziło i rzeczywiście spało bardzo długo. A może drzemało, bo miewałam momenty pobieżnego zainteresowania się futbolem, no bo przecież "nasi grają!".
Spodziewać jednak można się było mojej ekscytacji - Euro - taka wielka impreza odbywa się w Polsce - przyjadą przystojni turyści, do budżetu państwa wpłyną dochody, wszyscy będą o nas mówić. No i pierwszy mecz z udziałem naszej reprezentacji. Czekałam na niego dobre kilka dni.
Wiecie, piłka nożna to nie jest sprawa sportowców, ekspertów, czy prawdziwych mężczyzn z dorodnym mięśniem piwnym, ale przede wszystkim Polaków. Nie mówię, że każdy powinien się poczuwać do tego, by jak jeden mąż zasiąść przed telewizorem i krzyczeć "Polska gola!". Ja osobiście mam taki nakaz, a może impuls właściwie, w sobie.Odzywa się co jakiś czas. Bardzo identyfikuję się z moim krajem. Chciałabym, żeby liczył się na arenie międzynarodowej, żebyśmy nie byli wieśniakami z prowincji, z Pipidówy, co to nawet nie umieją piłki kopać. Mamy przyczepioną łatkę złodziei, pijaków i nieudaczników. To się oczywiście zmienia, nie wszyscy mają takie zdanie o Polakach (na pewno nie Hetfield, hehe), a kiedyś z tym wizerunkiem było jeszcze gorzej. Chciałabym bardzo, żebyśmy zaistnieli, żeby sytuacja się w tym kraju polepszyła, żeby ludzie chcieli tu wracać.
Przecież to naprawdę piękne miejsce. Mam i zawsze będę mieć wielki sentyment do mojego kraju. Brudne chodniki, ciemne bramy, Rumuni, którzy mówią mi "Dzień dobry" na ulicy (bardzo wychowany naród) i pan, który chce mi wiecznie sprzedać fajki na Ruskiej. Nie powiem, że cały w tym urok, ale jak nadejdą gorsze tj. starsze czasy, pewnie to właśnie będę pamiętać. Wspominać z uśmiechem, bo tu się urodziłam i spędziłam moje najlepsze lata. Tu jest moje tło do najpiękniejszych wydarzeń. A przecież tło jest ważne.
Niby nic specjalnego - 11 facetów kopie piłkę. Nie są w stanie zainteresować nawet dwulatka. Jednak ja nie mogę usiedzieć w miejscu, bo to nie jest zwykła gra. To jest wojna, absurdalnie pokojowa, ale liczy się tylko zwycięstwo. Więc o to nasi - my, których zawsze będę tak nazywać, choć to właściwie zawodowcy, którym ktoś zapłacił za reprezentowanie Polski. Mimo iż to naiwne, ja czuję tu patriotyzm. Nie wiem, dlaczego to takie ważne dla mnie, byśmy wygrali. Przeżywam to jakby od wygranej zależało wszystko. Zwycięstwo chyba nigdzie nie jest tak emocjonujące. To nie tylko zwycięstwo strzelca, drużyny, trenera. To zwycięstwo wszystkich Polaków.
Porażka boli porównywalnie jak sukces cieszy. Mi jest zwyczajnie przykro, ponieważ taka szansa nie zdarza się często. Ten piękny mecz z Rosją - pojawiła się iskierka nadziei. Przemieniła się w płomień i w sobotę wynik był już przesądzony - planowaliśmy mecz z Niemcami w ćwierćfinale. Przeliczyliśmy się, to było zbyt oczywiste. Myślę, że my - jako kibice mieliśmy za mało pokory.
Cóż, nie było tak źle jak źle być mogło. Nic się nie stało. Jak dobry kibic jestem wierna i po porażce. Jednak akurat mogło się coś stać. Ile trzeba czekać na jakieś odwrócenie losu? Nie możemy wciąż wspominać historycznego sukcesu sprzed prawie 40 lat. Mówimy "nic się nie stało" i rzeczywiście, trzeba wspierać swoich, ale może już czas, by wyciągnąć wnioski i by coś się stało.
Przykro mi, może, gdybyśmy się dostali do ćwierćfinałów, coś by się zmieniło.Wciąż słyszymy o "polskich obozach śmierci" lub, że jesteśmy rasistami (źródło: http://www.polskatimes.pl/artykul/585709,sol-campbell-ostrzega-anglikow-nie-jedzcie-na-euro-2012-bo,id,t.html?cookie=1).
