Co jakiś czas. Znowu. To samo.
Te same tkliwe piosenki w odtwarzaczu.
Te same leniwe niedziele pod tytułem "nie wychodzę z łóżka".
Te same wyrzuty, że nie robisz tego, co należy.
Ta sama beznadziejność w każdym zakamarku pokoju.
Te same tłukące się myśli o kości czaszki.
Te same rozczarowania i niepewności.
Te same powroty do codzienności z pytaniem "po co?"
Przekonanie, że nie ma dokąd wracać i że tak naprawdę, czego bym nie robiła, nie będzie.
Nie będzie miejsca nigdzie takiego, do którego mogłabym i chciałabym wrócić.
To miejsce będzie zawsze chorym urojeniem mózgu. I niczym więcej.
Za każdym razem ciężko mi się pożegnać i zacząć znowu to, co należy. Wykonywać zwykłe czynności. Żyć przeciętnie, bez finezji, ale tak, jak trzeba. Ciężko mi porzucić domek z piernika polany lukrem, który istniał tylko w głowie.
Trzeba żyć tu i teraz i nigdzie indziej i liczy się to, co realne i co można i się da.
W normie, w normie, norma jest dobra.
Przynajmniej jest stabilnie. Muszę... się podnieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz