poniedziałek, 24 grudnia 2012

thank god i'm an atheist

Okres przedświąteczny dla mnie oznacza sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie przy grającym telewizorze. Troszeczkę się obijam, choć dziś muszę się pochwalić, że pracowałam. Zrobiłam barszcz, a wczoraj lepiłam pierogi. Byłaby ze mnie zajebista żona.
Ale oprócz zapierdalania gapię się w ten telewizor. Obejrzałam trochę głupich, amerykańskich, świątecznych komedii i oto czego się dowiedziałam:
1. Dobry związek zaczyna się od łóżka.
2. Małżeństwo to strasznie lekka sprawa, możesz się oświadczyć po trzech tygodniach znajomości, no bo przecież "kochasz ją" (uświadomiłeś to sobie dzień wcześniej).
3. Dla dobra zatwardziałych, zapracowanych mężczyzn (którzy tak naprawdę marzą o bieganiu w hawajskiej koszuli po plaży, bezrobociu i ubogim życiu u boku wariatki) warto poświęcić swój cenny czas (tj. jeden miesiąc), całą siebie, a szczególnie ciało. Bo przecież rozmiękczyć serce takiego zimnego faceta można tylko przez upojny seks.
4. To, że nazwałeś dziewczynę "stukniętą babą" i wariatką nie znaczy, że tego samego dnia nie możesz jej namiętnie pieścić itd. itd.
5. Jak przystojny i bogaty nieznajomy oświadcza ci się, nie zastanawiaj się, tylko wychodź za niego następnego dnia.

Więcej grzechów nie pamiętam. Powyższe obserwacje zdecydowanie różnią się od mojego światopoglądu i od tego, co mi się udało zauważyć w moim krótkim życiu.
Amerykanie są idiotami.
Z okazji końca roku życzę wszystkim tego, czego sama bym chciała.
Bądźcie silni. Bywajcie rozsądni i starajcie się żyć tak, by niczego nie żałować. Siły i mobilizacji. Pomysłu na życie. I... trafiania na właściwych ludzi, żebyście potrafili ich rozpoznawać. Przygód, zajebistych wspomnień.
Będzie lepiej. Coraz lepiej, cieplej, przyjemniej.
Na koniec coś od pana Cogito:
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu 
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę 

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach 
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch 

ocalałeś nie po to aby żyć 
masz mało czasu trzeba dać świadectwo 

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny 
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy 


(...)

Bądź wierny Idź




czwartek, 20 grudnia 2012

jutro koniec świata

Tak. "Jutro koniec świata, a ja nie mam się w co ubrać." As always.
Zima. Co to jest w ogóle za pora roku? Piździ niemożliwie, nie można wyciągnąć ręki z kieszeni, wyglądam jak gruby eskimos, włosy się elektryzują, mam katar, nie można się ładnie ubrać (już pomijam, że nie mam w co), bo albo glany nie pasują albo ta wielka narciarska kurtka. A z kasą cienko.
Jak sobie myślę o tych starych dobrych czasach, kiedy było ciepło i człowiek sobie myślał, że w końcu ma pieniądze i nie wyda ich na pierdoły, tylko sobie kupi poważną kamerę i mikrofon o tajemniczej nazwie "shotgun", nakręci film i będzie sławnym reżyserę, to się łezka w oku kręci. A później powoli się okazywało, że dobry sprzęt kosztuje tak ze 4 tysiące, mikrofon 800 pln i jeszcze trzeba dokupić akcesoria, że matura w tym roku, i tak nie ma czasu na bawienie się w reżysera. A w ogóle to przecież ja się do niczego nie nadaję, nie umiem nawet mojej wizji zapisać w formie scenariusza.
Kasa poszła na tzw. "życie", o sukienkę na studniówkę to nawet nie chcę pytać, tak u nas słabo z pieniędzmi.
W ogóle po co mi to? Wydam tysiąc na te wszystkie pierdoły, po to, żeby raz w życiu wyglądać przyzwoicie (dobra, zawsze jestem piękna ; d), nawpierdalać się i mieć zdjęcie na pamiątkę.
Zima jest głupia. Chcę zapaść w sen zimowy. Chociaż nie wiem czy z końcem zimy przyjdzie lepszy czas. Ale na pewno cieplejszy. To już jakiś plus.
W każdym razie do utopii pozostało jakieś pół roku. To co robić teraz? Przeczekać? Przezimować? Potem i tak się okaże, że moja wyśniona utopia, to po prostu mniejsze zło.
Najgorzej to mi wieczorem przy tym słabym świetle lampki, kiedy nie wiem, co ze sobą zrobić. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że najlepiej zająć się teraz sprawami bieżącymi tj. maturą i muzyką. Ale ja chyba jestem taka, że muszę mieć jakiś poboczny problem w międzyczasie. No inaczej nie potrafię.
***
Gdzie jesteś? Chodź tu, pobawmy się. Mam dziką ochotę się pobawić.
Na wiele rzeczy mam ostatnio dziką ochotę.
Słabo tak umrzeć jutro.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

egoiści, altruiści

Długo się zbierałam, żeby napisać coś na ten temat. Owszem, napisałam, nawet kilka dni temu na j. polskim (a co? może miałam notować?). Ale właściwie, gdybym chciała powiedzieć wszystko, to zajęłoby to dobre kilkanaście stron A4. I tak boję się, że nikt się nie pokusi o poczytanie tej notki z powodu jej zniechęcającej długości.
Zainspirował mnie konkretny komentarz i wcześniejsze zdarzenia. Zawsze powtarzałam, że ludzie są egoistami, mniej lub bardziej, ale są i nie może być inaczej. Jednak teraz wydaje mi się ten fakt jeszcze bardziej przerażającym.
Bardzo często po wygłoszeniu przeze mnie tej strasznej tezy oraz dodaniu równie druzgocącej "Tak naprawdę zawsze jesteśmy sami" rozmówcy się oburzają. Ale jak to? Ja nie jestem. Nieprawda.
Jednak po wyjaśnieniu większość się zgadza, niektórzy idą powtarzać nieprawda. Żeby się pocieszyć?
Oczywiście, może ten nasz naturalny, ludzki egoizm, bez którego właściwie by nas nie było (dobór naturalny, instynkt samozachowawczy bla bla bla) nie jest zgodny z naukową definicją. Ja jednak przyjęłabym, aby była jasność, egoizm jako stawianie na pierwszym miejscu własnego dobra. I teraz powiedzcie, kto tego nie robi? Kto nie stara się przede wszystkim o swoje własne szczęście, na które składa się, począwszy od kąta do spania i czegoś do jedzenia, kończąc na szeroko rozumianej samorealizacji (piramida Maslowa - przynajmniej coś zapamiętam ze szkoły)? Większość naszych działań powodowana jest chęcią uszczęśliwienia samego siebie. Oczywiście, po drodze zdarza nam się dbać o szczęście drugiej osoby. Oczywiście, że każdy normalny kochający rodzic w pierwszej kolejności nakarmi swoje dziecko. Jesteśmy zdolni do wielu wyrzeczeń i poświęceń na rzecz kogoś innego (nie każdy ; /) i to jest naprawdę piękne, tak powinno być. Tym różnimy się od zwierząt, które dbają o swoje potomstwo, czasami o oddają życie za osobniki spokrewnione (w szczególności pszczoły), my jednak możemy zapominać o sobie na rzecz osoby, do której się przywiązaliśmy.
Ale nigdy czyjeś dobro nie będzie ważniejsze od naszego własnego. Gdzieś istnieje ta granica, której nigdy nie przekroczymy. Może kiedyś będę mogła powiedzieć, że skoczę za kogoś w ogień. Wszystko jest ok do momentu, gdy twoja chęć poświęcenia jest doceniona i odwzajemniona. Problemy zaczynają się, gdy trafiamy na ludzi, których, może trochę hiperbolizując, nazwę pasożytami. Na świecie jest masa osób, które mają inne priorytety (to jedna z najsmutniejszych rzeczy, które usłyszałam). Dla nich od ciebie ważniejsze może być najgłupsza rzecz. W mojej hierarchii na pierwszym miejscu są ludzie, później wszystko inne. Ale niestety, nie każdy ma tak ukształtowany system wartości. I stąd biorą się tragedie. Nie wiem, czy gdyby podzielić wszystkich ludzi na takie 2 grupy, nie byłoby nas po równo. W każdym razie "inne priorytety" zdarzają się często, najgorzej, że nie są odizolowani od "tych drugich". Nie, są synami, córkami, mężami, żonami, partnerami...
Ludzie-pasożyty nas wyniszczają. Mogą milion razy obiecywać, że się zmienią, mogą też nie dostrzegać problemu. Nie ma to znaczenia, zawsze jest tak samo. Zawsze doprowadzają nas do poczucia bezradności, rozpaczy, płaczu. Niektórzy są tak zniszczeni, że wydaje się, że nie rusza ich ból. Ale niedotrzymana obietnica, cios od osoby, którą się kocha za każdym razem zaboli. Tak samo.
Więc co w tej sytuacji zrobić? Każdy rozsądny powie ci, żeby to zakończyć. Przestać kochać. Zostawić pasożyta samego. Odejść i być szczęśliwym, gdzie indziej. Jeszcze jedna rzecz, którą niedawno usłyszałam: "Jesteś najważniejsza". No właśnie. JA - osoba, której poświęcam najwięcej czasu i pracy, nie uważam, że kocham, ale staram się, żeby żyło się jej jak najlepiej. Trzeba być szczęśliwym.
Ale właściwie... to po co? Po co mam być szczęśliwa? Prześladuje mnie ten czasownik pierwszej osoby, liczby pojedynczej, nie mogę już tego znieść. A może należałoby się zostawić gdzieś? Zapomnieć o sobie? Kochać bezgranicznie, dawać się wykorzystywać, poniżać, być podnóżkiem, cierpieć? Być dla kogoś, nie dla siebie i nie czerpać z życia przyjemności?
Absolutnie nie chcę tego robić, ale przygnębia świat. Jeśli bóg istnieje, to muszę powiedzieć, że beznadziejnie to wszystko jest skonstruowane (bluźnierstwo?). No ale trzeba przyznać, że trzyma się kupy. Najbardziej mnie przygnębia ta nieunikniona, wszechobecna samotność. I to, że przestajemy kochać. Że czasami okoliczności do tego zmuszają i trzeba żyć dla siebie, a fajnie żyć dla kogoś, fajnie jest kochać. Są ludzie, którzy się oddali całkowicie w cudze ręce - to żywiciele, którzy nie pozbyli się pasożyta (jako przykład do głowy przychodzi mi tylko Sonia Marmieładowa, a to przecież postać fikcyjna). Przegrani?
A kim jest wygrany?
Kiedyś myślałam, że w życiu chodzi o szczęście, ale teraz zupełnie nie wiem.
O co chodzi w życiu?
***
To i tak nie wszystko, co chciałam powiedzieć.
Było fajne pogo, ale za krótko.
Ja to jestem bardzo dobra, strasznie kocham ludzi. To dość destrukcyjne. Tyle do naprawienia, do roboty.

piątek, 14 grudnia 2012

intermezzo

Chciałam napisać o egoistycznej i chorej naturze człowieka, ale nie mam czasu ; D W takim razie powiem tylko, że, jeśli to kogoś obchodzi, tego egzaminu nie dało się nie zdać. Jednak gdyby się dało, to chyba bym nie zdała.
Oczywiście nie jestem jednym z tych utalentowanych muzyków, którzy grają na koncertach nokturny Chopina lub cokolwiek innego, którzy jeżdżą na przesłuchania i warsztaty, którzy mają zadatki na Rafała Blechacza albo jakiegoś genialnego Japońca (wybaczcie, moja znajomość pianistów jest śmiesznie mała). Ale myślę, że tak naprawdę to coś tam umiem i bardzo się staram, bardzo to lubię. I chciałabym kiedyś ucieszyć się ze spełnionego obowiązku, z dowodu ciężkiej pracy, wysiłku, jeżdżenia do tej muzycznej, kiedy jest ciemno i zimno i ćwiczenia do 22. Jednak mojej interpretacji, czasem uważam ciekawej i prawidłowej, nie może usłyszeć nikt poza mną, moją rodziną (nie znają się) i moją nauczycielką. Nie jestem w stanie nawet pokazać czegoś, co rzeczywiście umiem. Ludzie nie mogą usłyszeć, ile wkładam w to serca i jak się staram. I może nie jest to dla nich jakaś wielka strata, ale ja osobiście, chciałabym. Chciałabym, żeby usłyszeli, to co ja, gdy gram.
Nie dobrnęłam do końca zajebistej fugi (Bach w ogóle jest świetny), jednak podobno nie było tak źle. Jak weszłam do sali, gdzie była komisja, to nie mogłam opanować drżenia rąk. Dobra, zawodową pianistką nigdy nie będę, nawet chyba nie chcę. Ale chciałabym po prostu nie być taka na szarym końcu, nad którą trzeba się zlitować i przepuścić do następnej klasy. W ogóle wiele rzeczy muszę w sobie poprawić, a z tym stresem do naprawdę nie wiem, co zrobić.
Dobra, chuj, kogo to obchodzi. Następna będzie o chujowości życia, czyli temat wszystkim znany i lubiany.
Idę na Weihnachtsoratorium! 