No, nie chciałam, żeby wyszedł bełkot pseudopatriotyczny. Mam nadzieję, że mi się udało.
Jeszcze dodatek:
Trochę czasu upłynęło zanim poukładałam sobie wszystko, co chciałam powiedzieć na ten temat.
Szczerze mówiąc, sama zdziwiłam się zmianą, jaka ostatnio u mnie zaszła. Coś się obudziło i rzeczywiście spało bardzo długo. A może drzemało, bo miewałam momenty pobieżnego zainteresowania się futbolem, no bo przecież "nasi grają!".
Spodziewać jednak można się było mojej ekscytacji - Euro - taka wielka impreza odbywa się w Polsce - przyjadą przystojni turyści, do budżetu państwa wpłyną dochody, wszyscy będą o nas mówić. No i pierwszy mecz z udziałem naszej reprezentacji. Czekałam na niego dobre kilka dni.
Wiecie, piłka nożna to nie jest sprawa sportowców, ekspertów, czy prawdziwych mężczyzn z dorodnym mięśniem piwnym, ale przede wszystkim Polaków. Nie mówię, że każdy powinien się poczuwać do tego, by jak jeden mąż zasiąść przed telewizorem i krzyczeć "Polska gola!". Ja osobiście mam taki nakaz, a może impuls właściwie, w sobie.Odzywa się co jakiś czas. Bardzo identyfikuję się z moim krajem. Chciałabym, żeby liczył się na arenie międzynarodowej, żebyśmy nie byli wieśniakami z prowincji, z Pipidówy, co to nawet nie umieją piłki kopać. Mamy przyczepioną łatkę złodziei, pijaków i nieudaczników. To się oczywiście zmienia, nie wszyscy mają takie zdanie o Polakach (na pewno nie Hetfield, hehe), a kiedyś z tym wizerunkiem było jeszcze gorzej. Chciałabym bardzo, żebyśmy zaistnieli, żeby sytuacja się w tym kraju polepszyła, żeby ludzie chcieli tu wracać.
Przecież to naprawdę piękne miejsce. Mam i zawsze będę mieć wielki sentyment do mojego kraju. Brudne chodniki, ciemne bramy, Rumuni, którzy mówią mi "Dzień dobry" na ulicy (bardzo wychowany naród) i pan, który chce mi wiecznie sprzedać fajki na Ruskiej. Nie powiem, że cały w tym urok, ale jak nadejdą gorsze tj. starsze czasy, pewnie to właśnie będę pamiętać. Wspominać z uśmiechem, bo tu się urodziłam i spędziłam moje najlepsze lata. Tu jest moje tło do najpiękniejszych wydarzeń. A przecież tło jest ważne.
Niby nic specjalnego - 11 facetów kopie piłkę. Nie są w stanie zainteresować nawet dwulatka. Jednak ja nie mogę usiedzieć w miejscu, bo to nie jest zwykła gra. To jest wojna, absurdalnie pokojowa, ale liczy się tylko zwycięstwo. Więc o to nasi - my, których zawsze będę tak nazywać, choć to właściwie zawodowcy, którym ktoś zapłacił za reprezentowanie Polski. Mimo iż to naiwne, ja czuję tu patriotyzm. Nie wiem, dlaczego to takie ważne dla mnie, byśmy wygrali. Przeżywam to jakby od wygranej zależało wszystko. Zwycięstwo chyba nigdzie nie jest tak emocjonujące. To nie tylko zwycięstwo strzelca, drużyny, trenera. To zwycięstwo wszystkich Polaków.
Porażka boli porównywalnie jak sukces cieszy. Mi jest zwyczajnie przykro, ponieważ taka szansa nie zdarza się często. Ten piękny mecz z Rosją - pojawiła się iskierka nadziei. Przemieniła się w płomień i w sobotę wynik był już przesądzony - planowaliśmy mecz z Niemcami w ćwierćfinale. Przeliczyliśmy się, to było zbyt oczywiste. Myślę, że my - jako kibice mieliśmy za mało pokory.
Cóż, nie było tak źle jak źle być mogło. Nic się nie stało. Jak dobry kibic jestem wierna i po porażce. Jednak akurat mogło się coś stać. Ile trzeba czekać na jakieś odwrócenie losu? Nie możemy wciąż wspominać historycznego sukcesu sprzed prawie 40 lat. Mówimy "nic się nie stało" i rzeczywiście, trzeba wspierać swoich, ale może już czas, by wyciągnąć wnioski i by coś się stało.
Przykro mi, może, gdybyśmy się dostali do ćwierćfinałów, coś by się zmieniło.Wciąż słyszymy o "polskich obozach śmierci" lub, że jesteśmy rasistami (źródło: http://www.polskatimes.pl/artykul/585709,sol-campbell-ostrzega-anglikow-nie-jedzcie-na-euro-2012-bo,id,t.html?cookie=1).
No, nie chciałam, żeby wyszedł bełkot pseudopatriotyczny. Mam nadzieję, że mi się udało.
Jeszcze dodatek:
sobota, 16 czerwca 2012
koczowniczy tryb życia
Jestem z tych, którzy dociekliwie analizują. W ciągu tych kliku wolnych chwil, wracając zawsze po zmierzchu, rozmawiam z nią cicho. Jednego takiego wieczoru zasiała mi niepokój w głowie. Szepnęła złowieszczo, połaskotała chropowatym językiem w ucho. "A co jeśli...?" - zasyczała. Wbiła mi gwóźdź prosto w potylicę, do samego środka, uśmiechając się przy tym bezczelnie.
A co jeśli...? - mam na czole, ustach i drżących dłoniach wycięte cyrklem.
A co jeśli nie kończymy się wcale tak powoli? Boję się, że kiedyś, niedługo weźmiemy do rąk nożyczki i przetniemy te poplątane, wątłe, niteczki pełne supełków i supłów. Rozdzielimy splecione dłonie. Bez żalu rozejdziemy się w swoje strony.
Może zbyt małe mam doświadczenie, by spekulować w ten sposób. Jednak do tej pory ludzie i wydarzenia ulegały przeterminowaniu. A gwóźdź w czaszce uwiera mnie wciąż.
Może tak właśnie jest. Chociaż teraz mogłabym napisać epopeję lub inną skomplikowaną formę nazwaną twym imieniem (pomijamy tu moje niewątpliwe zdolności literackie), obawiam się, że kiedyś będziesz tylko dokończonym wersem. Zostaniesz tylko miłym wspomnieniem, plamką na oku. Zawsze będę czytać cię z sentymentem.
Chociaż teraz jesteśmy zawsze, na każdy telefon. Przychodzę, gdy mnie wołasz. Wołam cię, gdy chcę się upewnić, że istniejesz. Czy kocha się na zawsze? Zwykłam mówić śmiele o przyszłości, umieszczać z przodu ludzi i łapać ich za ręce, zszywać na siłę. Już wiele razy zbyt duża pewność zapędziła mnie w ślepy zaułek. Okazało się, że bardzo się pomyliłam.
Może za parę lat opuścisz swoje ciepłe, wklęsłe miejsce. Zajmie je kto inny. Może kto inny pogłaska mnie po głowie, przypomni o niedoborach w inteligencji, podniesie moją twarz i popatrzy twardo i każe mi przestać świrować. Odgrzeje swoje krzesełko obok mnie, po czym znowu zmienię lokalizację.
Dokąd zmierzamy? Co jakiś czas modyfikujemy swój kształt, wspominamy przeszłość, jakby była starą, poszarpaną kartką książki. Trzeba się przystosować do nowego czasu i miejsca. Chcemy mieć swoje "tu i teraz". Ty nim jesteś. Jesteś moją codziennością. Poranną kawą, bez której nie oprzytomnieję i trzeźwiącym zimnym prysznicem. Na jak długo? Prowadzimy koczowniczy tryb życia, ale nie podążamy za pożywieniem.
Nie zrozum mnie źle - nie życzę sobie tego. To tylko moja prywatna obawa, gwóźdź w czaszce, zły sen. To są moje najlepsze lata.
Proszę nie pytaj mnie o nic. Mi też drżą wargi i zgrzytam zębami. Zwróć uwagę na liczbę niechętnych słów"może".
A co jeśli nie...?
A co jeśli...? - mam na czole, ustach i drżących dłoniach wycięte cyrklem.
A co jeśli nie kończymy się wcale tak powoli? Boję się, że kiedyś, niedługo weźmiemy do rąk nożyczki i przetniemy te poplątane, wątłe, niteczki pełne supełków i supłów. Rozdzielimy splecione dłonie. Bez żalu rozejdziemy się w swoje strony.
Może zbyt małe mam doświadczenie, by spekulować w ten sposób. Jednak do tej pory ludzie i wydarzenia ulegały przeterminowaniu. A gwóźdź w czaszce uwiera mnie wciąż.
Może tak właśnie jest. Chociaż teraz mogłabym napisać epopeję lub inną skomplikowaną formę nazwaną twym imieniem (pomijamy tu moje niewątpliwe zdolności literackie), obawiam się, że kiedyś będziesz tylko dokończonym wersem. Zostaniesz tylko miłym wspomnieniem, plamką na oku. Zawsze będę czytać cię z sentymentem.
Chociaż teraz jesteśmy zawsze, na każdy telefon. Przychodzę, gdy mnie wołasz. Wołam cię, gdy chcę się upewnić, że istniejesz. Czy kocha się na zawsze? Zwykłam mówić śmiele o przyszłości, umieszczać z przodu ludzi i łapać ich za ręce, zszywać na siłę. Już wiele razy zbyt duża pewność zapędziła mnie w ślepy zaułek. Okazało się, że bardzo się pomyliłam.
Może za parę lat opuścisz swoje ciepłe, wklęsłe miejsce. Zajmie je kto inny. Może kto inny pogłaska mnie po głowie, przypomni o niedoborach w inteligencji, podniesie moją twarz i popatrzy twardo i każe mi przestać świrować. Odgrzeje swoje krzesełko obok mnie, po czym znowu zmienię lokalizację.
Dokąd zmierzamy? Co jakiś czas modyfikujemy swój kształt, wspominamy przeszłość, jakby była starą, poszarpaną kartką książki. Trzeba się przystosować do nowego czasu i miejsca. Chcemy mieć swoje "tu i teraz". Ty nim jesteś. Jesteś moją codziennością. Poranną kawą, bez której nie oprzytomnieję i trzeźwiącym zimnym prysznicem. Na jak długo? Prowadzimy koczowniczy tryb życia, ale nie podążamy za pożywieniem.
Nie zrozum mnie źle - nie życzę sobie tego. To tylko moja prywatna obawa, gwóźdź w czaszce, zły sen. To są moje najlepsze lata.
Proszę nie pytaj mnie o nic. Mi też drżą wargi i zgrzytam zębami. Zwróć uwagę na liczbę niechętnych słów"może".
A co jeśli nie...?
sobota, 9 czerwca 2012
oblicza
Zacznijmy od początku. Chciałabym, żeby nie wyszło tandetnie.
Iskra. Zaczynasz się palić pięknym, oślepiającym płomieniem. Cud i "moje szczęście" - tak o Tobie mówią. Przynależysz. Ciekawe jak długo? Widać szczęście ma tylko trochę ponad 1 m długości. A ty wciąż rośniesz.
Pierwszy wdech. Pierwszy krzyk.
Dlaczego płaczesz, gdy przychodzisz na świat?
Na początku zachłystujesz się życiem. Tak, twój układ oddechowy nie jest jeszcze do niego przystosowany. Zadyszka, ale to nic, biegniesz dalej. Wydajesz się w stu procentach wypełniać radę Horacego.
Do czasu kiedy to przestajesz słodzić herbatę i tracisz wesołość, by w końcu skrystalizował się w Tobie nieoptymista i nierealista. Piwo już nie jest gorzkie i paskudne. Zdarza Ci się okłamywać mamę.
Który to już raz? Przyzwyczajony już jesteś do tutejszego powietrza. Zachłannie zaciągasz się trucizną. Tutaj - na naszej planecie - z przymusu bawimy się zapałkami i palimy papierosy. My - szaleni piromani. Chodzimy z poparzonymi dłoniami, poobgryzanymi paznokciami. Nie patrzymy w lustro. Przecież bezpieczna zabawa ogniem to jak oksymoron, nieprawdaż? Za sobą już mamy niewinne kradzieże zapałek lub większe przewinienia - jak podpalenie stodoły.
Co jakiś czas musisz strzepnąć z siebie nurtujące wyrzuty sumienia - zalegającą kupkę popiołu.
