poniedziałek, 4 lutego 2013

weltschmerz jak nigdy

Znajduję u siebie wszystkie cechy romantycznego bohatera poza jedną - chcę ten romantyzm u siebie zwalczać, jest beznadziejny. Ma oczywiście jakieś tam zalety, ale ogólnie to wszystko się kupy nie trzyma i do niczego nie prowadzi.
Dowiaduję się fatalnych rzeczy, a konkretniej prawd życiowych. To wszystko jest bez sensu. Jestem idealistą, chciałabym zmieniać świat małymi krokami, ale także wielkimi czynami. Chciałabym, żeby było lepiej, jak najlepiej aż w końcu idealnie. Mam jebaną misję, która jest niemożliwa do spełnienia.
Gdy widzę tych, już teraz, nastolatków, którzy chodzili ze mną do podstawówki, jest mi przykro. To były dzieci, niejednokrotnie osoby z zadatkami na "ludzi", dało się z nimi inteligentnie porozmawiać, mieli zainteresowania, talenty, uzdolnienia. A w tym momencie, mając 18 lat są bez matury, pracy, pieniędzy, ale za to z dzieckiem. Lub dwoma.
O co chodzi? Dlaczego tak jest?
Zawsze będą nieodpowiedzialni idioci, których nic nie obchodzi. Chodzą i rozsiewają swoje nasienie, gdzie popadnie, a do tanga przecież trzeba dwojga, kobiet, którym nie przychodzi do głowy, żeby się zabezpieczyć też nie brakuje. I rodzą się dzieci w obskurnych, biednych, patologicznych domach. Pewnie nawet nie wiedzą, że mogłyby się wybić i przerwać to błędne koło.
Ale nie. Nawet osoby, które zdawały się być rozsądne lądują w tym samym miejscu, mamy nowe pokolenia dzieci bez perspektyw (tylko teoretycznie, ale co z tego?).
Chciałabym to zatrzymać, zawsze chciałam. Zawsze, ilekroć widziałam, że źle się dzieje, przychodziły mi do głowy wielkie plany naprawy. Najpierw pokazywanie tym dzieciom innego świata, organizowanie im czasu, pomaganie w nauce, później miałam szlachetne pomysły reform jako prezydent miasta czy ktoś tam, kto miałby rzeczywiście na to wpływ.
I w sumie to nic nie robię, tylko chcę. Kiedyś działałam chwilę w wolontariacie, na tym się skończyło.
Jestem estetą i  profesjonalistą. Wkurza mnie niemożliwie, gdy ktoś robi coś byle jak, coś, czym należałoby się porządnie zająć. Wkurza mnie brak gustu ("o gustach się nie dyskutuje, ale twój jest chujowy"). Można polemizować, ale chyba wszyscy się zgodzą, że jest pewna granica dobrego smaku. Wkurza mnie niedbałość o poprawną polszczyznę. Wkurza mnie skrajna ignorancja i błędne użycie słowa "ignorancja" (miast "ignorowanie"). Wkurza mnie, gdy ktoś wypowiada się na temat, o którym pojęcia nie ma. Wkurza mnie, że ludzie nie czytają, nie uczą się, nie chcą być wykształceni.
Wszystko mnie wkurza. Wkurza mnie niekonskewentność. Wkurza mnie ujawnianie swoich poglądów politycznych i religijnych przez nauczyciela, a tym bardziej propagowanie owych poglądów, gdyż nauczyciel jest od uczenia.
Wkurza mnie, że posiadam wiedzę na temat pieska mojej polonistki, który to piesek naprawdę należy do jej córki, która wyszła nie dawno za mąż i mieszka w Poznaniu i  że nie ma pani dużej blachy, a wczoraj był mecz, "więc naturalnie nie mogłam sprawdzić prac klasowych".
Oczywiście ja też popełniam błędy.
Tak więc ta moja cecha sprowadza się do tego, że jestem wiecznie wkurzona, by nie powiedzieć inaczej.
Jestem też wiecznie przygnębiona, a teraz szczególnie, gdyż tak mało ode mnie zależy. Nie zmienię świata, nie uczynię go lepszym, nie wiem, czy cokolwiek zdołam poprawić, nie wiem nawet czy nie pogorszę wszystkiego. Obawiam się, że zapomnę to wszystko, co wiem teraz. Że zapomnę o moich ideałach (które właściwie są bezużyteczne), planach, o niebezpieczeństwie. Że gdzieś się zgubię i zranię moje nawet niepoczęte jeszcze dzieci, najbliższe osoby i będę tego nieświadoma. Chyba każdy chciałby mieć szczęśliwą rodzinę, chyba rodzice kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej. Więc skąd tyle złego?
Ja myślę, że to może być z nieświadomości, przecież nie ze złej woli. A jak ja kiedyś będę taka? I nawet nie będę wiedziała, że źle robię, będę chorobliwie pewna, że to wszyscy są przeciwko mnie i będę bić, krzyczeć, krzywdzić tych, których kocham.
Żebym tylko nie zapomniała.
I jeszcze ten egoizm. Źródło wszystkiego, ewolucji (bo przecież to była chęć przetrwania), rozwoju, szczęścia. Muszę robić to, co chcę. Nawet kocham, bo ja chcę, bo mi to potrzebne, nawet pomagając ludziom "bezinteresownie" karmię swoje potrzeby, a jedną z moich potrzeb jest poświęcanie się wręcz dla kogoś. I inaczej być nie może. I nie ma żadnej magii, to jest tylko taka cicha umowa. Co w tym pięknego?
Ludzie są paskudni, ja też jestem paskudna. Ale człowiek taki jest, w swojej konstrukcji bardzo ograniczony, nie może się wyzbyć tego egoizmu, nie może żyć w utopijnym świecie, w komunie, bo lubi posiadać. Inaczej nie byłby człowiekiem
I tacy jesteśmy, pomiędzy. Spełniamy swoje marzenia, słuchamy siebie tylko, wszystko dla mnie, a ja już siebie nie chcę, nie tak cały czas, na zawsze.
To jest okropne. To jest beznadziejnie wymyślone, chociaż nie wiem, jak mogłoby być inaczej. Ten świat działa jednak, ale nie wiem po co i dlaczego. Gdyby ten mój egoizm miał prowadzić to czegoś większego... Mam weltschmerz, muszę się z życiem powoli pogodzić. I będę robić to, co zawsze, może nawet trochę więcej, może pozytywistycznie. Nie wiem, w jakim celu, ale może kiedyś się dowiem i tak na wszelki wypadek się na tę okoliczność przygotuję.
Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?
Jaki wylew żalu. Wiem. Ale chciałam to wszystko napisać. Więcej już chyba nie będę, w ogóle. Jestem zbyt ekstrawertyczna. To źle.

