poniedziałek, 23 kwietnia 2012

na froncie cisza

Mam taką przypadłość, może niezbyt dobrą, że polewam rany spirytusem. Najlepiej te świeże, z poprzedniej nocy. Przy okazji przesuwam też palce po starych bliznach. Chcę mieć pewność, że one tam są.
Lubię czuć te wypukłości moje i wklęsłości na poharatanym ciele. Lubię zanurzyć się w otchłani rozpaczy, zasnąć z mokrymi powiekami, obudzić się z nienawiścią do siebie samej. Może nie lubię. Bo nie jest to przyjemne. Jednak ja delektuję się tym uczuciem, jak i każdym innym, czy byłoby pozytywne czy nie. Robię to wolno. Chcę czuć jak boli. Dopóki boli, jestem człowiekiem.
Moje skłonności masochistyczne są przyczyną niewątpliwie, jednak również głupota powoduje erozję denną. Życie wydaje mi się mozolną wspinaczką pod górkę. Wdrapuję się tam tylko po to, żeby zbiec, krzycząc na głos. Górka jest niesamowicie stroma, to też za każdym razem przewrócę się i pozdzieram kolana. Ale to nic. Nic to. Choćby sam moment zbiegania z górki miał być tylko iskrą, chwilką, ja i tak będę wspinać się, męczyć. Dla tej chwili.

Chwile chowam w zakurzonym pudełeczku. Zamykam szczelnie. Kiedyś je otworzę i wyjmę.

***
Osiemnaście niedługo stuknie. Nawet nie żałuję aż tak.
"I tak dobrze znam zapach mojej ciszy
Znam do bólu jej dotyk zimnych rąk..."
Na froncie cisza
Dziękuję, że pytasz.

1 komentarz:

  1. Ja tak sobie myślę, że to wcale nie jest ani troszeczkę autodestrukcyjne. Polewasz rany spirytusem z nadzieją, że ich już tam nie ma, że nie zapiecze już. Jakbyś tylko końcem paznokcia przejechała po lekko chropowatej strukturze naskórka to pewnie byś nie była pewna. A tak piecze, więc wiadomo, że jeszcze nie jest ok.
    I nie będzie. Taki tam optymizm w nocy.

    OdpowiedzUsuń