Wdech.
Widzisz, że jest cię coraz mniej? Poznałeś kłującą prawdę. Już nie krztusisz się zabójczym dymem. Doświadczenie robi swoje.
A zastanawiałeś się kiedyś skąd się tu wziąłeś? Może spoczywasz między dwoma palcami niebiańskiej dłoni? A może nie? Może przechodzisz z rąk do rąk, by każdy użytkownik mógł wyciągnąć z Ciebie jak najwięcej? Może ty też trzymasz kogoś w dłoni i przyczyniasz się do jego powolnego rozkładu?
A może to Twoje własne dłonie? Tylko na sobie możesz polegać.
Takie rozmyślania niezwłocznie trzeba popić. Wybierz sobie którąś ciecz z barku. I kolejny głęboki wdech. Jak u lekarza.
Mimo iż jesteś sfatygowany jak ścierka do podłogi to lubisz marzyć i spoglądać w ciemne niebo. Myślisz nawet, że "więcej coś znaczysz". Chcesz tu zostać, choć nie jest to najlepsze miejsce. Ale wiesz, lepszych pokoi nie mieli. Nie ma takich z widokiem na morze i wodnym łóżkiem. To hotel niższej klasy. Nie łudź się, że gdzieś istnieją pięciogwiazdkowe.
Jednak nieustannie masz nadzieję. Taka Twoja natura. Gonisz za życiem, którego nie możesz złapać. Ucieka Ci między palcami. Chcesz ogrzać się jego ciepłym ogniem, chociaż wiesz, że przypłacisz to fragmentami zwęglonej skóry. Uporczywym pieczeniem.
Życie ulatnia się na Twoich oczach. Zostawia po sobie piękny ślad. Chciałbyś być tu i teraz, zawsze być, być pamiętanym. Ale może, może na pewno zapamiętają nas tylko te zimne ściany, ten asfalt, po którym codziennie stąpają Twoje stopy. One też kiedyś utoną w otchłani. Ale Ty prędzej. Ty się spalasz. Jesteś tylko mrugnięciem oka w historii świata.
"Bywało lepiej i gorzej" mówisz głosem mędrca, wciągając kolejną porcję. Tak właśnie jest. Sprawy wciąż ulegają przeterminowaniu. Tak jak ludzie. Skąd wiesz, że nie stracisz tego, co masz? Tak naprawdę nie masz niczego.
Masz tylko siebie. Jesteś sam, choćbyś kochał i był kochany. Zawsze jesteś sam, a przytulanie pluszowego misia nie przynosi Ci ukojenia w najgorszych momentach. Obiecujesz sobie być twardym, ale przy każdym ciosie zwijasz się tak samo w kłębek i kołyszesz się bezradnie.
Wdech. Głęboko, do płuc.
Dlaczego pokasłujesz coraz częściej? Seans zbliża się do końca. Zostało Cię bardzo malutko. Ale to jest Twoja najlepsza część - ta wydestylowana, która dotarła aż tutaj. Pora zrobić rachunek sumienia zanim zostaniesz brutalnie zgaszony w popielniczce i wytrzepany z resztek życia. Pożegnaj się ładnie i podziękuj. Komukolwiek.
1...
2...
Weź ostatni wdech...
3...
Celebruję sobie te małe chwile, a tak naprawdę nie ma w tym nic poetyckiego. To tylko przyzwyczajenie.
Iskra. Zaczynasz się palić pięknym, oślepiającym płomieniem. Cud i "moje szczęście" - tak o Tobie mówią. Przynależysz. Ciekawe jak długo? Widać szczęście ma tylko trochę ponad 1 m długości. A ty wciąż rośniesz.
Pierwszy wdech. Pierwszy krzyk.
Dlaczego płaczesz, gdy przychodzisz na świat?
Na początku zachłystujesz się życiem. Tak, twój układ oddechowy nie jest jeszcze do niego przystosowany. Zadyszka, ale to nic, biegniesz dalej. Wydajesz się w stu procentach wypełniać radę Horacego.
Do czasu kiedy to przestajesz słodzić herbatę i tracisz wesołość, by w końcu skrystalizował się w Tobie nieoptymista i nierealista. Piwo już nie jest gorzkie i paskudne. Zdarza Ci się okłamywać mamę.