2 komentarze:

  1. "Jestem estetą i profesjonalistą. Wkurza mnie niemożliwie, gdy ktoś robi coś byle jak, coś, czym należałoby się porządnie zająć. Wkurza mnie brak gustu ("o gustach się nie dyskutuje, ale twój jest chujowy"). Można polemizować, ale chyba wszyscy się zgodzą, że jest pewna granica dobrego smaku. Wkurza mnie niedbałość o poprawną polszczyznę. Wkurza mnie skrajna ignorancja i błędne użycie słowa "ignorancja" (miast "ignorowanie"). Wkurza mnie, gdy ktoś wypowiada się na temat, o którym pojęcia nie ma. Wkurza mnie, że ludzie nie czytają, nie uczą się, nie chcą być wykształceni."
    Hahaha, żółwik! A potem włącza mi się refleksja, że łatwo mi oceniać innych skoro inteligencję też dostajemy z urodzenia. Głupota ludzka jest olbrzymim i nierozwiązywalnym problemem, bo głupi jest zbyt głupi by wiedzieć że jest głupi. Błędne koło.

    Co do ludzi co mają 17-18 lat i dzieci to gardzę nimi jak skurwysyyyn, od razu taki uśmiech wykwitł na mojej twarzy jak zobaczyłem na FB koleżankę mojego kolegi która ma 17 lat i urodziła bachora i się tym nieszczęsnym dzieckiem chwali na Fejsie. Haha, miłego spierdolonego życia, bezmózgu!

    Świata ani człowieka się nie zmieni, nie ma nawet co o tym myśleć. Ale zmienić można siebie.

    Ogólnie to nie chcę Cię obrażać, ale twój weltschemrz to taki malutki jest :P Prawdziwy Weltschmerz to kurewski ból istnienia i jakaś taka trzęsionka, niekończący się niepokój. A może...?



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem. Jest malutki i jest głupi i powinnam zostać wyśmiana za ten wpis.
      A jeśli chodzi o te ciąże... Osobiście myślę, że sprawa nie jest taka prosta. Co innego jak ktoś nie przywiązuje wagi do niczego, jest nieodpowiedzialny i zapomina o tym jakie mogą być konsekwencje uprawiania seksu, a co innego, gdy są to osoby rozsądne, którym zdarzyło się, no cóż, nie zabezpieczyć. A potem, co też jest smutne, cały ciężar, komentarze, oceny ludzi spada na dziewczynę. No i trudno, żeby było inaczej, bo przecież po facecie nie widać, że spodziewa się dziecka. A sama sobie dziecka nie zrobiła.
      Naprawdę przestanę pisać, bo tylko się ośmieszam, pierdolę o zmienianiu świata, a tak naprawdę siedzę na dupie i dbam o swoje życie, w porywach zajmę się jeszcze czyimś. I prawdę mówiąc odpowiada mi to.

      Usuń