wtorek, 11 grudnia 2012

ciąg dalszy kiedy indziej

Ależ mi się chce spać. Więc dlaczego się nie położę? Bo gdybym w tej chwili poszła spać, to nie zrobiłabym obowiązkowego minimum trzech zadanek z matmy i kolejnych trzech z chemii, nie wkułabym kilku słówek z angielskiego i nie poćwiczyłabym gramatyki. Zapierdalam jak wół, naprawdę się nie obijam, a i tak nie realizuję minimum. Za mało, za mało, za mało. Ale niedługo skończę tę szkołę, zdam maturę z matmy rozszerzonej na 112% (100 to za mało), odpocznę, żeby od następnego roku zapierdalać gdzie indziej, jeszcze więcej, żreć tynk i studiować kierunek, z którego a. wyleją mnie, b. sama stwierdzę, że się nie nadaję, bo jestem głupia, c. zostanę nawet inżynierę, ale potem nie będę miała, co ze sobą zrobić, bo w tym kraju nie ma pracy i jeszcze wariant d. zostanę nawet inżynierę, ale potem dojdę do wniosku, że jestem humanistą. Co by nie było, to i tak spierdolę swoje życie, bo inaczej się nie da. I to nawet nie wynika z mojego urojonego indywidualizmu (z którego się leczę), ale wszystko w ogóle prowadzi do śmierci i tyle.
Na tym zakończę ten bełkot na razie. Wrócę we czwartek najwcześniej, jak już dowiem się czy mogę kontynuować naukę w szkole muzycznej. Jakie to przykre być na tyle utalentowanym muzykiem, matematykiem, humanistą i specjalistą w każdej dziedzinie. Zapierdalasz ile wlezie, a podobno robić wszystko to tak naprawdę nie robić nic.
Ale ja nie umiem się poświęcić jednej dziedzinie, nawet dwóm lub trzem. Wszystko lubię. Jednak biologii nie zdzierżę. Fuuuj.
Zdać egzamin, zdać egzamin, zdać egzamin.
Ze środy na czwartek się wyśpię. A później to już będzie z górki - filharmonia, acid drinkers, święta (sprzątanie i żarcie).

czwartek, 6 grudnia 2012

będę śmiać ci się w twarz

Przede mną szczęście. W końcu je widzę. Przez cały czas szukałam go na zewnątrz, teraz wiem, że jest w środku, we mnie. Zapomniane i zanegowane, ale uwolnię go. Uratuję siebie, bo warto. I choć czeka mnie wiele trudu, chociaż może nie wiem, jak się do tego zabrać, to będę próbować z całych sił. Myślałam, że tylko ktoś inny może mnie naprostować i uszczęśliwić podczas gdy wszystko zaczyna i kończy się na mnie. Kiedy wszyscy odejdą, zostanę ja. Więc muszę nauczyć się żyć ze sobą. Rozumieć i kochać. A jeśli ja mogę siebie kochać, to kochać mnie może również ktoś. Nie na odwrót.
Może to prawda, którą wszyscy znają, a ja dopiero odkrywam. Ale pamiętajcie. Ty i tylko ty. Jesteś najważniejszy. I piękny. Powiedz to sobie i uwierz. A wtedy wszystko zacznie się układać.
Nadejdzie równowaga i harmonia. Może być tylko lepiej.
Przepraszam za to, co zrobiłam. Już nie będę. Koniec.
; )

poniedziałek, 26 listopada 2012

Trochę o kobietach sukcesu i ludziach z krwi i kości

Dziś zaszalałam - zgłosiłam się do prezentacji z biologii. Potem uświadomiłam sobie, że będę musiała ją zrobić. Zabolało.
Ból, ból, ból. Wymyśliliśmy na to różne tabletki, mniej lub bardziej stężone roztwory, proszki, płyny, ziółka. Wszystko powinno być very cacy, ale tak naprawdę mam nadzieję, że nigdy nie wynajdziemy takiego środka, który likwidowałby ból. Jest potrzebny. Świadomość, że to, co nas spotyka, dobre, czy złe, ma swój cel, pomaga. Może nawet znieczula. Konieczność zajścia pewnych zdarzeń dostrzega się dopiero dużo później. Trzeba swoje wypłakać, wycierpieć, przeboleć. Na to nie ma lekarstwa. I nie powinno być. W innym wypadku nie czulibyśmy fantastycznego kontrastu między "dobrze", "umiarkowanie" a "źle". Nie docenialibyśmy malutkich zwrotów akcji, nieśmiałych uśmiechów z nadzieją na coś więcej, życzliwych uwag, ciepłych spojrzeń. Dlatego to, co jest dobre z perspektywy czasu jest jeszcze lepsze, fantastyczne, jest chwilą uniesienia, w pamięci pielęgnuje się te chwile jak najdroższy skarb. Dlatego też tak ciężko się z nimi rozstać, porzucić nadzieję na kolejne "przyjemnie", postanowić szukać nowych wspomnień zupełnie, gdzie indziej, choć przecież zagrzaliśmy tu miejsce, bywało dobrze, ciepło, wcale nie chcemy nowego.
To dobrze, że nas boli. To znaczy, że czuliśmy, bardzo, że coś się stało. Miłego. Nie ma róży bez kolców, tak?
Ewoluujemy. Gdy przestaliśmy mieć problem ze zdobyciem pożywienia, znalezieniem legowiska, nadeszły inne. Musimy radzić sobie ze zdarzeniami, przystosować się do życia, gdzie mamy szkołę, studia pracę. Gdzie przełom nie może nas wytrącić z równowagi. Gdzie trzeba funkcjonować cały czas tak samo, nie zwalniać, ewentualnie przyspieszać, uśmiechać się, żartować, bawić. Żyć. Bądź gotowym na najgorsze i nie pozwól wybić się z rytmu. Odpieraj pogardliwe spojrzenia, nie przejmuj się komentarzami i wyjaśnij to sobie sam.
Na drodze takiego przystosowania do życia, co gorsza do życia w społeczeństwie, powstały kobiety sukcesu. Cyniczne, opanowane, odważne, wyprostowane. Wydaje ci się, że nic nie może ich złamać. Im samym się tak wydaje. Śmieją się z tego, czego pragną najbardziej, wypluwają ładne słowa, nie okazują słabości. Ale są to tak naprawdę Amy - najsmutniejsze dziewczyny na świecie, słabe, rozbite w środku, na zewnątrz twarde i poukładane. Boją się przyznać do własnej słabości, a za słabość uważają uczucia. Ogarnięte są panicznym strachem przed bólem, dlatego nie próbują, nie ryzykują.
Jednak sztuką jest być człowiekiem z krwi i kości. To postawa najsilniejsza i najodważniejsza. Człowiek z krwi i kości czuje do granic możliwości. Potrafi kochać bardzo mocno, ale jednocześnie ból uderza w niego ze zwiększoną siłą. Ale on się nie boi. Zawsze ryzykuje, bo wie, że warto. Bo mu zależy. Po upadku wstaje coraz silniejszy i spogląda na przyszłość z nadzieją. Nie brakuje mu rozsądku, jednak nie zawsze go słucha. Popełnia błędy. Żyje z pewnością, że się starał, że zrobił wszystko, co się dało, żeby było "dobrze". Nie wszystko niestety zależy od jednego, małego człowieka. Nie wstydzi się uczuć. Bo czego tu się wstydzić? Chęci? Zaangażowania?
Człowiek z krwi i kości może wygrać. I wygrywa, choć nie za każdym razem.
Kobieta sukcesu nie wygrywa.
Chcę być człowiekiem. Zwyczajnym. I szczęśliwym.
***
Jesteśmy z Ciebie bardzo dumne. Dojrzałaś i wciąż dojrzewasz. Wygrasz.

piątek, 23 listopada 2012

kiedy powiem sobie dość?

Siedzę w moim małym pokoiku. Jest bałagan, straszny bałagan, który przeszkadza mi w codziennym życiu. Robię stosiki z książek, układam, próbuję tu posprzątać. Wyciągam zdjęcie z szufladki zamykanej na klucz, choć wiem, że niedługo znowu je podrę, schowam, by potem sklejać i tak miliony razy.
Nie mam na tyle odwagi, żeby nie trzymać się kurczowo tego, co sprawia mi niewyobrażalny ból. Ale jest to uzasadnione. Mam silną potrzebę głęboko w środku, żeby udowodnić sobie, że potrafię, że jestem silna, że ja też mogę, zasługuję, należy mi się. Poukładać wszystko, żeby wyglądało dobrze lub chociaż przyzwoicie. Utrzymać taki stan przez chwilę, przez pewien czas, który w przyszłości nazwę "więcej niż krótko". Nie pozwalasz mi, a wcale nie chcę tak dużo.
Staram się z całych sił. Co rano zaciskam zęby, przygryzam wargi i ćwiczę uśmiech przed lustrem, wierząc, że kiedyś nie będę musiała udawać. I za każdym razem spotyka mnie rozczarowanie, gdy przypadkiem myśli schodzą na niewłaściwy tor.
Budzę się i okazuje się, że ktoś porozrzucał kawałki szkła na podłogę w moim pokoju. Niezliczone odłamki, którymi kaleczę sobie stopy. Mimo iż usiłuję się ich pozbyć, zawsze zostają, a wydaje mi się, że wręcz ich przybywa.
A może ja sama się krzywdzę? Może to ja nieświadomie zastawiam na siebie pułapki?
Dobrze, wiem, co należy zrobić. I dobrze, wiem, że tego nie zrobię.
Obejrzyjcie sobie "Kobiety pragną bardziej".

czwartek, 8 listopada 2012

Ile razy w życiu umierasz?

Cmentarny czas już minął, ale mnie właśnie teraz naszło na refleksje z  nim związane.
Nie odwiedziłam zwyczajnego cmentarza, za to odwiedzam co jakiś czas inny cmentarz. Jak każdy. Są rocznice, miesięcznice, a czasem też bez wyraźnego powodu odkurzamy pamięć. Nogi same niepostrzeżenie krętymi ścieżkami, umysłowymi labiryntami prowadzą nas do twojego indywidualnego, najsmutniejszego miejsca. Nagle orientujesz się z nieukrywanym smutkiem, że znów tu jesteś. Cmentarz - otwarta zardzewiała furtka, wieje wiatr, jest mgła, zimno, nieprzyjemnie.
Do twoich uszu powoli zakradają się pierwsze takty marszu pogrzebowy Chopina. Zapalasz świeczkę na jednym z grobów. Za kim dziś zatęsknisz?  Przysiadasz na spróchniałej ławeczce. Może nawet z przyzwyczajenia składasz ręce do pacierza. Jednak tu nie masz, za co się modlić. Czekasz aż łzy same popłyną. Obmywasz nimi tę mogiłę twojego małego, ziemskiego raju, który tak bezlitośnie przeminął. Kto tu leży? Czy to stara, zardzewiała jednak, martwa miłość? Piękna idea? Nadzieje, uczucia? Może ludzie, którzy dawno umarli, choć chodzą przecież po ziemi i może nawet mają się dobrze. Ale nie dla ciebie. Ty już ich pochowałeś, prawdopodobnie z wzajemnością. Bo tak się potoczyło. Rzeczy, które były twoim wszystkim, całym skarbem, znieczuleniem. Teraz zostały po nich jedynie kopce, tabliczki, płyty grobowe z wieńcem uschniętych kwiatów. A one same rozkładają się powoli i boleśnie głęboko pod ziemią, wydzielając nieznośny odór.
Na fortepianie zmieniła się tonacja, a ty uśmiechasz się, wspominając jak było dobrze. Jedynie po to, by przypomnieć sobie, że BYŁO. I nigdy już nie będzie, nie wróci, minęło. Nie możesz odkopywać tego, co już nie żyje. Musisz się z tym pogodzić.
Śmierci w naszym życiu zdarzają się często. I trzeba znów skierować swoje kroki na cmentarz. Urządzić wielką ceremonię pogrzebu z orkiestrą symfoniczną. Z ogromnym żalem pożegnać się, raz na zawsze. I długo jeszcze trwać w żałobie. Przychodzić tu w każdej chwili aż nowy grób będzie najjaśniejszym, najbardziej zadbanym, płonącym tysiącami zniczy miejscem na cmentarzu. Wydaje mi się, że pora już wykopać nowy grób.
Wśród mogił na samym skraju cmentarza jest też wyjątkowy grób. Wielki dół z najdroższą trumną przygotowany specjalnie dla ciebie. Są takie momenty, gdy zachodzisz przy okazji i tam. Jesteś wtedy w swoim najlepszym, najelegantszym ubraniu. Przygotowany na bal, na niewyobrażalne szczęście zamiast na salę balową trafiasz jednak na cmentarz. Choć to niewyobrażalnie bolesne, to każdy z nas ma potrzebę śmierci. Wchodzimy do własnej trumny, kładziemy się razem z naszym misiem - pocieszycielem, matką głupich. Trzeba czasem popełnić rytualne seppuku i zabić nadzieję, przeżyć swoiste katharsis. Pluszowy miś ma już wiele ran, teraz świeżą lecz wszystkie inne są załatane. Trzeba poleżeć i tępo popatrzeć na brzydkie niebo. Skonfrontować się z rzeczywistością. Musimy umierać, żeby potem znowu żyć.
Gdy już odleżysz swoje wyjdziesz z własnej trumny, zostawisz misia. Zamkniesz za sobą furtkę. Pójdziesz bez zamiaru powrotu. Ale jeszcze wiele razy tu wrócisz. Wiele razy przeprosisz się z pluszową zabawką i pozaszywasz jej rany. Wiele razy masochistycznie odświeżysz pamięć o swoich wszystkich zmarłych, nie tylko ludziach. Wiele jeszcze razy, uklękniesz, zapłaczesz i wpadniesz prosto to do trumny. Umrzesz. I powstaniesz. Jednak pociesz się myślą, że kiedyś zamknie się wieko trumny, zasypią się piachem i zaleją cementem. W końcu zaznasz spokoju i już nigdy nie zmartwychwstaniesz.
I jeszcze wesoły akcent:


"Dobra rada dla tych, którzy się starzeją:
Niech zacisną zęby i z życia się śmieją.
Kiedy wstaną rano, "części" pozbierają,
Niech rubrykę zgonów w prasie przeczytają.
Jeśli ich nazwiska tam nie figurują,
To znaczy, że zdrowi i się dobrze czują."

