Ty masz mi za złe, że miewam nieświeży oddech, że wyrosłam ze starych sukienek. Mówisz, że choć noszę większy rozmiar i legitymację w portfelu, to jestem wciąż malutka. Głośno mi oznajmiasz, co zrobiłam źle, a czego nie zrobiłam, choć powinnam.
Wyrzucasz mi, że źle zaintonowałam "wszystkiego najlepszego" do mojego tatusia, a ja odpowiadam Ci, że to nie jest tatuś. Już tylko sobie, cichutko oznajmiam - tatuś był, już dawno go nie ma. Nie wiem, dlaczego trzymasz się mocno tego twierdzenia, że ta osoba, do której w zamierzchłych czasach mówiłaś "kochanie" to mój tatuś. "Ojcostwo jest zawsze domniemane".
Ja tak naprawdę chciałabym codziennie robić z Tobą brzuszki i chodzić po sklepach. Chciałabym widzieć Twoje zadowolenie, gdy zmieścisz się w rozmiar 40. Chciałabym, żebyś ładnie wyglądała i żeby paskudne dzieci Ci nie dokuczały. Chciałabym, jeśli będzie mi dane mieć tyle pieniędzy, kupić ci domek daleko od człowieka, który w papierach widnieje, jako Twój mąż.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Chciałabym, żebyś nie budziła się codziennie, wiedząc, że nie potrafisz, że nie dasz rady. Nie jesteś zła. Nie marzę o nikim innym w Twojej roli, chociaż dobre stosunki miałyśmy, gdy byłam jeszcze w wieku lat 8 i bałam się zdjąć szaliczek w marcu, bo mi nie pozwoliłaś.
Później było coraz gorzej i tatuś był gorszy, a może ja to bardziej przeżywałam. Kazałaś mi przeprosić za mój długi język, a ja tylko wyraziłam sprzeciw wobec nieprawdziwych rzeczy, które się o mnie mówi. A kiedyś, pamiętam, przykazałaś, bym nie przepraszała za coś, czego nie zrobiłam.
Dziś patrzysz na mnie z wyrzutem, gdy wracam do miejsca, w którym sypiam. Twój wzrok spoczywa na mnie, zamienia się w wyrzut sumienia, nawet nie wiem, za co. Zaczynam żałować dobrej zabawy, gdy przekraczam próg.
Przepraszam Cię, że mam 18 lat i że chcę ułożyć sobie życie inaczej niż ty. Dopiero, tak długo czasu musiało minąć, byś zrozumiała, że rozwód to naturalna kolej rzeczy. Tak jest - jednego dnia ludzie się kochają, później mijają się bez uczucia, a potem zaczynają się nienawidzić. Nie chcę, żeby ktoś Ci robił krzywdę, ale zaszczepiłaś we mnie przeświadczenie, że tym kimś jestem ja. Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam sprzeniewierzyć się swoim marzeniom i zrobić tak, jak ty byś tego chciała.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Ty żyjesz gdzieś daleko - w krainie, gdzie papierosy są złe, dzieci nieposłuszne, a mężowie panoszą się na tronach. Chciałabym zabrać Cię stamtąd i pokazać Ci moje miejsce. Miejsce, gdzie jestem, gdy nie sypiam z Tobą. Nie dziw się, że bywam tu coraz rzadziej i zapowiadam, że kiedyś nie wrócę. Ty tu mieszkasz, ta kamienica ma odrapane ściany, a wokół czuć zapach stęchlizny, która dla Ciebie i tak pachnie lepiej niż moje zimne piwo.
Myślę, że Ci pomagam, już czuję, że to dostrzegasz kątem oka. Ale nagle Ty zakładasz swoje okulary z papieru - wcale nie korygują Twojej wady wzroku. Ja się boję, że przez całe życie będę pewna, że jestem złym człowiekiem. Ten zimny Twój wzrok przyczepił się do mnie, jednak może to tylko szczepionka, może wyrobię sobie przeciwciała.
Więc wracam wciąż do tego miejsca, w którym sypiam długo i często. Nie dziw się proszę, że dłużej nie mogę. Wybacz, ja będę młoda i będę sobą. Nawet jeśli dla Ciebie zostanę skreślona.
Tak bardzo chciałabym Ci wszystko opowiedzieć, ale czuję, że mogę w odpowiedzi otrzymać tylko krytyczny komentarz.
Może nie ma się czym przejmować. Może chodzi tylko o zachowanie ciągłości gatunkowej. Więc rozmnażajmy się, a dzieci niech wychowają się same.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz