Dzisiejszy dzień nie okazał się tym sądnym dniem, kiedy zarobię koła z polskiego. Wszak dziś środa i pani, którą wszyscy serdecznie pozdrawiamy, nie pyta. Jednak jestem pewna, że takowy dzień nastanie. W końcu ile można bezkarnie nie notować, nie czytać i zajmować się pierdołami na języku polskim? Czeka mnie kara boska, czuję to.
Ale chyba się wybitnie nie przejmę tą jedynką, jak już ją dostanę.
Najśmieszniejsze w tym jest to, że ja bardzo lubię literaturę, ja w ogóle lubię wiele rzeczy. Chciałabym być oczytana, wykształcona, rzucać cytatami i nazwiskami na prawo i lewo. To jedno z moich niezliczonych zainteresowań, którego nie rozwijam. Dlaczego? Cóż, jak mam do wyboru pouczyć się, poczytać lekturę albo pójść spać to jednak wolę spać. Szkoda, sen to strata czasu, ale także jedna z moich ulubionych czynności.
Nie chciałabym tu nikogo obwiniać, ale po części do mojego nieróbstwa przyczyniła się polonistka, która mnie niemożliwie wkurwia, jak słucham jej herezji przez co najmniej 3 minuty. Rozsądnie, chroniąc bliźniego i siebie przed tragicznymi konsekwencjami (mogłabym zacząć się bulwersować, przerwać lekcję, bluzgać, krzyczeć, skakać i bić, chyba mam to po ojcu), na czas języka polskiego znajduję sobie jakieś zajęcie i wyłączam się.
Czy ja mam w tym roku jakąś maturę?
Ku memu zaskoczeniu wyniosłam z dzisiejszej lekcji (borze, jaka to była mordęga) coś. Owym czymś był cytat. W czasie zachwytów nad gnojem (w cudzysłowie i dosłownie) kartkowałam sobie antologię. Większość z tych wierszy jest o dupie Maryni, ale coś ciekawego by się znalazło. Dobra, przepraszam za tę profanację, ja po prostu nie rozumiem poezji.
Wczoraj złapałam się na tym, że gdy szłam spać, uśmiechałam się. Zupełnie bez powodu. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej mi się to zdarzyło, a jeśli tak, to musiało być bardzo dawno. Nie wiedziałam, że jestem w stanie to zrobić, chyba wracam do zdrowia. Nie, to źle powiedziane, zawsze byłam jakaś spaczona, wyleczę się.
Naprawdę bardzo się cieszę, że mam teraz problemy na poziomie "nie mam kasy" i "nie mam się w co ubrać". Ale ja naprawdę nie mam się w co ubrać. I jeszcze muszę się nauczyć chodzić na szpilkach. Niezłe wyzwanie, boję się, lecz udać się musi.
Nie wiem, na chuja mi ta studniówka, nic specjalnego.
Dobrze mi idzie wprowadzanie planu w życie od kilku dni, mam nadzieję, że to nie jest tylko okres przejściowy.
No to cytat Leopolda Staffa z wiersza "Przedśpiew":
"Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu."
Wiem, ni to jakaś prawda życiowa, ni to porada, jednak bardzo mi pasuje. Tak właśnie się czuję. Nie szykuję się na nic dobrego od życia, ale patrzę na przyszłość z uśmiechem. A będzie ciekawie, dużo przygód, dużo pracy. Będzie, co wspominać.
I nawet teraz, nie żałuję ani trochę tego, co mi przyniosło dużo bólu.
Hahaha, jakbym czytał o swoim polskim. Natomiast mnie w rozwijaniu "erudycji" przeszkadzają Internet i muzyka (odpalanie po dwadzieścia razy w ciągu dnia tej samej nuty).
OdpowiedzUsuńPS. Ty jesteś w III kl. czy w II? Studniówka?
III, yeap, studniówka, matura ; D
UsuńNo to oboje siedzimy w tym gównie :D Jesieniom do Warszaffki?
UsuńHmmm, nie jest aż tak źle ; )
UsuńNope, osobiście uważam, że Warszawa to duża wieś i jadę na zachód. Do Wrocławia xD