Myślę, że pani Szymborska źle się dziś czuje.


środa, 7 listopada 2012

na szybko

Dziś mało i do konkretnego adresata lirycznego, ale mam ochotę napisać. Może to coś da. Nie, nie da.
Tak więc:
Bardzo Cię proszę, bądź choć raz po mojej stronie. Ten jeden raz mi wystarczy. Potem nic od Ciebie nie chcę, potem zawłaszcz sobie mnie do niemożliwości. Ale proszę, ten jeden raz. Bądź po mojej stronie. Bo nigdy nie byłaś, a na pewno nie zauważyłam, żebyś była. Bo w mojej pamięci zawsze jesteś na przeciwko ze skrzyżowanymi rękoma, naburmuszona na mnie, bo zrobiłam coś złego. Chociaż resztki obiektywnego rozumku mówią mi, że to wcale nic złego, że to chora paranoja, propaganda, indoktrynacja.
Zawsze antagonistycznie, nieprzychylnie, zimno było z Tobą.
Proszę popatrz dziś w nocy na mnie - skuloną, zniżoną, zdesperowaną i proszącą. Proszę, nie neguj, nie wyśmiewaj, nie krytykuj. Ten jeden raz, później już nic nie chcę od Ciebie.
Bardzo Cię proszę, jeśli chcesz dla mnie "dobrze", bo ostatnio wszyscy chcą dla mnie dobrze. Ja też chcę dla siebie dobrze, pozwól mi zdecydować. Pozwólcie.

wtorek, 23 października 2012

kombinatoryka

Z niezliczonej liczby ludzi, milionów kombinacji, życie wybiera ci najchujowszą z możliwych opcję. Oczywiście jest to twierdzenie subiektywne, gdyż z perspektywy czasu możesz zobaczyć, co rzeczywiście było najgorsze, kto miał gorzej, a kto lepiej. Jednak w tej obecnej chwili, kiedy patrzysz na pogmatwaną sytuację, która tak właściwie wcale nie jest taka skomplikowana, wtedy to ty masz najgorzej, a wszyscy inni lepiej. Ty zapierdalasz pod górkę ze swoim tobołkiem doświadczeń i wielkim ciężarem problemów jak mityczny Syzyf. Wszyscy dookoła wiedzą, że twoja misja jest niewykonalna, powiem więcej - nawet ty wiesz jak obrany cel jest absurdalny, niedorzeczny a szczególnie fizycznie niemożliwy.
Ale to nic. My z ironicznym pewnym uśmiechem pokazujemy wam wszystkim trzeci palec. "Nikomu się nie udało, więc mi się uda." - myślimy sobie, maszerując na szczyt stromej górki, dźwigając nieproporcjonalny do naszego wzrostu kamień. My jesteśmy tacy wojownicy, którzy zaprzeczają światu i śmieją się z niedowiarków.
Lecz gdy tak w podskokach, z tym kamieniem sobie idziemy, to ów potężny głaz stacza się i uderza prosto w ciebie. Masz oczywiście moment załamania, oczywiście wyrzucasz sobie, że można było temu zapobiec, że trzeba było posłuchać ludzi i siebie. A niedawno jeszcze, przed sekundą tak pięknie było. Jednak to przez chwilę tylko, przecież my się nie poddajemy i równie dobrze możemy wyrzucić tobołek doświadczeń, który tylko sprowadza niepewność w tym dzielnym uśmiechu.
Następnym razem kamień uderzy ze zdwojoną siłą. Może kiedyś się złamiesz, może kiedyś porzucisz bajki, a może nic nie jest w stanie cię złamać. Wiem jedno - na końcu będziesz bardzo zniszczony i poobijany.
Ale co mam ci powiedzieć? Mam powiedzieć przestań? Nie potrafię. Nie potrafię, bo nawet w tym "przestań", gdzieś pomiędzy literkami ukrywa się złudna nadzieja, a mówiąc "złudna" chciałbyś, żeby złudna nie była. Oszukujemy siebie samych, ale nigdy tak naprawdę się nie dowiemy, czy jeśli się nie da, to się nie da? Po prostu nie? Tak zwyczajnie, bez finezji i wesołości?

środa, 17 października 2012

przejedźmy się

Boję się bardzo być krucha jak ciasteczko, taka łatwa do rozdeptania. Ostrożnie trzeba ze mną i delikatnie się obchodzić.
Bardzo się boję, choć podobno nie ma czego, choć podobno bez ryzyka nie ma zabawy.
Jednak jest mi całkiem wygodnie tych wieczorów pewnych, że tak dobrze, pewnych, że mam. Gdy odpoczywam zawsze przy tej samej piosence, myśląc, że nadejdzie, że będzie - nie tylko w mojej głowie.
I dziwnie mi przed południem na lekcji polskiego, kiedy rozwiewa się pewność dnia wczorajszego. Kiedy się zapętlam w pytania: czy chcesz? czy może nie chcesz? czy nie chciałabyś zechcieć? Niech już będzie wieczór.
Nie wiem absolutnie, czasem miewam wątpliwości, okresowo tracę głowę.
***
I was born without you, baby
But my feelings were a little bit too strong
just a little bit too strong...

poniedziałek, 8 października 2012

sinusoidalna krzywa nastroju

Brnijmy dalej w czarną dziurę. W przestrzeń, gdzie nie ma przyszłości. Bo nie można, bo tak ciekawiej i przyjemniej. Chociaż wiem, bardzo dobrze wiem, że bez sensu, że gdyby ta tylko jedna, ale niemożliwa do przeskoczenia przeszkoda... To może byłoby inaczej.
Jednak dziwnie byłoby przestać. Jednak jak już się przyzwyczajasz do pewnego stanu, to ciężko się z tym rozstać. To nie można, to się nie chce wyobrażać, co by było, gdyby to wyplenić. Lepiej nie podejmować decyzji, być po środku, co właściwie też jest jakąś decyzją. Nie wiem, czy nie najgorszą z możliwych.
Czy coś tak ładnego może być najgorsze, destrukcyjne i bezsensowne?
Nie lubimy decyzji. Tak nie jest dobrze, ale jest przynajmniej. Jest dobrze i źle, na dole, na górze - kreśli się sinusoida nastroju. Sięgam dna, by wzbić się w górę.
Jaki ze mnie niemożliwie beznadziejny ekstrawertyk.

niedziela, 30 września 2012

modlitwa

Wyćwiczę moją niecierpliwość i marudność i słabość. Bo nie lubię łatwiejszych rozwiązań. Bo będzie ciężko, ale będzie.
Bardzo proszę, żeby się jakoś udało, co się ma udać. Żeby troszeczkę ode mnie zależało. Żebym wytrzymała. Żebym się pozbierała i uśmiechnęła. Żeby mama wyjechała po świętach i żeby czas był rozciągliwy i leniwy wtedy, kiedy trzeba.
Bardzo cię proszę, mała dziewczynko i duży chłopcze. Bardzo cię proszę, ty, który masz wpływ na to, co się dzieje.
Może tak naprawdę to niczego nie zmieni.

niedziela, 23 września 2012

nie wiem nic

Co jakiś czas. Znowu. To samo.
Te same tkliwe piosenki w odtwarzaczu.
Te same leniwe niedziele pod tytułem "nie wychodzę z łóżka".
Te same wyrzuty, że nie robisz tego, co należy.
Ta sama beznadziejność w każdym zakamarku pokoju.
Te same tłukące się myśli o kości czaszki.
Te same rozczarowania i niepewności.
Te same powroty do codzienności z pytaniem "po co?"
Przekonanie, że nie ma dokąd wracać i że tak naprawdę, czego bym nie robiła, nie będzie.
Nie będzie miejsca nigdzie takiego, do którego mogłabym i chciałabym wrócić.
To miejsce będzie zawsze chorym urojeniem mózgu. I niczym więcej.
Za każdym razem ciężko mi się pożegnać i zacząć znowu to, co należy. Wykonywać zwykłe czynności. Żyć przeciętnie, bez finezji, ale tak, jak trzeba. Ciężko mi porzucić domek z piernika polany lukrem, który istniał tylko w głowie.
Trzeba żyć tu i teraz i nigdzie indziej i liczy się to, co realne i co można i się da.
W normie, w normie, norma jest dobra.
Przynajmniej jest stabilnie. Muszę... się podnieść.

sobota, 15 września 2012

nie warto chcieć

Zamykam ledwo otwartą książkę. Zdążyłam tylko przejechać po zapisanych stronach. Już ją zamykam z hukiem. Niech się zakurzy i zginie, gdzieś w zakamarkach. Zapowiadała się ciekawie, ale nigdy nie wiadomo, jakby akcja się rozwinęła. Może nie według moich oczekiwań, może czułabym się źle po przeczytaniu książki. A teraz nie wrócę już do niej, położę na najniższą półkę świadomości.
Ja wiedziałam, że nie warto, ja wiedziałam, że trzeba czytać lektury, to co wszyscy. Nad łóżkiem bykami napisane NIE ZAJMOWAĆ SIĘ PIERDOŁAMI!!!!!  podkreślone wiele razy. Ja nie słucham się nawet siebie. A może mam jednak trochę więcej opanowania i siły.
Przede mną ciemno, jak zwykle, ja wiedziałam, że się tylko przeliczam, a potem jest niedobrze. Tak już bywa, niestety.
Zawsze po imieniu i nazwisku będę mieć jeszcze jedno - Głupia. Może kiedyś zapamiętam lepiej i  nie będę się kretyńsko uśmiechać.
Chujowo z mojej strony. Nie zajmować się pierdołami. Wszystko w normie.
Tylko, że dla mnie nie ma "nie mogę". Jak chcę, to mogę. Ale chyba nie warto chcieć.

wtorek, 11 września 2012

błędy

Tak mało znam słów i tak mało wiem. Tak mało widziałam i przeżyłam. Nie nauczyłam się wiele, a zazwyczaj zapominam o tych cennych naukach. Jestem malutka, ale nie różnię się od was. Bo wy też nie wiecie, bo wy też jeszcze nie macie kontrargumentów dla sumienia. Wymagajcie od siebie troszeczkę mniej, a dogonię was moim powolnym chwiejnym kroczkiem. Ale i tak patrzycie na mnie jak na śmieszną mróweczkę, na którą spadła kropla wody.
Tak dużo wody, tak mało mnie. Trzeba się nauczyć pływać, bo na razie nie mogę wyjść na ląd.
Mnie się wydaje, że wszyscy nagle obrali inny kierunek niż ja. Założyliście te anonimowe maski z głupimi, fałszywymi uśmiechami. Ale może to nie było warto. Może dobrze się stało, że źle się stało, chociaż w sumie nic się nie stało. Gnijcie ze sobą, powodzenia. Mnie już tu nie ma. Ja jestem gdzie indziej, daleko stąd.
Niosę ze sobą malutki woreczek zarzucony na kij. Ja jestem włóczykij, chodzę sama, ale nie wiem, czy z wyboru. Zawsze zbaczałam ze ścieżki, ale na ścieżce był ktoś jeszcze, zauważyłam, że nie ma, wszyscy poszli gdzie indziej. Zboczyłam jeszcze bardziej. Ale ja zawsze wracam. Nigdzie sobie nie poszłam. Choć zaczęłam myśleć, że może już pora. Nie wiem, czy jest taka pora.
Idę dalej, spróbuję wiedzieć, gdzie jest nieprzekraczalna granica. Nie chodzić po najwęższej nitce, bo nawet te buty nie chronią przed upadkiem. Ja się potrafię potknąć o własne stopy przecież.
Idę, tam, gdzie idę, jest tylko ciemno, nie ma jasnych punktów. A kogo czeka coś dobrego? Najlepsze to, czego się nie spodziewasz, nie spodziewaj się dobrego.
Już dawno porzuciłam głupie nadzieje, a może to nie były nadzieje, bo wszystko lepsze niż to. Ale nieprawda, tu jest w normie. Przez pewien czas musi być stabilnie, choć to takie nie moje.


niedziela, 9 września 2012

głupie

Spójrz. Nie masz nic, a opowiadasz jak zwojujesz świat, jak wejdziesz na najwyższy szczyt i na wszystkich będziesz patrzeć z góry. Ale to ty jesteś nieudacznikiem, umiesz tylko powiedzieć i stoisz w miejscu. Robisz takie dorosłe rzeczy, będąc jeszcze dzieckiem z niedoborem hormonu wzrostu, niedowagą i spaczonym spojrzeniem na rzeczywistość.
Ja bym chciała powiedzieć, że to nie moja wina. Że to JEJ I JEGO wina, tych, co się nie opuszczają aż do śmierci, ale nie mogą na siebie patrzeć. Ja bym chciała się usprawiedliwiać, bo przecież wszystko w porządku tylko to i tamto mi nie wyszło, tylko to zepsułam doszczętnie, tylko czasami coraz częściej bywam nieodpowiedzialna. Ja bym chciała mówić, że gdyby nie oni, to bym była najlepsza na świecie, to by mi się wszystko ułożyło i w ogóle byłoby fajnie.
I chociaż pępowina jest długa, może za długo to tylko przycięta, nieodcięta całkowicie, ciągnie się ze mną. Ale to moja wina, to ja zrobiłam to i nie zrobiłam tego i spieprzyłam jeszcze inne całkiem tamto. Przecież ja wiedziałam, że tego nie można, że nie baw się zapałkami, bo będziesz sikać w nocy, że nie chodź sama po ulicach w ciemności. Ja wiedziałam, ale my się nie boimy, nam nic się nie stanie, bo nigdy się nic w tym życiu nie dzieje. Przepraszam mnie, za głupie jesteśmy na swój wiek i śmieszne w dodatku, nikt nie traktuje nas poważnie, w sumie mają rację.
A to zawsze trzeba dobrze wybrać, choć nie wiadomo, co to dobrze, choć robimy zawsze na przekór. Ale może będziemy lepsi. I jeszcze lepsi. Będziemy, musimy.
Nie wiem, co ze mną, mogę mieć wszystko, a chcę akurat to konkretne tj. wydaje mi się, że chcę. A tak naprawdę to wszystkim wam mówię: nie można się zajmować takimi pierdołami, trzeba się wziąć za poważne rzeczy,  naukę na przykład.
Ale ja jestem zabawna.