Który to już raz? Przyzwyczajony już jesteś do tutejszego powietrza. Zachłannie zaciągasz się trucizną. Tutaj - na naszej planecie - z przymusu bawimy się zapałkami i palimy papierosy. My - szaleni piromani. Chodzimy z poparzonymi dłoniami, poobgryzanymi paznokciami. Nie patrzymy w lustro. Przecież bezpieczna zabawa ogniem to jak oksymoron, nieprawdaż? Za sobą już mamy niewinne kradzieże zapałek lub większe przewinienia - jak podpalenie stodoły.
Co jakiś czas musisz strzepnąć z siebie nurtujące wyrzuty sumienia - zalegającą kupkę popiołu.
Wdech.
Widzisz, że jest cię coraz mniej? Poznałeś kłującą prawdę. Już nie krztusisz się zabójczym dymem. Doświadczenie robi swoje.
A zastanawiałeś się kiedyś skąd się tu wziąłeś? Może spoczywasz między dwoma palcami niebiańskiej dłoni? A może nie? Może przechodzisz z rąk do rąk, by każdy użytkownik mógł wyciągnąć z Ciebie jak najwięcej? Może ty też trzymasz kogoś w dłoni i przyczyniasz się do jego powolnego rozkładu?
A może to Twoje własne dłonie? Tylko na sobie możesz polegać.
Takie rozmyślania niezwłocznie trzeba popić. Wybierz sobie którąś ciecz z barku. I kolejny głęboki wdech. Jak u lekarza.
Mimo iż jesteś sfatygowany jak ścierka do podłogi to lubisz marzyć i spoglądać w ciemne niebo. Myślisz nawet, że "więcej coś znaczysz". Chcesz tu zostać, choć nie jest to najlepsze miejsce. Ale wiesz, lepszych pokoi nie mieli. Nie ma takich z widokiem na morze i wodnym łóżkiem. To hotel niższej klasy. Nie łudź się, że gdzieś istnieją pięciogwiazdkowe.
Jednak nieustannie masz nadzieję. Taka Twoja natura. Gonisz za życiem, którego nie możesz złapać. Ucieka Ci między palcami. Chcesz ogrzać się jego ciepłym ogniem, chociaż wiesz, że przypłacisz to fragmentami zwęglonej skóry. Uporczywym pieczeniem.
Życie ulatnia się na Twoich oczach. Zostawia po sobie piękny ślad. Chciałbyś być tu i teraz, zawsze być, być pamiętanym. Ale może, może na pewno zapamiętają nas tylko te zimne ściany, ten asfalt, po którym codziennie stąpają Twoje stopy. One też kiedyś utoną w otchłani. Ale Ty prędzej. Ty się spalasz. Jesteś tylko mrugnięciem oka w historii świata.
"Bywało lepiej i gorzej" mówisz głosem mędrca, wciągając kolejną porcję. Tak właśnie jest. Sprawy wciąż ulegają przeterminowaniu. Tak jak ludzie. Skąd wiesz, że nie stracisz tego, co masz? Tak naprawdę nie masz niczego.
Masz tylko siebie. Jesteś sam, choćbyś kochał i był kochany. Zawsze jesteś sam, a przytulanie pluszowego misia nie przynosi Ci ukojenia w najgorszych momentach. Obiecujesz sobie być twardym, ale przy każdym ciosie zwijasz się tak samo w kłębek i kołyszesz się bezradnie.
Wdech. Głęboko, do płuc.
Dlaczego pokasłujesz coraz częściej? Seans zbliża się do końca. Zostało Cię bardzo malutko. Ale to jest Twoja najlepsza część - ta wydestylowana, która dotarła aż tutaj. Pora zrobić rachunek sumienia zanim zostaniesz brutalnie zgaszony w popielniczce i wytrzepany z resztek życia. Pożegnaj się ładnie i podziękuj. Komukolwiek.
1...
2...
Weź ostatni wdech...
3...
U nas w popielniczce, czy na mokrej ziemi wszyscy jesteśmy tacy sami. Zużyte, podeptane pety. To my. Każdy z nas miał swoją historię. Ale to już bez znaczenia.
***Celebruję sobie te małe chwile, a tak naprawdę nie ma w tym nic poetyckiego. To tylko przyzwyczajenie.
Z dedykacją dla tych, którzy
przekwitli, skończyli się lub wypalili.
I wszystkich innych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
