Długo się zbierałam, żeby napisać coś na ten temat. Owszem, napisałam, nawet kilka dni temu na j. polskim (a co? może miałam notować?). Ale właściwie, gdybym chciała powiedzieć wszystko, to zajęłoby to dobre kilkanaście stron A4. I tak boję się, że nikt się nie pokusi o poczytanie tej notki z powodu jej zniechęcającej długości.
Zainspirował mnie konkretny komentarz i wcześniejsze zdarzenia. Zawsze powtarzałam, że ludzie są egoistami, mniej lub bardziej, ale są i nie może być inaczej. Jednak teraz wydaje mi się ten fakt jeszcze bardziej przerażającym.
Bardzo często po wygłoszeniu przeze mnie tej strasznej tezy oraz dodaniu równie druzgocącej "Tak naprawdę zawsze jesteśmy sami" rozmówcy się oburzają.
Ale jak to? Ja nie jestem. Nieprawda.
Jednak po wyjaśnieniu większość się zgadza, niektórzy idą powtarzać
nieprawda. Żeby się pocieszyć?
Oczywiście, może ten nasz naturalny, ludzki egoizm, bez którego właściwie by nas nie było (dobór naturalny, instynkt samozachowawczy bla bla bla) nie jest zgodny z naukową definicją. Ja jednak przyjęłabym, aby była jasność, egoizm jako stawianie na pierwszym miejscu własnego dobra. I teraz powiedzcie, kto tego nie robi? Kto nie stara się przede wszystkim o swoje własne szczęście, na które składa się, począwszy od kąta do spania i czegoś do jedzenia, kończąc na szeroko rozumianej samorealizacji (piramida Maslowa - przynajmniej coś zapamiętam ze szkoły)? Większość naszych działań powodowana jest chęcią uszczęśliwienia samego siebie. Oczywiście, po drodze zdarza nam się dbać o szczęście drugiej osoby. Oczywiście, że każdy normalny kochający rodzic w pierwszej kolejności nakarmi swoje dziecko. Jesteśmy zdolni do wielu wyrzeczeń i poświęceń na rzecz kogoś innego (nie każdy ; /) i to jest naprawdę piękne, tak powinno być. Tym różnimy się od zwierząt, które dbają o swoje potomstwo, czasami o oddają życie za osobniki spokrewnione (w szczególności pszczoły), my jednak możemy zapominać o sobie na rzecz osoby, do której się przywiązaliśmy.
Ale nigdy czyjeś dobro nie będzie ważniejsze od naszego własnego. Gdzieś istnieje ta granica, której nigdy nie przekroczymy. Może kiedyś będę mogła powiedzieć, że skoczę za kogoś w ogień. Wszystko jest ok do momentu, gdy twoja chęć poświęcenia jest doceniona i odwzajemniona. Problemy zaczynają się, gdy trafiamy na ludzi, których, może trochę hiperbolizując, nazwę pasożytami. Na świecie jest masa osób, które mają inne priorytety (to jedna z najsmutniejszych rzeczy, które usłyszałam). Dla nich od ciebie ważniejsze może być najgłupsza rzecz. W mojej hierarchii na pierwszym miejscu są ludzie, później wszystko inne. Ale niestety, nie każdy ma tak ukształtowany system wartości. I stąd biorą się tragedie. Nie wiem, czy gdyby podzielić wszystkich ludzi na takie 2 grupy, nie byłoby nas po równo. W każdym razie "inne priorytety" zdarzają się często, najgorzej, że nie są odizolowani od "tych drugich". Nie, są synami, córkami, mężami, żonami, partnerami...
Ludzie-pasożyty nas wyniszczają. Mogą milion razy obiecywać, że się zmienią, mogą też nie dostrzegać problemu. Nie ma to znaczenia, zawsze jest tak samo. Zawsze doprowadzają nas do poczucia bezradności, rozpaczy, płaczu. Niektórzy są tak zniszczeni, że wydaje się, że nie rusza ich ból. Ale niedotrzymana obietnica, cios od osoby, którą się kocha za każdym razem zaboli. Tak samo.
Więc co w tej sytuacji zrobić? Każdy rozsądny powie ci, żeby to zakończyć. Przestać kochać. Zostawić pasożyta samego. Odejść i być szczęśliwym, gdzie indziej. Jeszcze jedna rzecz, którą niedawno usłyszałam: "Jesteś najważniejsza". No właśnie. JA - osoba, której poświęcam najwięcej czasu i pracy, nie uważam, że kocham, ale staram się, żeby żyło się jej jak najlepiej. Trzeba być szczęśliwym.
Ale właściwie... to po co? Po co mam być szczęśliwa? Prześladuje mnie ten czasownik pierwszej osoby, liczby pojedynczej, nie mogę już tego znieść. A może należałoby się zostawić gdzieś? Zapomnieć o sobie? Kochać bezgranicznie, dawać się wykorzystywać, poniżać, być podnóżkiem, cierpieć? Być dla kogoś, nie dla siebie i nie czerpać z życia przyjemności?
Absolutnie nie chcę tego robić, ale przygnębia świat. Jeśli bóg istnieje, to muszę powiedzieć, że beznadziejnie to wszystko jest skonstruowane (bluźnierstwo?). No ale trzeba przyznać, że trzyma się kupy. Najbardziej mnie przygnębia ta nieunikniona, wszechobecna samotność. I to, że przestajemy kochać. Że czasami okoliczności do tego zmuszają i trzeba żyć dla siebie, a fajnie żyć dla kogoś, fajnie jest kochać. Są ludzie, którzy się oddali całkowicie w cudze ręce - to żywiciele, którzy nie pozbyli się pasożyta (jako przykład do głowy przychodzi mi tylko Sonia Marmieładowa, a to przecież postać fikcyjna). Przegrani?
A kim jest wygrany?
Kiedyś myślałam, że w życiu chodzi o szczęście, ale teraz zupełnie nie wiem.
O co chodzi w życiu?
***
To i tak nie wszystko, co chciałam powiedzieć.
Było fajne pogo, ale za krótko.
Ja to jestem bardzo dobra, strasznie kocham ludzi. To dość destrukcyjne. Tyle do naprawienia, do roboty.