środa, 5 września 2012

zbrukana

Kiedyś babcia mi mówiła, że nie muszę się spowiadać, bo nie popełniam prawdziwych grzechów. Prawdziwe grzechy popełniają tylko dorośli. A co to jest jak nie jestem dorosła i czuję wstręt do siebie? Już nie mogę sobie powiedzieć jaka jestem fair, a świat w stosunku do mnie niefair. Zalega mi paskudna wydzielina na sumieniu. Moje ciało jest lepkie, brudne i chropowate.
Biegnę do wodopoju, ale dla mnie zabrakło wody by się umyć. Ale umyję moje spierzchnięte, brzydkie dłonie i będę nienawidzić tej osoby trochę mniej.
Do tej pory jakoś było, nie wiedziałam, że choruję na jakąś niepoznaną chorobę. Bardzo niebezpieczną - gonitwa za niebezpieczeństwem. Jednak ode mnie zależy to, kiedy zaleję rozsądek kolejnymi porcjami napoju dla dorosłych.
Nocą ulice są złe, ale niektórzy myślą, że im nic nie grozi.
A lata mądrym nie czynią. Zniszczyłam miesiące pracy, ale naprostujemy się, naprawimy. Niestety, my uczymy się na własnych błędach, a potem rzygamy wczorajszymi zbrodniami.
Będzie lepiej, weź się w garść.


Przeprowadziłam eksperyment. Chyba nie wyszedł. Może pomyliłam odczynniki.
Bo wiesz, chodzi o to, żeby trafić na właściwą osobę, czas, miejsce, wilgotność powietrza, temperaturę, zachmurzenie, elektroujemność, nastrój, liczbę, barwę, wysokość, drgania fal dźwiękowych, chęci, środowisko, poziom upojenia, odporność organizmu, ścieżkę dźwiękową, tło wydarzeń i wiele innych czynników...

sobota, 1 września 2012

wydaje

Tak sobie spoglądam na ten księżyc. On się chowa i wygląda, jakby czegoś ode mnie chciał. Bo księżyc jest taki romantyczny...
Ale on nic nie chce, mi się tak tylko wydaje.
Mi się wiele rzeczy wydaje już po fakcie, że to, co powiedziałam, to mogłam powiedzieć inaczej. Że tak naprawdę chciałam, ale wtedy nie chciałam i już nie wiem...
Po fakcie to już wygląda inaczej. Wyrzucamy sobie, że można było inaczej... Ale wiesz, tak właśnie musiało być. Więc jeśli w tamtej teraźniejszej chwili powiedziałaś tak, to tak miałaś powiedzieć i nie mogło być inaczej.
Ja tak czasami sobie tęsknię, mi się wydaje. Bo wiesz, wtedy było inaczej, lepiej, wtedy były gwiazdy nad głową, a ja byłam obok.
Ale teraz  nie jesteśmy i nie będziemy nigdy i tak właśnie ma być. I będziemy sypiać we własnych łóżkach i nie będziemy się dzielić swoimi myślami. Tak będzie, tu jest moje życie, a tam twoje, wasze. Jesteśmy tacy uporządkowani i nieszczęśliwi. Bo nie doceniamy tego, co mamy.
Ty powiedziałeś, że nie wiem, czego chcę, a ja odpowiedziałam, że wiem, czego nie chcę. I dużo jest tego, co nie chcę, ale nie da się wykrystalizować tego, co chcę.
I tak będzie, będziemy osobno, przyjdą inni następni, wyciśniemy ich jak wodę z gąbki, zostawimy i pójdziemy dalej.
Mi się tylko wydaje, ale może wróć już, bo mi się tu nie podoba, bo jednak tam były gwiazdy na niebie, a księżyc mnie nie podglądał, może wróć, będzie niebezpiecznie.
Albo nie, niech będzie tak jak teraz, przynajmniej miło się wspominamy, pewnie ja ciebie milej niż ty mnie, bo taka już jestem
gorzka czekolada.

wtorek, 28 sierpnia 2012

krótko i nie na temat

Wróciłam z nie tak daleka, ale z nierzeczywistości. Z miejsca, gdzie nie ma mnie i Ciebie, gdzie mamy na imię Adam i Ewa, gdzie czas płynie inaczej zupełnie nierównomiernie i ciekawie. Nikt już tam nie spojrzy na Ciebie spod byka, tylko uśmiechnie się i zaproponuje pomoc, rozmowę.
Tam nie ma nas - naszej przeszłości chwalebnej, czy też nie, tam jest tylko ta chwila, gdzie się spotykamy i rozmawiamy aż nastanie zimny poranek.
Tam - to jest nieokreślone miejsce, to może być wszędzie, ale bywa rzadko.
Wróciłam z krainy nierealnej miłości, wrócę tam za rok do innego Adama i innej Ewy i będzie nam miło i będziemy myśleli, że nie chcemy, żeby to się skończyło.
Ale póki co jestem tu i tęsknię za ludźmi, których już nigdy nie spotkam. I jestem tu, gdzie wolą mnie kopnąć niż podać dłoń. Jestem tu, gdzie krzyczą, biją i krzywdzą. I wcale mi się to nie podoba.
Jednak myślę sobie, że tak musi być, że gdyby nie to, nie byłabym tym kim jestem. Oni myślą, że jestem słodka czekolada, ale ja jestem do granic możliwości gorzka. Gorycz przepełnia całą mnie, a oni o tym nie wiedzą, bo opakowanie niczym się nie różni od opakowań słodkich czekoladek z mdłym nadzieniem. Ja jestem zrobiona starannie i zahartowana. Nie rozpływam się w ustach, trzeba mnie mocno pogryźć, rozgryźć, ale ja profilaktycznie jeszcze bardziej twardnieję. Wpuszczam wam jad na wszelki wypadek. Zabijam was zanim wy zabijecie mnie.
Na froncie wojna, wygrywam.
A wy myślicie, że jestem słodka. Zawsze będę gorzka. Tak sobie myślę, kiedy na niebie są gwiazdy, czuję się wspaniale, gdy słyszę dokładnie to, co zawsze chciałam usłyszeć, gdy noc jest chłodna, ale mam twoją ciepłą bluzę i dłonie. Tak sobie myślę, że po co mi to wszystko. Ale ja tak mam, uśmiecham się z ukrytym smutkiem w kąciku ust. I muszę się karmić waszym oddaniem. I muszę na siłę uciekać jak najdalej i wracać za późno. Ja przepraszam, może nie muszę. Ale tak myślę. To mi pozwala zapomnieć, że tak naprawdę gorzknieję coraz bardziej i nigdy nie będzie mi słodko.
Cześć, znajdź mnie, to pójdziemy na piwo.

środa, 8 sierpnia 2012

żałośnie tak

Chcę odejść daleko na chwilę. Usiąść i wziąć głęboki wdech. I pomyśleć, że już po wszystkim i jeszcze przed wszystkim. A potem zganić się za użalanie, zapewnić, że będzie dużo gorzej, więc teraz nie jest źle.
Zawsze miałam takie jedno małe miejsce. Sama jak paluszek pytałam siebie, gdzie teraz chciałabym być. Gdzie i z kim? Jednak w tym momencie odpowiadam: nigdzie i z nikim. Na całym jebanym wielkim świecie. Z nikim. I nigdzie.
Chciałabym, żeby mnie nie było. Chociaż na chwilę. Jak to minie, choć to właściwie nie jest "to", to jest wręcz nic, pustka, próżnia, jednak niedźwiękoszczelna.
Sprytnie się zakamuflowało to coś, żebym pomyślała sobie "jest dobrze, a nawet bardzo. mam dużo, czego chcieć więcej". Po to, by znowu poczuć się naiwnym głupkiem. Bo nigdy nie mamy, nie mogę mieć ludzi, nie mogę ich mieć na każde zawołanie, każde złe samopoczucie, oczekiwać, że będą empatyczni, że się zainteresują i zrobią dokładnie to, co bym chciała, chociaż ja nawet nie wiem, co bym chciała. Tacy są ludzie, a jak mają dużo wolnego czasu, to z jakiegoś powodu wiążą się w pary. Mogli by przynajmniej coś urozmaicić, wiązać się w trójkąty. To jeszcze nie jest mainstreamowe.
Tak, to przez słońce.
Ja nie uważam, że każda jednostka powinna dążyć do związku. I może brzmi to jak wyznania starej panny, ale mam ochotę się porzygać od nadmiaru "miłości". Po prostu nikomu nie wychodzi to na dobre. Coś na zasadzie "życie jest złe, więc nie będę żyć". Przynajmniej się postaram. Innym też polecam.
Po co mi przyjaciele? Mam jedzenie. He he.

sobota, 28 lipca 2012

pobożne życzenia

Gdyby to co dla mnie całym światem nie było na niby...
Gdyby dla mnie na niby nie był twój cały świat...
Gdybyśmy nie udawali czy to przez przypadek, niechcący, przepraszam czy zaplanowanym groźnym krokiem z miną chcę cię zniszczyć...
Wiesz, wtedy byłoby całkiem znośnie.
Jednak nie jest. Wspomnienia gniją w wilgoci łez, w pozagryzanych wargach. Fermentują, boleśnie mija ich data ważności. Ty ciągle chcesz do nich wracać, dotykać ich, głaskać, ale nie. Teraz mają paskudny gorzki posmak zgnilizny. Teraz śmierdzą, cuchną, są lepkie, już nie te same. Zapytasz może z czyjej to winy podczas gdy ktoś inny obwinia ciebie o swoje zepsute wspomnienia.
A mogłyby zestarzeć się na tronie. Mogłoby być przyjemnie wracać zawsze to jedynego miłego miejsca. Mogłabyś je przytulać, wciąż byłyby piękne i miłe w dotyku. Gdyby to nie było na niby.
Ale to nie jest najgorsze, moje kochanie. Nie mówiłam tak dawno do ciebie, bo uparłaś się, że jesteś już duża, że już wiesz. Ale, malutkie moje, co jakiś czas trzeba się dowiedzieć, że nic nie wiesz. Trzeba się zanurzyć w otchłani bezradności. Skulić się jak niemowlę i zrozumieć, że jesteś samiusieńka i bezbronna. A później powstać z popiołu. Najgorsze jest to, co cię czeka. Każdy z nas musi to przeżyć. Tak już jest, mamy zgniłe wspomnienia, a rozsądkiem okazuje się niepoddawanie się emocjom.
Ale my tak nie umiemy, my jesteśmy głupie ćmy, co zmartwychwstają, by umierać jeszcze wiele razy.
Jesteśmy głupi i też cuchniemy. Czasem tylko zapukamy, czasem jesteśmy "na jeden raz" i ja i ty, czasem jesteśmy na kilka razy. Czy kiedykolwiek możemy tu być na zawsze, tak jak przysięgamy - przed sobą, przed tobą i przed tym, co nam się wydaje, że jest większy i lepszy?
Ja nie chciałabym budować ci domku z kart. Proszę, w miarę możliwości, nie rób tego mi.
Ja bym chciała mieć przynajmniej w nienaruszonym stanie
pamięć.
I tak zrobisz, co zechcesz, cześć.
***
There's no smoke without the fire
Baby, baby, you're a liar.
Tak, właśnie tak, też tak myślę, ja ciebie też.

środa, 11 lipca 2012

look how far we've gone

Spójrz, jak daleko zaszłyśmy, trzymając się za ręce. Podpierając się nawzajem, chociaż nasze nieszczęścia to tylko małe kamyczki w butach. Wmawiając sobie, że to nic złego, że tak być musi, jednak nigdy nie mówiłyśmy, że będzie dobrze. Dobrze. Czy jest taki czas w życiu kiedy człowiek bez spójników "ale" stwierdza "jest dobrze". Samo jest - słowo w trybie teraźniejszym, bardzo krótkie, jedna sylaba, jedno mgnienie. Co to jest teraźniejszość w ogóle? 
Porównuję rok temu, dwa lata, trzy już nie za bardzo pamiętam. Byliśmy jednak trochę innymi ludźmi niż teraz. Chodź zawsze mamy ten rdzeń przy sobie, to "ja" - dwie literki, w angielskim jedna, a w niemieckim trzy, to zawsze jakieś dostajemy dodatki od przyszłości, od innych towarzyszy niedoli. A potem porzucamy, zmieniamy miejsce, bierzemy, oddajemy i tak wciąż.
Rok temu, nie powiem, że było zupełnie inaczej, ale wiele się zmieniło. Gdybym nosiła zdjęcia w portfelu, powiedziałabym, że co najmniej jedno stamtąd zniknęło.
Rok temu nosiłam czarne soczewki.
Rok temu byłam o rok młodsza i o rok głupsza.
Dwa lata temu o tej porze już nie chodziłam za rączkę. W ogóle nie chodziłam, zaszyłam się na jakiś czas bardzo głęboko. Nie znałam tych, którzy teraz są moją rytualną (nie rutynową) codziennością.
Dwa lata temu nie napominałam się, że nie można użalać się nad sobą.
Dwa lata temu chciałam zrobić sobie krzywdę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Aż o dwa lata głupsza, a przecież wcale nie jestem mądra.
Trzy lata temu już ciężko sobie przypomnieć. Tak, wiem, że to byłam ja, ale ja nie taka. Trochę nijaka, głupiutka, naiwna, niesprecyzowana.
Na pewno nie wiedziałam, że nie można użalać się nad sobą.
Wtedy chyba jeszcze wyczekiwałam niemożliwego i lubiłam patrzeć na księżyc, myśląc, jak będzie wyglądało moje życie, gdy będę mieć 18 lat. Takie to było odległe.
A teraz? Teraz też spoglądam na księżyc. Przyszłość widzę otwartą i ciekawą. Zawrotną, myślę, że bolesną. Szaloną. Pamiętam, żeby się nie użalać. I zastanawiam się, jaka będę, mając 60 lat. Ja - babcia na bujanym fotelu, pisząca biografię i płacząca nad kartką. Może będę robić na drutach. Może będę rozmawiać z księżycem. A to przecież będzie tak szybko, tak niedługo, niemal jutro. I pomyślę sobie, że szkoda, że to już minęło, bo teraz jest najlepszy czas. Szkoda, że już nie mam 18 lat i jestem trochę inna. Szkoda.
Teraźniejszość - rzeczownik, bardzo bardzo krótka. Co będzie za rok?

czwartek, 28 czerwca 2012

list do m.

Ty masz mi za złe, że miewam nieświeży oddech, że wyrosłam ze starych sukienek. Mówisz, że choć noszę większy rozmiar i legitymację w portfelu, to jestem wciąż malutka. Głośno mi oznajmiasz, co zrobiłam źle, a czego nie zrobiłam, choć powinnam.
Wyrzucasz mi, że źle zaintonowałam "wszystkiego najlepszego" do mojego tatusia, a ja odpowiadam Ci, że to nie jest tatuś. Już tylko sobie, cichutko oznajmiam - tatuś był, już dawno go nie ma. Nie wiem, dlaczego trzymasz się mocno tego twierdzenia, że ta osoba, do której w zamierzchłych czasach mówiłaś "kochanie" to mój tatuś. "Ojcostwo jest zawsze domniemane".
Ja tak naprawdę chciałabym codziennie robić z Tobą brzuszki i chodzić po sklepach. Chciałabym widzieć Twoje zadowolenie, gdy zmieścisz się w rozmiar 40. Chciałabym, żebyś ładnie wyglądała i żeby paskudne dzieci Ci nie dokuczały. Chciałabym, jeśli będzie mi dane mieć tyle pieniędzy, kupić ci domek daleko od człowieka, który w papierach widnieje, jako Twój mąż.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Chciałabym, żebyś nie budziła się codziennie, wiedząc, że nie potrafisz, że nie dasz rady. Nie jesteś zła. Nie marzę o nikim innym w Twojej roli, chociaż dobre stosunki miałyśmy, gdy byłam jeszcze w wieku lat 8 i bałam się zdjąć szaliczek w marcu, bo mi nie pozwoliłaś.
Później było coraz gorzej i tatuś był gorszy, a może ja to bardziej przeżywałam. Kazałaś mi przeprosić za mój długi język, a ja tylko wyraziłam  sprzeciw wobec nieprawdziwych rzeczy, które się o mnie mówi. A kiedyś, pamiętam, przykazałaś, bym nie przepraszała za coś, czego nie zrobiłam.
Dziś patrzysz na mnie z wyrzutem, gdy wracam do miejsca, w którym sypiam. Twój wzrok spoczywa na mnie, zamienia się w wyrzut sumienia, nawet nie wiem, za co. Zaczynam żałować dobrej zabawy, gdy przekraczam próg.
Przepraszam Cię, że mam 18 lat i że chcę ułożyć sobie życie inaczej niż ty. Dopiero, tak długo czasu musiało minąć, byś zrozumiała, że rozwód to naturalna kolej rzeczy. Tak jest - jednego dnia ludzie się kochają, później mijają się bez  uczucia, a potem zaczynają się nienawidzić. Nie chcę, żeby ktoś Ci robił krzywdę, ale zaszczepiłaś we mnie przeświadczenie, że tym kimś jestem ja. Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam sprzeniewierzyć się swoim marzeniom i zrobić tak, jak ty byś tego chciała.
Ale nigdy Ci tego nie powiem.
Ty żyjesz gdzieś daleko - w krainie, gdzie papierosy są złe, dzieci nieposłuszne, a mężowie panoszą się na tronach. Chciałabym zabrać Cię stamtąd i pokazać Ci moje miejsce. Miejsce, gdzie jestem, gdy nie sypiam z Tobą. Nie dziw się, że bywam tu coraz rzadziej i zapowiadam, że kiedyś nie wrócę. Ty tu mieszkasz, ta kamienica ma odrapane ściany, a wokół czuć zapach stęchlizny, która dla Ciebie i tak pachnie lepiej niż moje zimne piwo.
Myślę, że Ci pomagam, już czuję, że to dostrzegasz kątem oka. Ale nagle Ty zakładasz swoje okulary z papieru - wcale nie korygują Twojej wady wzroku. Ja się boję, że przez całe życie będę pewna, że jestem złym człowiekiem. Ten zimny Twój wzrok przyczepił się do mnie, jednak może to tylko szczepionka, może wyrobię sobie przeciwciała.
Więc wracam wciąż do tego miejsca, w którym sypiam długo i często. Nie dziw się proszę, że dłużej nie mogę. Wybacz, ja będę młoda i będę sobą. Nawet jeśli dla Ciebie zostanę skreślona.
Tak bardzo chciałabym Ci wszystko opowiedzieć, ale czuję, że mogę w odpowiedzi otrzymać tylko krytyczny komentarz.
Może nie ma się czym przejmować. Może chodzi tylko o zachowanie ciągłości gatunkowej. Więc rozmnażajmy się, a dzieci niech wychowają się same.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

coraz dalej

Kiedy to było, honey? Wczoraj, przedwczoraj, może tydzień, miesiąc temu... Niepostrzeżenie na paluszkach minie rok od kiedy z trudem łapałaś powietrze w płuca. Zachłystywałaś się wolnością, rozkoszą i beztroską młodością. Ile już minęło od kiedy leżeliśmy na trawie - ja wpatrywałam się w tę zieleń zbyt nieśmiała, by spojrzeć w twoje wpatrzone we mnie oczy? Twój wzrok tak miło spoczywał na mnie, tak cudownie mnie krępował.
Ile już minęło od kiedy nazwałaś ten dzień najlepszym? Czas płynie bezlitośnie, zatrzymuje się tylko na chwileczkę w najlepszych momentach. Zawsze wówczas towarzyszy mi to uczucie. Leniwie odpoczywam, jest mi wygodnie jak nigdy i czuję, że mogłabym tu spędzić całe życie - na tej trawie zielonej i ciepłej, w troskliwych ramionach, trzymając się za ręce i biegnąc przed siebie.
W czasach najnieprzyjemniejszych przypominam sobie te chwile i zasypiam z mokrymi policzkami. Pora zwilżyć powieki.
Jednak ostatnio w tym momencie cudownym, którego nie powinien zakłócić nawet szept wiatru przemknęła niepokojąca myśl. Ciesz się póki możesz, bo zaraz to M I N I E.
I minęło.
Tymczasem wracam tam, gdzie zawsze będę chciała wrócić. Siedźmy tu i nie odzywajmy się. Kontemplujmy ciszę, ciepłe oddechy, poczucie, że "może więcej coś znaczysz". Rozkoszujmy się tą chwilą jak najdłużej, wykorzystajmy ją do granic możliwości, żeby móc sobie przypomnieć, gdy opuszczą nas wszelkie dobre emocje.
Taką chcę być, taką chcę siebie zapamiętać - wolną, pewną swojej wartości i  zachowującą zdrowy rozsądek.
Ale to już było...
***
Źle się czuję. Ktoś bardzo zręcznie, delikatnie otworzył zamkniętą szczelnie, schowaną puszeczkę. Kiedyś należała chyba do Pandory.
Ale było fajnie!

wtorek, 19 czerwca 2012

nic się nie stało

Na początku chcę uprzedzić wszystkie osoby, które irytuje piłka nożna (Elżbieta W., możesz wyjść), że notka będzie o Euro 2012. I sprawach z nim związanymi.
Trochę czasu upłynęło zanim poukładałam sobie wszystko, co chciałam powiedzieć na ten temat.
Szczerze mówiąc, sama zdziwiłam się zmianą, jaka ostatnio u mnie zaszła. Coś się obudziło i rzeczywiście spało bardzo długo. A może drzemało, bo miewałam momenty pobieżnego zainteresowania się futbolem, no bo przecież "nasi grają!".
Spodziewać jednak można się było mojej ekscytacji - Euro - taka wielka impreza odbywa się w Polsce - przyjadą przystojni turyści, do budżetu państwa wpłyną dochody, wszyscy będą o nas mówić. No i pierwszy mecz z udziałem naszej reprezentacji. Czekałam na niego dobre kilka dni.
Wiecie, piłka nożna to nie jest sprawa sportowców, ekspertów, czy prawdziwych mężczyzn z dorodnym mięśniem piwnym, ale przede wszystkim Polaków. Nie mówię, że każdy powinien się poczuwać do tego, by jak jeden mąż zasiąść przed telewizorem i krzyczeć "Polska gola!". Ja osobiście mam taki nakaz, a może impuls właściwie, w sobie.Odzywa się co jakiś czas. Bardzo identyfikuję się z moim krajem. Chciałabym, żeby liczył się na arenie międzynarodowej, żebyśmy nie byli wieśniakami z prowincji, z Pipidówy, co to nawet nie umieją piłki kopać. Mamy przyczepioną łatkę złodziei, pijaków i nieudaczników. To się oczywiście zmienia, nie wszyscy mają takie zdanie o Polakach (na pewno nie Hetfield, hehe), a kiedyś z tym wizerunkiem było jeszcze gorzej. Chciałabym bardzo, żebyśmy zaistnieli, żeby sytuacja się w tym kraju polepszyła, żeby ludzie chcieli tu wracać.
Przecież to naprawdę piękne miejsce. Mam i zawsze będę mieć wielki sentyment do mojego kraju. Brudne chodniki, ciemne bramy, Rumuni, którzy mówią mi "Dzień dobry" na ulicy (bardzo wychowany naród) i pan, który chce mi wiecznie sprzedać fajki na Ruskiej. Nie powiem, że cały w tym urok, ale jak nadejdą gorsze tj. starsze czasy, pewnie to właśnie będę pamiętać. Wspominać z uśmiechem, bo tu się urodziłam i spędziłam moje najlepsze lata. Tu jest moje tło do najpiękniejszych wydarzeń. A przecież tło jest ważne.
Niby nic specjalnego - 11 facetów kopie piłkę. Nie są w stanie zainteresować nawet dwulatka. Jednak ja nie mogę usiedzieć w miejscu, bo to nie jest zwykła gra. To jest wojna, absurdalnie pokojowa, ale liczy się tylko zwycięstwo. Więc o to nasi - my, których zawsze będę tak nazywać, choć to właściwie zawodowcy, którym ktoś zapłacił za reprezentowanie Polski. Mimo iż to naiwne, ja czuję tu patriotyzm. Nie wiem, dlaczego to takie ważne dla mnie, byśmy wygrali. Przeżywam to jakby od wygranej zależało wszystko. Zwycięstwo chyba nigdzie nie jest tak emocjonujące. To nie tylko zwycięstwo strzelca, drużyny, trenera. To zwycięstwo wszystkich Polaków.
Porażka boli porównywalnie jak sukces cieszy. Mi jest zwyczajnie przykro, ponieważ taka szansa nie zdarza się często. Ten piękny mecz z Rosją - pojawiła się iskierka nadziei. Przemieniła się w płomień i w sobotę wynik był już przesądzony - planowaliśmy mecz z Niemcami w ćwierćfinale. Przeliczyliśmy się, to było zbyt oczywiste. Myślę, że my - jako kibice mieliśmy za mało pokory.
Cóż, nie było tak źle jak źle być mogło. Nic się nie stało. Jak dobry kibic jestem wierna i po porażce. Jednak akurat mogło się coś stać. Ile trzeba czekać na jakieś odwrócenie losu? Nie możemy wciąż wspominać historycznego sukcesu sprzed prawie 40 lat. Mówimy "nic się nie stało" i rzeczywiście, trzeba wspierać swoich, ale może już czas, by wyciągnąć wnioski i by coś się stało.
Przykro mi, może, gdybyśmy się dostali do ćwierćfinałów, coś by się zmieniło.Wciąż słyszymy o "polskich obozach śmierci" lub, że jesteśmy rasistami (źródło: http://www.polskatimes.pl/artykul/585709,sol-campbell-ostrzega-anglikow-nie-jedzcie-na-euro-2012-bo,id,t.html?cookie=1). 
No, nie chciałam, żeby wyszedł bełkot pseudopatriotyczny. Mam nadzieję, że mi się udało.
Jeszcze dodatek:

sobota, 16 czerwca 2012

koczowniczy tryb życia

Jestem z tych, którzy dociekliwie analizują. W ciągu tych kliku wolnych chwil, wracając zawsze po zmierzchu, rozmawiam z nią cicho. Jednego takiego wieczoru zasiała mi niepokój w głowie. Szepnęła złowieszczo, połaskotała chropowatym językiem w ucho. "A co jeśli...?" - zasyczała. Wbiła mi gwóźdź prosto w potylicę, do samego środka, uśmiechając się przy tym bezczelnie.
A co jeśli...? - mam na czole, ustach i drżących dłoniach wycięte cyrklem.
A co jeśli nie kończymy się wcale tak powoli? Boję się, że kiedyś, niedługo weźmiemy do rąk nożyczki i przetniemy te poplątane, wątłe, niteczki pełne supełków i supłów. Rozdzielimy splecione dłonie. Bez żalu rozejdziemy się w swoje strony.
Może zbyt małe mam doświadczenie, by spekulować w ten sposób. Jednak do tej pory ludzie i wydarzenia ulegały przeterminowaniu. A gwóźdź w czaszce uwiera mnie wciąż.
Może tak właśnie jest. Chociaż teraz mogłabym napisać epopeję lub inną skomplikowaną formę nazwaną twym imieniem (pomijamy tu moje niewątpliwe zdolności literackie), obawiam się, że kiedyś będziesz tylko dokończonym wersem. Zostaniesz tylko miłym wspomnieniem, plamką na oku. Zawsze będę czytać cię z sentymentem.
Chociaż teraz jesteśmy zawsze, na każdy telefon. Przychodzę, gdy mnie wołasz. Wołam cię, gdy chcę się upewnić, że istniejesz. Czy kocha się na zawsze? Zwykłam mówić śmiele o przyszłości, umieszczać z przodu ludzi i łapać ich za ręce, zszywać na siłę. Już wiele razy zbyt duża pewność zapędziła mnie w ślepy zaułek. Okazało się, że bardzo się pomyliłam.
Może za parę lat opuścisz swoje ciepłe, wklęsłe miejsce. Zajmie je kto inny. Może kto inny pogłaska mnie po głowie, przypomni o niedoborach w inteligencji, podniesie moją twarz i popatrzy twardo i każe mi przestać świrować. Odgrzeje swoje krzesełko obok mnie, po czym znowu zmienię lokalizację.
Dokąd zmierzamy? Co jakiś czas modyfikujemy swój kształt, wspominamy przeszłość, jakby była starą, poszarpaną kartką książki. Trzeba się przystosować do nowego czasu i miejsca. Chcemy mieć swoje "tu i teraz". Ty nim jesteś. Jesteś moją codziennością. Poranną kawą, bez której nie oprzytomnieję i trzeźwiącym zimnym prysznicem. Na jak długo? Prowadzimy koczowniczy tryb życia, ale nie podążamy za pożywieniem.
Nie zrozum mnie źle - nie życzę sobie tego. To tylko moja prywatna obawa, gwóźdź w czaszce, zły sen. To są moje najlepsze lata.
Proszę nie pytaj mnie o nic. Mi też drżą wargi i zgrzytam zębami. Zwróć uwagę na liczbę niechętnych słów"może".
A co jeśli nie...?

sobota, 9 czerwca 2012

oblicza

Zacznijmy od początku. Chciałabym, żeby nie wyszło tandetnie.
Iskra. Zaczynasz się palić pięknym, oślepiającym płomieniem. Cud i "moje szczęście" - tak o Tobie mówią. Przynależysz. Ciekawe jak długo? Widać szczęście ma tylko trochę ponad 1 m długości. A ty wciąż rośniesz.
Pierwszy wdech. Pierwszy krzyk.
Dlaczego płaczesz, gdy przychodzisz na świat?
Na początku zachłystujesz się życiem. Tak, twój układ oddechowy nie jest jeszcze do niego przystosowany. Zadyszka, ale to nic, biegniesz dalej. Wydajesz się w stu procentach wypełniać radę Horacego.
Do czasu kiedy to przestajesz słodzić herbatę i tracisz wesołość, by w końcu skrystalizował się w Tobie nieoptymista i nierealista. Piwo już nie jest gorzkie i paskudne. Zdarza Ci się okłamywać mamę.
Który to już raz? Przyzwyczajony już jesteś do tutejszego powietrza. Zachłannie zaciągasz się trucizną. Tutaj - na naszej planecie - z przymusu bawimy się zapałkami i palimy papierosy. My - szaleni piromani. Chodzimy z poparzonymi dłoniami, poobgryzanymi paznokciami. Nie patrzymy w lustro. Przecież bezpieczna zabawa ogniem to jak oksymoron, nieprawdaż? Za sobą już mamy niewinne kradzieże zapałek lub większe przewinienia - jak podpalenie stodoły.
Co jakiś czas musisz strzepnąć z siebie nurtujące wyrzuty sumienia - zalegającą kupkę popiołu.
Wdech.
Widzisz, że jest cię coraz mniej? Poznałeś kłującą prawdę. Już nie krztusisz się zabójczym dymem. Doświadczenie robi swoje.
A zastanawiałeś się kiedyś skąd się tu wziąłeś? Może spoczywasz między dwoma palcami niebiańskiej dłoni? A może nie? Może przechodzisz z rąk do rąk, by każdy użytkownik mógł wyciągnąć z Ciebie jak najwięcej? Może ty też trzymasz kogoś w dłoni i przyczyniasz się do jego powolnego rozkładu?
A może to Twoje własne dłonie? Tylko na sobie możesz polegać.
Takie rozmyślania niezwłocznie trzeba popić. Wybierz sobie którąś ciecz z barku. I kolejny głęboki wdech. Jak u lekarza.
Mimo iż jesteś sfatygowany jak ścierka do podłogi to lubisz marzyć i spoglądać w ciemne niebo. Myślisz nawet, że "więcej coś znaczysz". Chcesz tu zostać, choć nie jest to najlepsze miejsce. Ale wiesz, lepszych pokoi nie mieli. Nie ma takich z widokiem na morze i wodnym łóżkiem. To hotel niższej klasy. Nie łudź się, że gdzieś istnieją pięciogwiazdkowe.
Jednak nieustannie masz nadzieję. Taka Twoja natura. Gonisz za życiem, którego nie możesz złapać. Ucieka Ci między palcami. Chcesz ogrzać się jego ciepłym ogniem, chociaż wiesz, że przypłacisz to fragmentami zwęglonej skóry. Uporczywym pieczeniem.
Życie ulatnia się na Twoich oczach. Zostawia po sobie piękny ślad. Chciałbyś być tu i teraz, zawsze być, być pamiętanym. Ale może, może na pewno zapamiętają nas tylko te zimne ściany, ten asfalt, po którym codziennie stąpają Twoje stopy. One też kiedyś utoną w otchłani. Ale Ty prędzej. Ty się spalasz. Jesteś tylko mrugnięciem oka w historii świata.
"Bywało lepiej i gorzej" mówisz głosem mędrca, wciągając kolejną porcję. Tak właśnie jest. Sprawy wciąż ulegają przeterminowaniu. Tak jak ludzie. Skąd wiesz, że nie stracisz tego, co masz? Tak naprawdę nie masz niczego.
Masz tylko siebie. Jesteś sam, choćbyś kochał i był kochany. Zawsze jesteś sam, a przytulanie pluszowego misia nie przynosi Ci ukojenia w najgorszych momentach. Obiecujesz sobie być twardym, ale przy każdym ciosie zwijasz się tak samo w kłębek i kołyszesz się bezradnie.
Wdech. Głęboko, do płuc.
Dlaczego pokasłujesz coraz częściej? Seans zbliża się do końca. Zostało Cię bardzo malutko. Ale to jest Twoja najlepsza część - ta wydestylowana, która dotarła aż tutaj. Pora zrobić rachunek sumienia zanim zostaniesz brutalnie zgaszony w popielniczce i wytrzepany z resztek życia. Pożegnaj się ładnie i podziękuj. Komukolwiek.
1...
2...
Weź ostatni wdech...
3...
U nas w popielniczce, czy na mokrej ziemi wszyscy jesteśmy tacy sami. Zużyte, podeptane pety. To my. Każdy z nas miał swoją historię. Ale to już bez znaczenia.
***
Celebruję  sobie te małe chwile, a tak naprawdę nie ma w tym nic poetyckiego. To tylko przyzwyczajenie.

Z dedykacją dla tych, którzy przekwitli, skończyli się lub wypalili.
I wszystkich innych.

sobota, 26 maja 2012

głupcy

Myślałam... Myślałam za dużo. Ciekawie tak spojrzeć z innej strony na wszystko. Wygląda inaczej niż z mojej perspektywy. Nawet nie słodko-kwaśny obraz. Bardziej kwaśny. Nieporozumienie? Próbuję sobie wszystko poukładać w głowie tak, żeby miało sens. Ale nie ma.
Przynajmniej już nie jestem pomiędzy, już nie jestem in the middle. Grunt ustabilizowany. Uklepany mocno, udeptany. Tak jest lepiej.
Jednak zawsze, będę tą z poobijanymi z pozdzieranymi kolanami po szalonej przejażdżce rowerkiem. I będę żałować, że spróbowałam. Może kiedyś od praktyki głowa mi stwardnieje. I tak już dawno straciłam coś. Straciłam też ostatnio. Kawałek mnie się zagubił.
***
My głupcy z ciemnych bram
chowamy się przed słońcem

leżymy na chłodnym asfalcie
spragnieni
nasączeni klejem
gdzieś między niewypowiedzianym słowem
a dobitnym spojrzeniem

głupcy


myślimy że posiadamy

sobota, 19 maja 2012

in the middle of nowhere

Zawsze chce się więcej. Najbardziej tego, czego nie możesz mieć. Ale skąd pewność, że nie możesz?
Z kątowni - nauczono mnie mówić.
A gdzie jest kątownia?
Obok prostowni.
No tak, dziękuję, wszystko jasne, jednak czuję, że ktoś mnie oszukał. Właściwie nie udzielił odpowiedzi.
Opanowane mamy do perfekcji zręczne wymijanie, podprogowe odrzucanie. Mówimy dziwnym bezsłownym językiem, bo ciężko o zwyczajną jednosylabową partykułę. Inaczej sprawa wygląda, gdy zamienimy się miejscami. Można zwariować, szczególnie, mając tak dogodne warunki.
Na szczęście jest rozsądek, który resztkami sił się trzyma. Obgryza paznokcie, gryzie języki i przykrywa kołdrą. Trzeba sobie jakoś radzić.
***
-Jakich to ja czasów doczekałam?!
-Parszywych.

No cóż, shit happens. Rzeczywiście dużo pożyczam ostatnio.

"Boimy się tego, czego nie znamy."


czwartek, 17 maja 2012

popiół.

Cześć, dzień dobry, nic nowego. Tutaj - na czarnym tle - jak zwykle Wielka Smuta. Nic się nie zmieniło, jak cię nie było. I nie zmieni się prawdopodobnie, choć na horyzoncie coś miga. Fatamorgana? Szukam dowodów.  Proszę uszczypnij mnie, gdy mi dobrze. Potem ta chwila mija i już nie wiem, czy to prawdziwy jakiś znak na skórze, czy może obłąkana jestem już od dawna.
Niepewności - nienawidzę.
Stabilizacji - chcę.
A może nie chcę?
Stabilizacja jest bezpieczniejsza i choć lubię jedną ręką trzymać linkę, nie wiedząc czy zaraz z hukiem nie uderzę w podłoże... Lubię bać się. Ale.
Nie boję się, jednak to przede mną - to mi wygląda na ślepą uliczkę. I to bardzo błotnistą. Ehh... Wciąż ten deszcz. Dlatego może śpijmy jeszcze w ciepłym domu, jeszcze za wcześnie. Boję się tylko, tak bardzo nieprzyjemnie boję, że nigdy nie będzie dobrego momentu. Że będzie tylko gorzej. Bo co może nas czekać w dorosłości?
Lepiej nie będzie, honey. Bierz to, co masz. Trzymaj mocno i nie wypuszczaj.
Przepraszam, nie chciałam nikogo dołować.
***
Gasnę
powoli i doszczętnie

już-nie-dłu-go

wypuścisz mnie z ręki
uprzednio zgnieciesz iskierkę
brutalnie
strzepniesz resztki kurzu

mam nadzieję że zdepczesz mnie we właściwym miejscu
żebym mogła spokojnie się zutylizować
założeniem że nigdy nie będę jak przedtem
i wiedzą że potem będę i tak też

ja

ta sama

***
Słońce? Dawno cię tu nie było. Wejdź, proszę.

poniedziałek, 14 maja 2012

schowane pod grzywką

Obecnie nie mam grzywki, ale nie o to chodzi. Jest takie miejsce, gdzie chowam was, chowam siebie i to, czego nikt nie powinien zobaczyć. Ale ja codziennie tam zaglądam, żeby przypomnieć sobie, co należy robić. Poukładać. Pomarzyć. Pomyśleć. Wyciągnąć te zapisane, pomięte karteczki z samego dna. Poczytać każdą przeszłą chwilę, którą pamiętam. I poczuć ją znowu. Poczuć to, co ma się wydarzyć, a może tylko chciałabym, żeby się wydarzyło, może jest nierealne i odległe. Patrzę też na swoje odbicie, ale nie zachwycam się nad urodą, a raczej nad nieurodą.
Żyję w dymie. Muszę coś mieć przy sobie. Okrycie, mgłę, żeby mnie nie było całej widać. Nie jestem pewna, dlaczego tak jest, ale dym, ten przenośny, jest ze mną od dawna. A od niedawna lubię go urzeczywistniać.  Ale bywają takie momenty, może raz na 2 lata, ale średnio wyszłoby więcej, gdy go nie potrzebuję. Tak bardzo chciałabym go zrzucić - mego kochanka, który wciąż jest ze mną i chroni mnie przed szczęściem i nieszczęściem. Przytula zimnym podmuchem. Bo jest tylko dymem.
Może tak trzeba. Zawsze mówię "rób to, co chcesz". Czasem nie jest tak łatwo.
I tak zawsze jesteśmy sami.
Zostanie ze mną tylko mój dym i ta druga mądrzejsza we mnie.
Jednak... może...
***
Dawno temu zastygłam.
...
Gram w to jeszcze raz.
Zagram z tobą i zginę.


To czyja teraz kolej?

niedziela, 6 maja 2012

organoleptycznie

Nie wiem z jakiej racji żyjemy sobie na tym świecie z chorym przeświadczeniem, że coś nam się należy. Na wszystko trzeba sobie zasłużyć, a często i to nie wystarczy. Rzecz losowa. Mama w dzieciństwie zawsze tłumaczyła mi, żebym nie brała od nieznajomych lizaczków i cukierków, bo kiedyś przyjdą zabrać coś ode mnie. Chujowe pieprzone życie. Ale nie można tak mówić. Bo sami jesteśmy sobie winni. Wszystko, co robię i czego nie robię - jestem przy tym świadoma i trzeźwa. Wiem, w co się pakuję. Wiem, że tylko robię na złość samej sobie. Takie jednak rozbicie. Porwę się za chwilę. Tak szarpię się ze s
obą. Nie bądź głupia. Nie bądź głupia.
A może by tak?
Może jednak?
A potem, zwątpienie. Nie. Nigdy. Uspokój się.
Więc w zamian biorę ślub z substytutami. Materialnymi, płynnymi i gazowymi. Dym, dym, dym.
Kasa i pełnoletność to zgubne połączenie. 
***
I'm getting older
I'm getting older
But there's still
Lot of space in my bed

I'm getting older
Too old to be a mother again
But there's a place in my heart
That is still unoccupied

So come on, come on, come on...
Don't be late
Before this life will turn to death  




Bez przesady, nie masz czasu aż do śmierci

I'm getting older and i'm going to changes.

wtorek, 1 maja 2012

przeciąg trzaska złudzeniami.

A mi coraz zimniej. Bo ten wiatr - to ciepły, to lodowaty - wyprowadza mnie z równowagi. Ubieram się w skorupę, potem ściągam ją, bo jakby, robi się cieplej i bliżej. Ale nie będziemy tak dłużej robić, kochanie, bo to przeciąg tylko. Złudzeniami trzaska leniwie, bezczelnie, no cóż poradzić. Nie będziemy tak dłużej, bo nie lubimy być pomiędzy, gdzie indziej, po nierównym gruncie stąpać. Nie lubimy tak i jest to bardzo szkodliwe dla naszego organizmu. Potem różnie powikłania - głowa, brzuch, wątroba - stara, zaniedbana; katar, zakwasy - bo tak ciężko pracowałyśmy bez rozgrzewki.
Zakwasy mam na dłoniach od zaciskania pięści. Poobgryzane paznokcie przez niepewność. Chore oczy czerwone nie od płaczu, ale od długiego, zbyt długiego przyglądania się w jeden punkt. Taki biały na ciemnej płaszczyźnie, bo nie czarnej może, tak się tam świeci - nadzieja, że mnie stąd zabierze.
Mą matką nadzieja, głupią matkę mam.
Przestałeś dla mnie świecić, punkciku na płaszczyźnie, nie jesteś już biały, masz kolor otoczenia. Ciemny, daleki, jak to wszystko, czego chcę. Odejdź, miej szacunek.
Ja sobie poradzę - pomyślał ktoś, siedząc przez wieczność na chłodnej posadzce balkonu i trzymając w ręku tlące się lekko życie. Mam bardzo smutne aczkolwiek rozsądne postanowienie.
Złudzenia, złudzenia, halucynacje, przesłyszenia. Nie wiem, co sobie dopowiedziałam, może z mojej natury wrażliwej (ehhh) interpretuję każdy gest, analizuję (szkoda, że tak mi nie idzie z wierszami) i ląduję potem na twardej powierzchni prawdy. Kiedy nie będziemy tacy naiwni?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

na froncie cisza

Mam taką przypadłość, może niezbyt dobrą, że polewam rany spirytusem. Najlepiej te świeże, z poprzedniej nocy. Przy okazji przesuwam też palce po starych bliznach. Chcę mieć pewność, że one tam są.
Lubię czuć te wypukłości moje i wklęsłości na poharatanym ciele. Lubię zanurzyć się w otchłani rozpaczy, zasnąć z mokrymi powiekami, obudzić się z nienawiścią do siebie samej. Może nie lubię. Bo nie jest to przyjemne. Jednak ja delektuję się tym uczuciem, jak i każdym innym, czy byłoby pozytywne czy nie. Robię to wolno. Chcę czuć jak boli. Dopóki boli, jestem człowiekiem.
Moje skłonności masochistyczne są przyczyną niewątpliwie, jednak również głupota powoduje erozję denną. Życie wydaje mi się mozolną wspinaczką pod górkę. Wdrapuję się tam tylko po to, żeby zbiec, krzycząc na głos. Górka jest niesamowicie stroma, to też za każdym razem przewrócę się i pozdzieram kolana. Ale to nic. Nic to. Choćby sam moment zbiegania z górki miał być tylko iskrą, chwilką, ja i tak będę wspinać się, męczyć. Dla tej chwili.

Chwile chowam w zakurzonym pudełeczku. Zamykam szczelnie. Kiedyś je otworzę i wyjmę.

***
Osiemnaście niedługo stuknie. Nawet nie żałuję aż tak.
"I tak dobrze znam zapach mojej ciszy
Znam do bólu jej dotyk zimnych rąk..."
Na froncie cisza
Dziękuję, że pytasz.

środa, 18 kwietnia 2012

lubię mówić z sobą.

- I co? Znowu jesteś głupiutka? Znowu potknęłaś się o swoje własne nóżki? Czego się nauczyłaś po ostatnim?
- Niczego.
- Właśnie. Głupiutka. Biedna. Mała. Kiedy w końcu dorośniesz?
- Musisz być taką suką?
- A i owszem. Do tego dążymy, tak? Chcemy być suką. Niedobrą, nieśmiertelną, niezniszczalną i obojętną.
- I nieszczęśliwą.
- Znowu te tanie bzdury. A co to jest, kochanie, szczęście? Wiesz? To mnie oświeć, proszę.
- Nie wiem.
- Ale wiesz, czego chcesz. Więc się nie rozsypuj. Jak dziecko.
- Kiedy właśnie się rozsypałam. Jestem w kawałeczkach. I chciałabym, żeby mnie ktoś poskładał. Posklejał.
- Jaki ktoś? Nie ma kogoś. Jesteś tylko ty. Pamiętaj. Jestem tylko ty i ja. Tylko my. Nie ma nikogo więcej. Musisz poradzić sobie sama. Poradzisz sobie?
- Tak, poradzę sobie.
- Jak zawsze.
- Nie, nie poradzę sobie. Nigdy sobie nie radzę.
- Słuchaj. Przestań pierdolić. Może nie jesteśmy najsilniejsze na świecie. To nieważne. Osiągniesz to niedługo. Ale nie możesz teraz znowu spadać.
- Jestem słaba. Zostaw mnie.
- Nie zostawię cię. Zawsze będę się z tobą kłócić.
- Dlaczego mi to robisz?
- Bo to ja.
- Dlaczego mi tak robią?
- Nikt ci nic nie robi. Użalasz się nad sobą. Przestań. Nikt ci nie robi na złość. Nie zadawaj takich pytań. "Nobody will ever let you know, when you ask the reasons why", pamiętasz?
- Pamiętam. Chcę spać. Idź sobie.
- Nie uwolnisz się ode mnie. Nie idziesz spać.
- Pierdolę to.
- Nie możesz
itd.....
***
Dowód na moje rozdwojenie jaźni. Żeby tylko rozdwojenie. Jeszcze długo tak się kłócimy. I krzyczymy. Mam dosyć.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

nie jestem już kopciuszkiem

A byłam nim długo dość.
Kopciuszek jest dziewczynką, nie kobietą. Idzie wystrojona na bal, w nadziei, że spotka swojego księcia. Jednak zawsze wraca rozczarowana. Podpiera ściany, jest nieśmiała, wypatruje księcia wśród tłumu. Dostrzega go - znajomą twarz tylko ze snów. Przychodzi do niej jako nienamacalny anioł i obejmuje. Zostaje z nią aż do rana, kiedy z rozżaleniem kopciuszek się obudzi i zobaczy, że jest sama. Jednak kopciuszek po prostu nie zauważa tych uniżonych sług, zakłopotanych chłopców, którzy z trudem przełamują się by poprosić ją do tańca. Kopciuszek żyje w wyidealizowanym świecie przeznaczenia, gdzie istnieje tylko książę. Ilu tych chłopców odrzuciłaś, mówiąc, że to niechcący, nieświadomie?
Już nie jestem kopciuszkiem. Mniej we mnie romantyzmu, więcej realizmu. I wychodzi mi to na dobre. Nie gubię już za dużych bucików, mogę wrócić po północy, rzadziej tracę równowagę. Żal mi wszystkich kopciuszków, teraz to wydaje się śmieszne. Ale widać - z tego się wyrasta. Nie ma księżniczek i książąt.
Mam nadzieję, że mój czar nie trwa tylko w tych specjalnych okazjach.
Chyba zaczyna się dziać coś dobrego.
***
Jeśli tylko chcesz, jeśli tylko możesz...

piątek, 13 kwietnia 2012

po wstaniu

Dzień dobry, a właściwie powinnam powiedzieć dobry wieczór, ale nie lubię, bo w tym drugim jest o tę jedną literkę więcej, która mi każe tak wykrzywiać język i bardzo się przy tym męczę, a wcale nie wychodzi lepiej. Dwie kawy to niedużo, nawet wypite w krótkich odstępach czasu, jednak powodują, że trzęsą mi się ręce i nie chcę spać, a rano będę jęczeć.
Wstałam jakiś czas temu, ale z przyczyn technicznych nie mogłam owego procesu opisać, a teraz już mam nowy proces ciągły " po wstaniu". Żeby wstać trzeba było upaść albo się położyć. Nie sądzę, że ostatnimi czasy upadam jakoś drastycznie, powiedziałabym wręcz, że upadam lekko, delikatnie wręcz niezauważalnie. Musi pewien czas minąć bym zrozumiała, że stoję w poziomie, co właściwie znaczy, że nie stoję.
Tak więc po wstaniu nie jest jakoś zupełnie inaczej. Trudno mi wskazać na jakieś różnice, nic się nie rzuca w oczy, jednak wiem, że z moim opóźnionym reagowaniem odkryję je za jakiś czas.
Potrafię jednak powiedzieć, że różnicą znaczącą jakże jest  świadomość, że wstałam. Karteczka na ścianie mi przypomina o tym, powinnam jeszcze dopisać sobie pytanie zasadnicze "Czy wstałaś?" i widzieć je za każdym razem, gdy wstanę. W sensie bardzo dosłownym. Wtedy zastanawiałabym się zawsze i wszędzie, czy przypadkiem, wykonując drobne czynności nie śpię. Czy to nie oszustwo moje to wszystko, wyobraźnia i paskudne nadzieje (a precz!), usprawiedliwienia parszywe z podrobionym podpisem. Żebym się pilnowała, żebym zrobiła co mi ktoś powiedział, zasiał na tym nierównym gruncie, jak się sieje rzeżuchę na wacie. Nasączył mi głowę, trochę nieudolnie wystawił na słońce, a może słońca nie ma. Nie rosnę tak szybko jak rzeżucha.
Nie często mawiam, że wiem, czego chcę, że wiem co robić. I dokładnie nie wiem. Ale jakoś tak wiem bardziej. Chcę wyrosnąć, w dobrą stronę, być dojrzałym, żeby coś ze mnie było. Coś.
Napomknę również, tak jeśli chodzi o aktualności, że znalazłam sobie nowe uzależnienie. Umie się poruszać i bardzo ciekawe ze mną polemiki przeprowadza, i w ogóle zdolne jest jak na uzależnienie.
No to z dedykacją dla uzależnienia, które tego nie przeczyta nigdy w życiu, bo nie może:

zawsze byłeś duży stabilny
do pewnego dnia nocnego
kiedy niespodziewanie skurczyłeś się
tak że mogłam położyć cię na dłoni
byłeś wtedy
młodszy od noworodka
co urodził się w tej chwili
nie potrafiłeś zaczerpnąć oddechu
tylko zakrzyknąć rozpaczliwie a twoje oczy
zrobiły się zaczerwienione
i smutne
tak chciałam cię przytulić
uspokoić
ale nie mogłam
żebyś się nie zgubił
mały
jak fistaszek
położyłam cię na ziemi
osiągnąłeś normalne rozmiary
i wszystko było


przynajmniej w normie.
***
dobranoc państwu, tylko jedno "r". jest dobrze
a przynajmniej w normie.
czekam tylko aż się dowiem
co jest konieczne.

czwartek, 15 marca 2012

koszmary

Potrąciłam szklankę łokciem.  W szklance był ten napój. Robiłyśmy go długo. Wszystko wylałam.
Stłukłam szkło. Narobiłam bałaganu. W podłodze zostały ślady.
Uciekłam i zostawiłam to za sobą. Ale nie mogłam daleko uciec. "Trzeba po sobie posprzątać. " - mówią mi ciepłe ręce i głaszczą po głowie. Podają miotełkę. Ktoś inny ma do mnie pretensję, że zbiłam szklankę. Ale ja nie chciałam. Nie powinnam w ogóle jej mieć. Nie powinnam.
Chyba stałam się człowiekiem, którego potępiałam.
Ale biorę miotełkę i szufelkę. Sprzątam. Trudno mi. Chodzę boso i jeszcze nie raz nastąpię na te kawałeczki szkła.
Wolałabym o wiele bardziej, żeby mnie bito. Bito, kopano. Spalono. Powoli czułabym jak odchodzę. Jak moje ciało zamienia się w popiół, a ja się ulatniam. Wolałabym być nakłuwana tysiącami igieł. Możesz sobie szyć na moich udach. Wolę to. Wbijaj mi to ostre - głęboko i powoli. Rozkoszuje się tym bólem. Zawsze będzie on mniejszy od psychicznego. Mówcie, że nie ma duszy.
Chciałabym się oczyścić. Człowiek ma skłonność do usprawiedliwiania się. To nie moja wina. Tak mówię i chcę, żeby ludzie mi to powtarzali. A oni mówią mi to, co chcę usłyszeć. A może to moja wina? To moja wina. Jeśli we krwi płynie jad, to muszę go usunąć. Pa.
Cały czas popełniam błędy.
"I never wanted to be the person you see"
Może kiedyś będę się z tego śmiała, póki co nie.

środa, 15 lutego 2012

czarna herbata.

jak długo tak będzie? co kiedyś ze mną było? z czego się tak cieszyłam?
teraz jestem naprawdę szczęśliwa, jednak podjęcie jakiegokolwiek wysiłku wymaga kilkugodzinnego kłócenia się z samą sobą. i nie. nie umiem od razu wstać z łóżka.
niby każdy ma ten problem. głupi mikroskopijny codzienny problem. ale wiesz? myślę, że mogłoby być inaczej. rano czułbyś ciało kogoś innego. raz robisz kawę, a innym razem dostajesz. z mlekiem poproszę i półtorej łyżeczki cukru.
marzenia. niezależność. jak to osiągnąć, kiedy ostatnio wciąż myślę o kawie. o za ciasnym łóżku.
n i k o g o  n i e  p o t r z e b u j ę .
nie kłam, nie kłam. stań twarzą w twarz z tą prawdą. potrzebuję. ale nie jest to niezbędne. dziękuję za to, co mam. mam dużo. mam i jest to wszystko moje. składam was starannie pod poduszką. codziennie, gdy kładę się do łóżka myślę o was. i zastanawiam się, czy telepatia istnieje. chciałabym, chciała.
***
a teraz lista życzeń
poproszę, żeby było ciepło. zima jest depresyjna
poproszę, żeby mnie gardło nie bolało
poproszę mobilizację raz
okazji do kulturalnego spędzenia czasu w dobrym towarzystwie
i żeby mnie mama puściła na noc
dużo tego trochę. wszystko zależy od ciebie. no prawie.
tak się modlą agnostycy?

środa, 25 stycznia 2012

dziękuję mamie i tacie

Staję się monotematyczna. Czuję, że wraca moje tempo, moje słowa, przecinki i wielokropki. Dziękuję. Wiedziałam, że przyjdziecie. Nigdy już nie pozwolę, żeby jakaś hm kobieta wystraszyła was swoimi gadkami o maturalnych wypracowaniach. Przepis na dobry tekst. Dziękuję nie biorę.
Ale to z innej półki. Właśnie dzięki temu, że czuję się bardziej sprawna, palce płynniej biegają po klawiaturze, kreślę długopisem bardziej określone kształty, piszę częściej. I zagłębiam się w jeden lub dwa kręgi tematyczne. Ale miło mi, że nie piszę tylko dla siebie. To dla mnie  w a ż n e.
Tak i wciąż się boję. Żałuję, że nie mam jakiegoś namacalnego autorytetu, który powiedziałby mi, czy jest czego się bać. Podobno na własnych błędach uczą się tylko głupcy. Gdzie jest mój głupiec, którego mogłabym obserwować i nie powtarzać jego błędów?
Tak muszę sama. Nienawidzę tego. Nienawidzę przywiązywania, nienawidzę czuć, nienawidzę niepewności. Tej zwykłej i tej od Mickiewicza, bo widzę w niej siebie. Nienawidzę nie wiedzieć, zastanawiać się i nie móc zasnąć w nocy. Myśli się dobijają. Ale są niemiłe. Są takie niemiłe...
Nienawidzę być człowiekiem, jednak nie chcę być nikim innym. Trudno nam, prawda?
Nie wiem, co to znaczy. Nie wiem, co czuję. Nauczyliśmy się takich słów jak: nienawidzić, kochać, lubić. Ale to nie ma sensu. Każdy czuje to inaczej. Kiedy mówię ci, że cię lubię, to wiesz co mam na myśli? Pewnie odnosisz się do swojego rozumienia słowa "lubić". I lubisz mnie po swojemu. A ja ciebie po swojemu. Skąd mam wiedzieć w jakim stopniu? (z kątowni - powiedziałby d.) Czy ty mnie w ogóle lubisz?
Słowa są takie umowne. Nie możemy się rzeczywiście porozumieć. Przydałaby się jakaś telepatia, czy inny język. Nie ciała, nie. Język pierwotny, który znaliśmy zanim nauczono nas słów. Przecież miesięczne dziecko też kocha. I matka, która trzyma je w ramionach o tym wie. Również je kocha. Między nimi nie ma słów. Jest COŚ.
I tu wracam do dawnych fascynacji tj. "Alchemika". Nie wiem, może Coelho jest pseudomędrcem, a ja naiwną dziewczynką. Ale lubię tę książkę. Pomogła mi.
Chciałabym się z tobą porozumieć. Nie mówiąc nic.
***
Nie mów do mnie ładnie. Mów do mnie brzydko.
Nie, nie mów mi dobrze. Nie zasługuję. I nie chcę.
Chyba nie chcę....

niedziela, 22 stycznia 2012

na dno na dno

Nie wiem, czemu taki tytuł. Może dlatego, że właśnie słucham Closterkellera (tak, ciesz się).
Jestem monotematyczna, ale powiem to jeszcze raz, smutno mi. Chyba tak musi być, że jak już jest względnie dobrze, to człowiek musi sobie znaleźć coś, czym by się pomartwił. Taka nasza natura? W takim razie nasza natura jest bardzo smutna. Dlatego w sumie chciałabym, żeby było życie po śmierci, ale nie takie biblijne. Jednak nie ja tu rządzę, nie jest bogiem, wbrew pozorom (bóg nie miałby takiego głosu, ha ha).
Nie wiem czy gorszy jest nagły dramat czy może ciągła melancholia. Nachodzi cię szczególnie w tych samotnych momentach. Przed snem. Nie wiesz o kim myśleć. O kim marzyć.
Bardzo boję się życia. Jednak nie zamierzam się chować. Wyjdę (bo tak kazał kochany Ozzy). Boję się tych głupich uzależnień. Nie, nie od używek (mamo, ja? ja nie...). Od ludzi. Niewyobrażalne. Teraz coś jest, a może kiedyś nie będzie. Teraz. Teraz jest najważniejsze.
Czy jednak nie powinnam myśleć o przyszłości? Nie martwiłam się nigdy o to. W końcu jakoś to będzie. Poradzę sobie, tak? Nie wiem, jak, w końcu mam na sobie tylko cienki płaszczyk, jest mi zimno. Nic nie trwa wiecznie, tak się tego boję. I też tego, że jestem aspołeczna. Może nie wyglądam. Chyba jestem jednak jakaś a-. Zostanę na zawsze sama i nie poznam tego smaku, o którym wszyscy mówią, że jest bardzo słodki i bardzo gorzki jednocześnie. Pikantny, ciepły ale też zimny. I się go nie zapomina. Chciałabym zjeść tę gruszkę, wgryźć się w miąższ tego owocu o niezdefiniowanym kształcie. A jeśli nie będzie mi dane?

Proszę. Daj mi.
Egoistka.
Dobrze, daj też innym.
Proszę.
Nie wiem kogo proszę.
Ale proszę.


Chyba mama  mnie nauczyła tego słowa. Dziwne.
"W moich oczach kamienie, a w ramionach cień"

niedziela, 15 stycznia 2012

wiem, jak cię rozpoznać.

Ten rok nie zaczyna się tak źle mimo wszystko. Oznajmiam wciąż, że jestem szczęśliwa tylko czegoś mi brakuje, tylko trochę mi smutno. Nie, nieważne. Nie, nic nie ukrywam. Nie lubię mieć tajemnic. Wszystko widać jak na dłoni, trzeba być tylko uważnym obserwatorem, kojarzyć fakty.
Jednak nie narzekam. Nie można mieć wszystkiego przecież a ja:
1. Jestem zajebista.
2. Mam psiapsiółkę (za słodko, chce mi się rzygać już)
3. Schudłam
4. Chyba zdaję
5. Jestem piękna.
6. Kręcę film
Na liście opozycyjnej znajduje się między innymi chujowy głos, dlatego też postanawiam zamilknąć na wieki (nie uda się) i piszę notkę. Nie wiem jak powstrzymam nieodpartą chęć odpyskowania komukolwiek, nie wiem, no ale z takim głosem to nie należy się odzywać. Już wiem, dlaczego nie mam faceta. I tak, przypominam, dajcie mi znacie, kiedy zrobi się to równie żałosne, jak lista powodów, dla których nienawidzę dubana (paczaj, jesteś na blogu).
Więc jest względnie fajnie, bardzo chce mi się spać, ZNOWU. Ale chyba jestem dobrym unitą. Może dostanę piątkę, hm? Kręcenie filmu, powiem wam wszystkim obecnym, to fajna sprawa. Ale rzecz, która przydaje się do kręcenia filmu to jest kamera. Nie mam na razie. Możecie się już składać. Tylko poproszę taką nie byle jaką.
Dużo śmiechu, również dużo pracy i trudu. Dopiero sobie zdałam sprawę, jakie moje być może przyszłe zajęcie jest ciężkie. I przykro mi, że nie wiem nadal, co chcę robić. Jednak czuję się coś jakby spełniona, trzymając kamerę trzęsącą się ręką, analizując powstały obraz: "To jest dobre".
Powiem wam, naprawdę, życie jest piękne.
"Życie jest tak wspaniałe, że trzeba przez nie przejść
Czasami w to nie wierzę i myślę, że lepsza jest śmierć"
Ostatnio wierzę, dziękuję. I dziękuję ekipie.
***
wiem, jak cię rozpoznać. zrób jeszcze kilka kroków, żebym mogła być pewna, że to ty. wtedy ja wyjdę z ciemnego pokoju. otworzę drzwi. ale muszę być pewna. pamiętaj.

wtorek, 10 stycznia 2012

nie wiem co, nie wiem o czym

To ciekawe jacy jesteśmy uzależnieni od siebie nawzajem. Człowiek pierdoli, że w przyszłości będzie niezależną (najebaną) kobietą, a tu się okazuje, że co raz szukam sobie kogoś, do kogo mogłabym powzdychać w nocy. Powzdychać. Widać nie da się być wiecznie samotnym, a jedynym marzeniem nie jest kariera. Ona tak nie zaspokaja. Nie czyni zwykłych rzeczy sensownymi. Chcę czegoś kogoś namacalnego. Nie wiem, czego chcę.
Jednak to się zawsze wiąże z ryzykiem. Lubię ryzyko. Ale kto lubi jak boli? A zawsze musisz zakładać, że zaboli. Boję się, że kiedyś sobie pójdziesz, umrzesz albo może też ja się Tobą znudzę i będę się czuła śmieciem z moją zastygłą lawą. Nie wiem, kogo o to obwiniać, w końcu nie panujemy nad uczuciami. Nie chcę, żeby tak było. Ale musi tak być, żyjemy w końcu na ziemi, zauważyłam, że wszystko się tu kiedyś kończy. Na Marsie pewnie nie byłoby lepiej. Przywiązałam się. Za późno. I włożę stopę w pętelkę jeszcze wiele razy. Trochę się pokołyszę, może nie spadnę. A jak już kupię sobie bujane krzesło, gramofon i winyle, to sobie na nim usiądę i powspominam. Obym nie miała Alzheimera.
***
sprawdzam listę obecności
nie ma
nie ma
uciekła
jest
uciekł a obiecał że będzie
trudno
dalej
jest
zaraz przyjdzie
nie ma
chory
nie ma
będzie
była
trudno
po co mi taka duża klasa